Czytałam wiele historii kobiet, które dopuściły się zdrady, i choć bardzo się staram nie oceniać, jest coś, czego nie potrafię naprawdę zrozumieć. Nie dlatego, że czuję się lepsza od kogokolwiek, ale zdrada po prostu nigdy mnie nie kusiła.
Mam trzydzieści cztery lata, jestem mężatką i prowadzę zwyczajne życie. Chodzę pięć razy w tygodniu na siłownię, zwracam uwagę na to, co jem, lubię o siebie dbać. Mam długie, proste włosy, sprawia mi radość dobrze wyglądać i wiem, że jestem atrakcyjną kobietą. Ludzie często mi to mówią i widzę to w spojrzeniach innych.
W siłowni na przykład to nic niezwykłego, że obcy mężczyzna zagada. Jeden zapyta o ćwiczenia, drugi rzuci komentarz między komplementem a żartem, jeszcze inny powie coś wprost. To samo dzieje się, gdy wychodzę z przyjaciółkami na kawę czy wino w centrum Warszawy ktoś podejdzie, zapyta, czy jestem sama, zacznie nalegać na rozmowę. Nigdy nie udawałam, że tego nie zauważam wręcz przeciwnie, doskonale wiem, co się dzieje. Ale nigdy nie przekroczyłam granicy. Nie ze strachu. Po prostu nie czuję takiej potrzeby.
Mój mąż, Szymon, jest lekarzem kardiologiem pracuje bardzo dużo. Są dni, kiedy wychodzi do szpitala na Żoliborzu jeszcze przed świtem i wraca, gdy już jemy z córką kolację, czasem nawet później. Większość czasu spędzam więc sama w mieszkaniu. Opiekuję się naszą córką Zofią, dbam o dom, pielęgnuję swoje przyzwyczajenia. Prawdę mówiąc, mogłabym bez trudu znaleźć przestrzeń, by robić, co tylko zechcę, i nikt by się nie dowiedział. A mimo to nigdy nie przyszło mi do głowy, by wykorzystać ten czas na zdradę.
Gdy jestem sama, zajmuję się sobą. Trenuję, czytam, sprzątam, oglądam seriale, gotuję, chodzę na spacery po Saskiej Kępie. Nie szukam braków, nie potrzebuję potwierdzenia z zewnątrz. Mój związek nie jest idealny kłócimy się, są między nami różnice, i czasem dopada nas zwykłe zmęczenie codziennością. Ale jest coś fundamentalnego: moja uczciwość.
Nie żyję też w ciągłych podejrzeniach wobec Szymona. Ufam mu. Wiem, jaki jest, znam jego tryb życia, nawyki, charakter. Nie sprawdzam mu telefonu, nie wymyślam historii. Ten spokój też ma swoje znaczenie. Jeśli nie szukasz drogi ucieczki, nie musisz trzymać uchylonych drzwi.
Dlatego, gdy czytam historie o zdradach, nie robię tego z wyższością, tylko z autentycznym zdziwieniem. Nie wszystko sprowadza się do pokusy, urody, wolnego czasu czy uwagi innych. W moim przypadku to nigdy nie była opcja. Nie dlatego, że nie mogę, tylko zwyczajnie nie chcę być taką osobą. I z tym jest mi dobrze.
A wy, co o tym sądzicie?



