Przeczucie nieszczęścia Julia obudziła się w środku nocy i już nie mogła zasnąć do rana. Niepokój,…

PRZECZUCIE NIESZCZĘŚCIA

Jadzia obudziła się w środku nocy i już nie zmrużyła oka aż do rana. Nie wiedziała, czy to zły sen, czy jakieś dziwne lęki nie dawały jej spokoju. Na sercu zrobiło się nagle bardzo ciężko, łzy same zaczęły spływać po policzkach. Nie potrafiła tego wytłumaczyć. Oddychała z trudem, a wrażenie nadchodzącego nieszczęścia przytłoczyło ją całą sobą.

Podeszła do łóżeczka, w którym spał jej synek, Staś. Chłopiec uśmiechał się przez sen i cmokał wargami w zabawny sposób. Jadzia poprawiła mu kołderkę i skierowała się do kuchni. Za oknem zalegała ciemność tak gęsta, że nie sposób było dostrzec cokolwiek.

Jadzia, znowu nie śpisz? odezwał się za nią głos Michała.

Znowu to samo. Nie rozumiem, Michałku, co się ze mną dzieje odpowiedziała cicho.

Pewnie to ta cała poporodowa depresja próbował zażartować mąż.

Ale Stasiowi już prawie pół roku, żadnej depresji wcześniej nie było

Różne rzeczy się zdarzają! Hormony, stres! Nie zamartwiaj się, wszystko się ułoży.

Boję się, Michał… szepnęła, przytulając się do niego mocno.

Wszystko się ułoży! odparł, obejmując ją ramionami.

Trzy tygodnie później Jadzia dostała telefon z przychodni miała się zgłosić do pediatry z synkiem. Przechodzili właśnie z Stasiem rutynowy przegląd po skończonym półroczu badania, morfologia, odwiedziny u specjalistów. Nagły telefon od pielęgniarki zaskoczył ją.

Stało się coś złego? spytała niepewnie.

Proszę się nie martwić, pani Jadwigo, wszystko wyjaśni pani doktor! usłyszała w słuchawce.

Kiedy dotarły do gabinetu pediatry, nerwy Jadwigi były napięte do granic.

Proszę usiąść, pani Jadwigo powiedziała spokojnie lekarka. Muszę powiedzieć pani coś ważnego. Proszę się nie bać, potrzebujemy tylko dodatkowych badań.

Co się dzieje?! wykrztusiła Jadzia. Nagle zrozumiała, że wszystkie dotychczasowe niepokoje to nie był przypadek.

Stasio ma bardzo złe wyniki. Ilość leukocytów naprawdę przekracza normę. Trzeba powtórzyć badania, najlepiej w wyspecjalizowanym ośrodku.

W jakim…? zapytała słabo.

W Wojewódzkim Centrum Onkologii odpowiedziała lekarz.

Jadzia nie pamiętała, jak wróciła do domu. Michał już na nią czekał, zwolnił się z pracy, bo odczytał jej wiadomość i natychmiast przyjechał.

Jadzia, powiedz, co się dzieje?!

Jadwiga płakała, lecz zdawała się nie widzieć łez:

Kierują nas do onkocentrum… szepnęła bezradnie.

To tylko badania! Może nic się nie potwierdzi! próbował ją pocieszyć mąż.

Ja już to czułam, Michał. Po prostu nie wiedziałam, skąd ten strach…

Jadzia tuliła malca, płacząc bezgłośnie. Staś poruszył się niespokojnie w łóżeczku nie miał jeszcze pojęcia, jak bardzo jego świat się zmienia.

Ostre białaczka powiedział z powagą starszy lekarz, wpatrując się w wyniki trzeba natychmiast zacząć leczenie.

Jadwiga płakała. Nie mogła przyjąć do siebie tego, co się działo. Chemioterapię przeprowadzano bez jej obecności. Staś leżał na intensywnej terapii, ona pod drzwiami.

Proszę iść do domu! próbowała przekonać ją siostra oddziałowa. I tak dziś do synka pani nie wpuszczą!

Nie mogę! Co będę robić bez niego w domu?!

Osiem lat temu Jadzia i Michał wzięli ślub. Długo starali się o dziecko; robili wszelkie badania, nikt nie umiał wskazać powodu niepłodności. Ciąża przyszła dopiero po ośmiu latach małżeństwa. To był najszczęśliwszy i najbardziej lękliwy czas Michał nosił żonę na rękach, nie pozwalał jej podnosić nawet kubka z wodą… Ostatni miesiąc leżała w szpitalu, by nie dopuścić do przedwczesnego porodu. Pół roku temu w końcu urodziła wymarzonego synka. Imię nadano po ojcu Michała, który zginął tragicznie kilka lat wcześniej.

Jadwigo, nie wolno dawać dziecku imienia po kimś, kto umarł z cudzego powodu! ostrzegała ją babcia, gdy usłyszała wybór imienia.

Babciu, to tylko przesądy! machała ręką. Była tak szczęśliwa, że nie chciała słuchać ostrzeżeń

Jadwiga siedziała przy łóżku, w którym spał Staś. W ciągu tego miesiąca chłopczyk wyraźnie schudł, twarz mu zbladła, pod oczami pojawiły się cienie. Jadzia płakała łzy płynęły same, nawet ich nie ocierała. Do sterylnej sali wpuszczono ją dopiero po potężnej awanturze z ordynatorem lekarze bali się zakażenia, bo odporność Stasia była niemal zerowa. Ale matka nie mogła dłużej stać pod drzwiami wyła z rozpaczy. W końcu ją wpuszczono.

Następnego dnia ordynator, doktor Gennadiusz Wasiluk, powiedział:

Takich operacji nie wykonujemy. W Polsce są tylko dwa ośrodki, ale i tam nie dają gwarancji. Najlepiej udać się do kliniki w Niemczech, tylko tam mogą pomóc pana synowi. To jednak bardzo kosztowne.

Zbierzemy pieniądze. Proszę przygotować dokumenty odpowiedziała Jadzia z determinacją.

Dokumentację wysłano do jednej z niemieckich klinik wyspecjalizowanych w leczeniu białaczek. Przyszedł pozytywny odzew: są gotowi pomóc, leczenie przekroczy 1,5 miliona złotych.

Jadzia, nawet jak sprzedamy mieszkanie i samochód, nie uzbieramy nawet połowy! mówił Michał. Zamieściłem ogłoszenie, ale to nie wystarczy.

Mamy góra dwa miesiące… płakała Jadzia. Musimy coś wymyślić.

Na operację zbierali wszyscy: koledzy z pracy Jadzi i Michała, lokalny fundusz charytatywny, sąsiedzi, sklepy i znajomi. Pomogła też gmina, wolontariusze. Udało się zdobyć połowę pieniędzy. Czas uciekał, a decyzji już nie można było odwlekać.

Jadzia, lecicie mówił mąż. Co jeszcze się uda, przeleję, może ktoś kupi mieszkanie.

Cała społeczność na wsi im kibicowała, ale uzbierać taką kwotę wydawało się niemożliwe.

Z dokumentami w ręku Jadzia i Staś polecieli do Niemiec. Zebrane pieniądze były niewystarczające. Staś przeszedł serię badań i przygotowań do operacji. O reszcie sumy Jadzia postanowiła nie myśleć. Zostawiała wszystko Opatrzności. Za miesiąc Staś miał skończyć rok.

W sąsiedniej sali leżała inna mama, z trzyletnim synkiem. Okazało się, że mieszkają niedaleko siebie, w sąsiednim mieście. Martyna miała więcej szczęścia ludzie zdołali zebrać dla nich pieniądze na operację. Ale u jej synka, Michałka, białaczkę zdiagnozowano późno, choroba była agresywna, lekarze ciągle przekładali leczenie ratunkowe.

Nie płacz, Jadzia! pocieszała ją Martyna. Jeszcze wyjdziecie w dwójkę do cyrku i zoo, ja w zeszłym roku zabrałam Michałka, godzinę patrzył na niedźwiedzie! Wtedy nie wiedziałam, że coś jest nie tak. W zoo pierwszy raz poleciała mu krew z nosa nie mogłam zatrzymać. Przestraszyłam się… kilka razy się to zdarzyło. Dopiero poszliśmy do szpitala. Usłyszałam: trzecie stadium. Jak ja wcześniej nie zauważyłam!

Martynko, nie płacz teraz Jadzia wspierała przyjaciółkę. Jeszcze razem z dziećmi pójdziemy do zoo!

Ale ja przeczuwałam, że coś się dzieje! Michałek błyskawicznie chudł, stracił siły, nie chciał jeść, były biegunki! Mama mi mówiła, że coś jest nie tak, ale ja nie chciałam wierzyć! Martyna płakała spazmatycznie. Jadzia nie wiedziała, jak pomóc czy takie słowa pocieszą?…

Po kilku dniach Michałkowi pogorszyło się dramatycznie. Zabrano go na intensywną terapię. Martyna czuwała na korytarzu pod drzwiami spać nie chciała.

Martynko, chodź, połóż się trochę! prosiła Jadzia.

Nie mogę odejść. Michałek musi wiedzieć, że jestem tuż obok! odpowiadała z uporem przyjaciółka.

On i tak to czuje, Martynko, naprawdę…

Ale Martyna nie ustępowała. W końcu pielęgniarka podała jej silny środek uspokajający. Martyna już nie płakała, patrzyła pustym wzrokiem w ścianę. Czekała, łudząc się na cud.

Pod wieczór zadzwonił Michał.

Jadzia tuliła do siebie Stasia, kołysząc go ramionach. Każda chwila spędzona z synkiem była bezcenna, nie wiedziała, ile jeszcze razem przed nimi.

Jadzia, przelałem ci sto tysięcy złotych, więcej na razie nie mam… Dziś byli oglądać mieszkanie, młoda para, powiedzieli, że się zastanowią.

Dobrze… odpowiedziała cicho. I ty

Nagle dobiegł rozpaczliwy krzyk z korytarza. Telefon wypadł jej z rąk. Staś zbudził się i zapłakał. Pogłaskała go po włoskach, westchnął i znowu zasnął. Położywszy go do łóżeczka, Jadzia wybiegła na korytarz. Już wiedziała, choć odmawiała sobie wiary. Martyna klęczała załamana pod drzwiami intensywnej terapii dziecięcej. Wokół niej biegały pielęgniarki z wodą i lekami. Krzyczała rozdzierająco. Jadzia nigdy nie widziała tyle bólu w oczach drugiego człowieka.

Martynko, trzymaj się przytuliła ją, płacząc. Musisz żyć dla Michałka!

Po co mam żyć?! Mój synek umarł! To moja wina! Jak mam z tym żyć?! krzyczała z rozpaczy.

Jadzia towarzyszyła jej, kiedy podano jej lek. Odprowadziła ją oszołomioną do sali.

Niech odpocznie. Jeszcze będzie miała czas na płacz powiedział cicho dyżurny lekarz.

Tej nocy Jadzia nie zmrużyła oka. Czuwała przy synku. Chciała napatrzeć się na niego na zapas, okraść czas z każdej chwili

Następnego dnia odwiedziła ją Martyna. Nie płakała już. W ciągu nocy postarzała się o dziesięć lat. Jej oczy były zupełnie puste. Kobiety długo stały, obejmując się w milczeniu.

Oby was spotkało szczęście, macie szansę chwyciła Jadzię za ręce. A ja muszę zadbać o synka: najpierw pogrzeb, potem dziewięć dni, czterdzieści… Postawię pomnik, a potem otarła łzy. Przeczytaj, gdy odejdę, nie dam rady powiedzieć wręczyła Jadzi zapieczętowaną kopertę.

Dobrze, Martynko odpowiedziała lekko drżącym głosem.

Gdy Martyna wyszła, zrobiło się jeszcze bardziej pusto Jadzi na duszy. Zabrano Stasia na zabiegi.

Otworzyła kopertę:

Droga Jadziu! Bardzo pragnę, by Staś żył niech żyje także za mojego Michałka. Niech rośnie, uczy się, cieszy dniami, gra w piłkę nożną, jeździ na nartach. Zabierz go, proszę, do naszego zoo i przekaż pozdrowienia wielkiemu czarnemu niedźwiedziowi! łzy znów płynęły strumieniami, Jadzia musiała je otrzeć, by dokończyć list Macie szansę na życie. W kopercie są pieniądze na operację. Michałkowi się nie przydadzą niech pomogą Stasiowi!

Jadzia rozpłakała się z radości, bo mogła ratować swoje dziecko, i z bólu, bo te pieniądze były okupione wielką tragedią.

Michał, nie sprzedawaj mieszkania! mówiła następnego dnia przez telefon. Będziemy mieli dokąd wrócić!

Skąd masz pieniądze? zapytał zaskoczony.

Są. Wszystko się ułoży!

Po raz pierwszy od miesięcy uśmiech wrócił do głosu Michała. W jej słowach poczuł wiarę i nadzieję. Jadzia też była tego pewna.

Operację przeprowadzono dzień po pierwszych urodzinach Stasia. Jadzia, tak jak Martyna, czuwała pod drzwiami. Ich prognozy były jednak dobre. Po pewnym czasie pozwolono matce przebywać przy synku, potem już zamieszkali razem w jednej sali. Miesiąc izolacji i kilka miesięcy rehabilitacji wydawały się już drobiazgiem najważniejsze, że wszystko się udało. Staś coraz bardziej wracał do życia: interesował się zabawkami, jadł z apetytem, nawet się uśmiechał. Gdy pierwszy raz wymamrotał mama, Jadzia rozpłakała się. Stało się coś, co wydawało się cudem.

Nidek! pokazywał Staś palcem na wielkiego czarnego niedźwiedzia w klatce.

Nie nidek, tylko niedźwiedź! Jadzia roześmiała się serdecznie.

Przyjechali do miejskiego zoo, dokładnie do tego, w którym zachwycał się niedźwiedziami mały Michałek.

Przekazuję Ci, misiu, pozdrowienia od Michałka… wyszeptała do wielkiego zwierzęcia Jadzia.

Staś biegał, zachwycony, jadł lody, siedział na barana u Michała i oglądał wszystkie zwierzęta. Jego życie wypełniały nowe radości i dziecięce odkrycia. Szpital był wspomnieniem tylko czasem, gdy budziła się w nocy, Jadzia z niepokojem podchodziła do łóżeczka synka, wsłuchując się w jego miarowy oddech. Strach potem ustępował. Przed nimi była cała przyszłość już teraz dla siebie i dla tamtego chłopca, który dał im szansę.

Bo czasem życie daje szansę dzięki czyjemuś poświęceniu, a prawdziwa wartość to docenić każdy dzień i dzielić się dobrem z innymi.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia − 12 =

Przeczucie nieszczęścia Julia obudziła się w środku nocy i już nie mogła zasnąć do rana. Niepokój,…