Przeczucie nieszczęścia Julia obudziła się w środku nocy i już nie mogła zasnąć aż do rana. Czy to…

PRZECZUCIE NIESZCZĘŚCIA

Pamiętam, jakby to było wczoraj, choć minęło już tyle lat. Tamtej nocy obudziłam się w środku ciemności i nie mogłam zasnąć aż do rana. Czy to był zły sen, czy nutka nieokreślonego niepokoju? Serce ścisnęło mi się z ciężaru, łzy płynęły po twarzy nieproszone. Nie potrafiłam znaleźć przyczyny po prostu wiedziałam, że coś złego się zbliża, jakaś katastrofa kryła się za rogiem.

Podeszłam do łóżeczka, gdzie spał mój synek, mały Staś. Uśmiechał się przez sen i zabawnie mlasnął usteczkami. Poprawiłam mu kołderkę i wyszłam do kuchni. Za oknem panowała gęsta, mazurska ciemność.

Stasiuś, znów nie śpisz? usłyszałam za sobą głos Michała.

Znowu… Nie wiem, Michałku, co się ze mną dzieje szepnęłam do niego.

Może to ta słynna depresja poporodowa? rzucił z uśmiechem mój mąż, próbując rozładować atmosferę.

Sama nie wiem… Stasiek ma już prawie pół roku, nie było ze mną źle, wszystko nagle się zmieniło.

Spokojnie, kochanie. Hormony, zmęczenie… Zobaczysz, wszystko się ułoży.

Przytuliłam się do niego, szepcząc:

Boję się, Michał, strasznie mi ciężko…

Przejdzie, zobaczysz. Będzie dobrze otulił mnie ramieniem.

Po trzech tygodniach dostałam telefon z ośrodka zdrowia; pani pielęgniarka zaprosiła mnie na wizytę do naszej pediatry w Olsztynie. Wcześniej robiliśmy kontrolne badania Staś kończył akurat pół roku. Oddaliśmy krew, przeszliśmy przez specjalistów Telefon przerwał mi spokojny dzień.

Co się stało? zapytałam drżącym głosem.

Proszę się nie martwić, pani Anno, doktor wszystko wyjaśni odpowiedziała pielęgniarka.

W poczekalni ściskało mnie w gardle, a nerwy trzymały w szachu. Gdy weszłam do gabinetu, byłam gotowa na najgorsze.

Proszę usiąść odezwała się cicho pani doktor, doktor Malanowska. Pani Anno, musimy zrobić dodatkowe badania. Niech się pani nie niepokoi, ale wyniki wyszły niespójne.

Ale co się dzieje? zapytałam, pewna, że właśnie spełnia się moje złe przeczucie.

Stasio ma niepokojące wyniki bardzo wysoka liczba leukocytów, inne wskaźniki też nie najlepsze. Trzeba powtórzyć morfologię. Najlepiej, abyście pojechali do kliniki dziecięcej w Warszawie.

Nie pamiętam drogi do domu. Michał już na mnie czekał, zwolnił się wcześniej z pracy, bo napisałam mu wiadomość.

Ania, co się dzieje?! spytał.

Płakałam, łzy płynęły po policzkach, nie czułam nawet ich mokrej obecności:

Musimy jechać na badania do Centrum Onkologii Dziecięcej… szepnęłam przez łkanie.

Ale może wszystko będzie dobrze, Aniu! To tylko kontrola usiłował mnie pocieszyć.

Nie… Ja to przeczuwałam… Czułam, że coś jest nie tak…

Przytuliłam Stasia do serca, a łzy lały się ze mnie szerokim strumieniem. On spał, jeszcze nieświadomy tego, co los dla niego szykował.

Ostra białaczka, trzeba natychmiast rozpocząć leczenie orzekł profesor z Warszawy po analizie wyników.

Płakałam. Nie umiałam zrozumieć, zaakceptować. Do chemii mnie nie wpuszczali. Stasio leżał na oddziale intensywnej terapii, ja czekałam pod drzwiami.

Proszę iść do domu! prosiła pielęgniarka z nocnej zmiany. Dzisiaj nie odwiedzi pani synka.

Nie mogę… Co ja tu zrobię bez niego?

Z Michałem byliśmy małżeństwem od ośmiu lat. Długo nie mogliśmy doczekać się dziecka badania, konsultacje, a wszystko idealnie. A jednak Staś narodził się dopiero po tylu latach starań. To był najszczęśliwszy, a zarazem najtrudniejszy okres. Michał mnie rozpieszczał, niczego nie mogłam podnieść nawet szklanki wody. Ostatni miesiąc ciąży spędziłam w szpitalu w Olsztynie zalecenie lekarki, groził przedwczesny poród. Sześć miesięcy temu narodził się nasz długo wyczekiwany syn, którego nazwaliśmy po dziadku Michała zginął on kilka lat wcześniej w wypadku drogowym.

Aniu, nie wolno nazywać dziecka po kimś, kto zginął tragicznie upominała mnie babcia, gdy dowiedziała się o imieniu.

Babciu, to tylko zabobony odpierałam z uśmiechem, szczęśliwa, że nic nie przyćmiewała tego cudu.

Siedziałam przy łóżeczku, w którym spał Stasio. Po miesiącu terapii był chudziutki, zmieniony, buźka pobladła, pod oczami pojawiły się podkrążenia. Nie mogłam już wytrzymać rozłąki. Po ostrej kłótni z ordynatorem w końcu zgodzono się mnie wpuścić wiedzieli, że wyć mogę równie dobrze pod drzwiami. Stasio spał, więc patrzyłam na niego, by nasycić się tym widokiem na zapas.

Takich operacji nie robimy powiedział ordynator, dr Głowacki, dzień później.

Gdzie je robią? spytałam stanowczo.

W Niemczech, pani Anno. Tylko tam mogą pomóc państwa dziecku. Ale to bardzo kosztowne.

Znajdziemy pieniądze. Proszę przygotować wszystkie potrzebne dokumenty.

Wypisy i wyniki trafiły do kliniki w Monachium, która wyspecjalizowana była w leczeniu białaczek. Szybko nadeszła odpowiedź byli gotowi przyjąć Stasia, ale koszt operacji wynosił ponad 1 200 000 złotych.

Aniu, nawet sprzedając mieszkanie i samochód, nie uzbieramy nawet ćwierci tej sumy! Michał rozkładał ręce. Już rozmawiałem z ludźmi, wstawiłem ogłoszenia, ale to potrwa.

Mamy tylko dwa miesiące! łkałam Musimy coś wymyślić!

Na operację zbierali wszyscy: nasi koledzy z pracy, parafia, nawet sklep na rogu. Trochę dołożyła gmina, trochę fundacja z Warszawy, wolontariusze… Zebraliśmy trochę ponad połowę. Czas nie czekał, leczenie nie mogło dłużej czekać.

Aniu, lećcie już mówił Michał. Co się uda jeszcze zebrać, prześlę wam przelewem. Może uda się komuś sprzedać mieszkanie.

Cała nasza mazurska wieś żyła naszym nieszczęściem, ale takiej sumy zebrać nie sposób.

Po załatwieniu papierów, pojechaliśmy ze Stasiem do Monachium. Zebranych pieniędzy nie wystarczało. Rozpoczęły się badania, przygotowania do przeszczepu. O reszcie kwoty starałam się nie myśleć, każdy dzień był walką z rozpaczą i nadzieją. Za miesiąc Stasio miał świętować swoje pierwsze urodziny wyłącznie ze mną, z dala od domu.

Obok nas na oddziale leżała inna mama z trzyletnim chłopcem, Kubą jak się okazało, byli z Lidzbarka, naszego sąsiedniego miasteczka. Udało się im zebrać środki; ich przypadek był jednak trudniejszy u Kuby białaczkę rozpoznano zbyt późno, nie udawało się zatrzymać choroby, operację przekładano raz za razem.

Aniu, nie płacz! pocieszała mnie Renata, mama Kuby. Będzie dobrze! Jeszcze zaprowadzisz Stasia do cyrku, do zoo… My byliśmy z Kubą, bardzo mu się podobały niedźwiedzie pół godziny je obserwował. Nie wiedziałam jeszcze, że jest chory. W zoo po raz pierwszy poleciała mu krew z nosa byłam przerażona, nie potrafiłam zatrzymać Potem znów, potem jeszcze Dopiero poszliśmy do lekarza. Diagnoza: trzecie stadium… Czemu nie zauważyłam wcześniej?

Renatko, wszystko się ułoży. Jeszcze pójdziemy razem z dziećmi do zoo, zobaczysz przytuliłam ją, chcąc dodać sił.

Widziałam, że coś nie tak! Przestał mi jeść, chudł, był osowiały Mówiła mama, a ja nie chciałam słuchać To moja wina! szlochała Renata. A ja nie wiedziałam, jak ukoić jej cierpienie.

Kilka dni później Kubie się pogorszyło. Zabrali go na OIOM. Renaty nie wpuszczali, więc siedziała pod drzwiami i płakała.

Renatko, chodź, odpoczniesz prosiłam.

Tu muszę być! On wie, że jestem blisko! Wtedy jest mu łatwiej odpowiadała szeptem.

Wie, że jesteś, poczuje to i tak przekonywałam. Ale Renata nie ruszała się z miejsca. Dostała zastrzyk uspokajający już nie płakała. Siedziała bez ruchu, w oczach czarna otchłań. Czekała, licząc na cud.

Michał zadzwonił wieczorem. Trzymałam na rękach Stasia, tuliłam go, biorąc każdą chwilę jak najcenniejszy skarb.

Ania, przelałem ci sto tysięcy, ale to wszystko na razie… Była dzisiaj para, oglądali mieszkanie… Obniżyłem cenę, poprosili o dwa dni do namysłu.

Dobrze powiedziałam cicho a ty…

Nagle z korytarza dobiegł rozpaczliwy krzyk. Telefon wypadł mi z rąk. Staś zapłakał, pogłaskałam go po głowie, ziewnął i zaraz zasnął. Gdy odłożyłam go w łóżeczku, pobiegłam do korytarza. Wiedziałam już, co się stało, choć nie chciałam w to uwierzyć. Pod drzwiami OIOM-u klęczała zalana łzami Renata. Pielęgniarki próbowały ją podnieść, podać wodę. Szamotała się w bólu, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam u nikogo.

Renatko, musisz być silna tuliłam ją, płacząc musisz żyć dla Kuby!

Po co mi życie?! Mój synek nie żyje! Ja zawiniłam! Jak ja mam dalej żyć?! wyła.

Nie odpuszczałam, trzymałam ją, aż dali jej kolejny zastrzyk… Zaprowadziłam do jej sali.

Dajmy jej odpocząć westchnął dyżurny lekarz. I tak będzie jeszcze wiele płaczu…

Tej nocy nie zamknęłam oka. Siedziałam przy łóżeczku Stasia, nawet na moment nie umiałam przestać go obserwować… Próbowałam się napatrzeć na zapas…

Następnego dnia przyszła do mnie Renata. Już nie płakała, ale jej twarz postarzała o dekadę. Przytuliłyśmy się długo, w milczeniu.

Aniu, niech wam się wszystko ułoży… Macie szansę wykorzystajcie ją. Ja teraz muszę zadbać o Kubę: pogrzeb, dziewiąty dzień, potem czterdziesty… Postawię mu pomnik, potem… powstrzymała łzy, wręczając mi kopertę. Przeczytasz nie mogę powiedzieć, sama nie zniosę…

Dobrze odpowiedziałam łagodnie.

Po wyjściu Renaty poczułam smutek tak głęboki, że aż bolało. Stasia zabrali na zabieg. Otworzyłam kopertę:

Kochana Aniu! drżącym pismem pisała Renata. Chcę, by Staś żył. Niech żyje za mojego Kubusia: niech rośnie, niech dorasta, poznaje świat… Niech się cieszy każdym dniem, gra w piłkę i śmiga na sankach! Idźcie, proszę, do naszego zoo, przekażcie pozdrowienia wielkiemu czarnemu niedźwiedziowi! Macie szansę na życie. W kopercie są pieniądze na operację. Kubusiowi już nie pomogą, niech uratują Stasia.

Tym razem płakałam ze szczęścia bo nagle wiedziałam, że jest za co operować synka. I z rozpaczy, bo te pieniądze przyniosły ze sobą najcięższą cenę.

Michał, nie sprzedawaj mieszkania! powiedziałam przez telefon nazajutrz Musimy mieć gdzie wrócić!

Ale pieniądze…?

Już są. Wszystko będzie dobrze!

Pierwszy raz od wielu tygodni w głosie Michała zabrzmiała nadzieja, którą i ja poczułam wszystko się ułoży. Byłam tego pewna.

Operacja odbyła się dzień po pierwszych urodzinach Stasia. Spędzałam dnie pod drzwiami OIOM-u, jak Renata. Ale tym razem los był bardziej łaskawy prognozy były dobre. Po tygodniach kwarantanny mogliśmy już być razem. Przed nami był miesiąc obserwacji i długa rehabilitacja, ale była to już drobnostka najgorsze było za nami.

Staś powoli odzyskiwał radość, zaczynał bawić się zabawkami, jeść, uśmiechać. Kiedy pierwszy raz powiedział mama, łzy zakręciły mi się w oczach. Cud stał się faktem.

Miedzwiś! wołał Staś na ogromnego, czarnego niedźwiedzia w klatce.

Nie miedzwiś, tylko niedźwiedź! poprawiałam go przez śmiech. Odwiedziliśmy miejski ogród zoologiczny dokładnie ten, w którym mały Kuba obserwował niegdyś niedźwiedzie.

Pozdrowienia od Kubusia! szepnęłam do zwierzęcia.

Staś biegał, jadł lody, Michał nosił go na barana, wspólnie podziwialiśmy mieszkańców zoo. Dziecięce szczęście wróciło do jego twarzy. A szpital? Minął, pozostał w tyle. Choć do dziś, gdy nocą obudzę się i podejdę do łóżeczka, słucham spokojnego oddechu syna z drżeniem serca. Ale strach powoli odchodzi… Przed nami całe życie za siebie i za tego chłopczyka, który oddał naszemu synowi szansę na przyszłość.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 + osiem =

Przeczucie nieszczęścia Julia obudziła się w środku nocy i już nie mogła zasnąć aż do rana. Czy to…