Ludzie znaleźli wycieńczonego konia: nie miał nawet siły, by się podnieść
Zakochana para powoli przedzierała się przez gęstą, wysoką trawę. Szli niespiesznie, trzymając się za ręce, spoglądając na siebie od czasu do czasu pełnym ciepła wzrokiem, jakim patrzą na siebie tylko ludzie całkowicie pochłonięci uczuciem. W tej beztrosce nawet nie zauważyli, jak nagle natknęli się na coś niezwykłego.
Dziewczyna nagle krzyknęła przerażona i odskoczyła do tyłu. Chłopak momentalnie ruszył przed siebie, jakby chciał ją osłonić przed niebezpieczeństwem, chociaż w rzeczywistości nikt im nie zagrażał.
W gąszczu traw, niedaleko nich, leżał koń.
A w zasadzie to, co kiedyś koniem było. Teraz mieli przed sobą coś, co bardziej przypominało szkielet pokryty skórą niż żywe zwierzę.
Skóra była napięta do granic możliwości na wystających żebrach, jakby miała w każdej chwili pęknąć, a kości przebić się na zewnątrz. Na całym ciele zwierzęcia widać było zaschnięte strupy, a wokół nich natrętnie krążyły muchy.
Widok tego konia był tak odrażający, że aż odsuwało się ze wstrętem.
Biedne zwierzę! wykrzyknęła dziewczyna.
Na dźwięk jej głosu wszystko wokół jakby na chwilę zamarło. Nad brzegiem zapadła niezręczna cisza.
Nagle koń ledwo zauważalnie poruszył ciałem.
W tym samym momencie oboje poczuli ciarki na karku.
Chwilę później powietrze przeciął wspólny krzyk przerażenia.
Rzucili się do ucieczki, nie oglądając się za siebie. Zatrzymali się dopiero, gdy dotarli na piaszczystą drogę i tam, sapiąc ciężko, próbowali dojść do siebie.
Oczywiście nikt ich nie gonił.
Powoli panika zaczęła ustępować, a w ich głowach pojawiła się przestrzeń na myśli.
On żyje… wyszeptała zszokowana dziewczyna.
Żywy, ale wygląda jak nieboszczyk zauważył chłopak ponuro.
Ale przecież się poruszył.
Może trzeba sprawdzić raz jeszcze. A może to nie on się poruszył… Może od środka coś go zjada? pomyślała dziewczyna z grymasem nieprzyjemności.
Wysłała swego rycerza na zwiad, sama pozostając przy drodze. Zupełnie nie miała ochoty patrzeć na ewentualny dramat rozgrywający się w trawie.
Chłopak wrócił ostrożnie i przekonał się, że w okolicy nie ma żadnych drapieżników. Co najważniejsze koń naprawdę wciąż żył.
Gdy chłopak zbliżył się do zwierzęcia, koń lekko obrócił łeb i cicho parsknął.
Widać było, że każda ruch sprawiał mu trudność, ale wychudzone boki wciąż lekko się unosiły i opadały zwierzę oddychało.
Powieki miał lekko uchylone, jakby próbował zobaczyć, kto podchodzi. Niestety, oko przesłaniała czerwonawa błona.
Dolna warga bezwładnie zwisała, nie zamykając do końca pyska.
Nogi i ogon leżały bez ruchu, drgały tylko końcówki uszu choć równie łatwo to mogło być spowodowane podmuchem wiatru.
Koń był kompletnie wycieńczony.
Wyglądało to tak, jakby kurczowo trzymał się resztek życia, ale walka ta była już niemal przegrana.
Spojrzałem wokół, próbując zrozumieć, jak zwierzę znalazło się w tym miejscu. Trawa w okolicy była nietknięta, jakby koń leżał tu bardzo długo.
Odszedłem na moment, by wszystko przemyśleć, a następnie wróciłem do dziewczyny i opowiedziałem jej szczegółowo, co widziałem.
Co za różnica, jak tu trafił? machnęła ręką dziewczyna. Co teraz robimy? Przecież wygląda fatalnie… Może w każdej chwili zdechnąć, a ja nawet nie wiem, kto się u nas zna na koniach.
Przypomniałem sobie wtedy, że w sąsiedniej wiosce hodują konie. Z okolicznych miejscowości przyjeżdżają tam ludzie na przejażdżki.
Dość szybko udało się nawiązać kontakt z właścicielami.
Najpierw nie bardzo rozumieli, czego w ogóle od nich chcemy, ale w końcu obiecali, że przyjadą najszybciej jak się da.
Po jakimś czasie od strony drogi podniosła się chmura pyłu podjechał samochód.
Machaliśmy intensywnie, dając znać, gdzie mają stanąć.
Przy nas zatrzymał się samochód z przyczepą do przewozu koni.
Z początku właściciele byli tylko zdziwieni, widząc zwierzę z oddali. Ale kiedy podeszli bliżej, nie mogli ukryć przerażenia jego stanem.
Nie było mowy, by koń sam wstał i wszedł do przyczepy. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że w ogóle przeżyje dojazd na miejsce.
Nawet tak wychudzone, lecz wciąż ciężkie zwierzę, okazało się za ciężkie dla czterech osób.
Pobiegłem więc na swoją ulicę, by zwołać sąsiadów i przyjaciół na pomoc.
Kiedy zebrała się grupa mężczyzn, ostrożnie podnieśli wycieńczone ciało, podsuwając pod nie kawał mocnego materiału. Każdy chwycił za róg i wspólnymi siłami podnieśli konia nad ziemię.
Koń szeroko wytrzeszczył oczy ze strachu i słabo poruszył kopytem.
Na więcej nie miał już siły.
Nie sposób było patrzeć bez wzruszenia: zwierzę było tak słabe, że nie mogło nawet samo stanąć.
Wreszcie udało się ostrożnie umieścić konia w przyczepie. Drzwi się zamknęły.
Koła potoczyły się cicho po drodze, wioząc konia ku nowemu życiu.
Kiedy dojechali do stajni, przy boksie czekali już pomocnicy i weterynarz, wezwani w trakcie jazdy.
Koń został ostrożnie wyciągnięty z przyczepy.
Lekarz natychmiast zabrał się do pracy badał, obmacywał, pobierał próbki.
W tym czasie pojawiła się policja.
Policjanci przyjęli zgłoszenie o znęcaniu się nad zwierzęciem, zapisali zeznania weterynarza, nowych właścicieli i wszystkich, którzy pomagali. Uprzedzili jednak, że najpewniej nie uda się znaleźć poprzedniego właściciela i raczej nie będzie kogo ukarać.
Weterynarz podał kilka zastrzyków, opatrzył strupy i założył kroplówkę.
Wolontariusze pomogli przenieść konia do pustego boksu.
Zwierzę było tak wycieńczone, że weterynarz nie wiedział, czy uda się je uratować. Mimo to zabrano się za leczenie na serio nie można było zostawić go bez szans.
Największy problem stanowił brak apetytu i trudności z piciem.
Przyczyną okazało się ciężkie zakażenie skóry.
Pasożytniczy roztocz wywołał liczne stany zapalne. Na skórze pojawiały się pęcherzyki, które pękały i zamieniały się w twarde strupy.
Towarzyszył temu ogromny świąd.
Koń drapał się, gdzie tylko sięgał, zdrapując strupy i raniąc skórę. Choroba całkowicie odebrała mu apetyt, a z czasem wysuszyła jego ciało niemal do samej kości.
Na nieszczęście, to nie był koniec problemów.
Trzecia powieka oka była mocno opuchnięta i zaczerwieniona.
Weterynarz pobrał wymazy, ale już podejrzewał najgorsze guz. Można było to naprawić tylko operacją, ale dopiero, gdy koń nabierze nieco sił.
Poważnych kłopotów przysparzały także zęby tu również trzeba było działać szybko.
Na kilka tygodni boks zamienił się w polowy szpital.
Weterynarz doglądał nietypowego pacjenta codziennie. Z czasem leczenie zaczęło przynosić skutki: udało się zwalczyć pasożyta, grube skorupy znikały z powierzchni skóry, a po interwencji przy zębach koń wreszcie mógł samodzielnie jeść.
Stan zwierzęcia przez pierwsze dni był tak ciężki, że podtrzymywano je kroplówkami, a pojono z butelki niczym źrebię. Jednak z czasem koń zaczął odzyskiwać siły. Z każdym dniem chętniej jadł sam, choć głową trzeba było mu jeszcze pomagać dla wygody.
Zwierzę niewiele rozumiało z tego, co się wokół dzieje. Początkowo tak bardzo cierpiało, że sprawiało wrażenie, jakby straciło ochotę do życia leżało, oczekując końca. Ale otaczający go ludzie nie rezygnowali, robiąc wszystko, by przywrócić go do świata żywych.
Nowi właściciele sprawdzali go nawet w nocy poprawiali kroplówkę, pilnowali oddechu. Z czasem koń zaczął rozpoznawać znajome głosy, wyciągał pysk do rąk ludzi i czasem lekko drżał, gdy weterynarz zabierał się energicznie do pracy.
Ponieważ widzenie miał bardzo słabe, orientował się głównie po dźwięku i dotyku troskliwych rąk. Mimo to powoli dochodził do siebie.
Po pewnym czasie koń potrafił już sam przewracać się z boku na bok, czasem nawet unieść nieco brzuch. Coraz dłużej trzymał głowę i tułów niemal pionowo.
Ale najgorsze było to, że nie mógł wstać na nogi.
Bardzo go to przerażało. Koń próbował zgiąć nogi i się podnieść, lecz kończyny nie słuchały jakby już nie były jego częścią.
Weterynarz tylko wzruszał ramionami i wyjaśniał, że zwierzę zbyt długo wegetowało w skrajnym wycieńczeniu, mięśnie kompletnie zanikły, więc samo nie wstanie.
Nie dało się przywrócić sprawności bez ćwiczeń. Problem polegał jednak na tym, że konia trzeba było podnosić nad ziemię, prowadzić i pomagać stawiać każdy krok.
A zwierzę nadal swoje ważyło.
W tym czasie żebra nie były już tak widoczne pod skórą dobra opieka i regularne karmienie zrobiły swoje. To cieszyło właścicieli, choć jednocześnie utrudniało rehabilitację.
Do podniesienia konia potrzebnych było ośmiu mężczyzn.
Wymyślili więc specjalną uprząż ze starego koca i pasów, za pomocą której można było ustawić konia pionowo w boksie. Na spacery i tak potrzebne były jednak silne ręce.
Na szczęście historia biednego zwierzęcia poruszyła wielu sąsiadów i znajomych. Po południu przychodzili, by pomóc w ćwiczeniach.
Początkowo nogi konia trzeba było ustawiać ręcznie. Jednak regularne treningi w końcu przyniosły efekt. Po kilku dniach koń zaczął z trudem ruszać kończynami samodzielnie.
Było to jeszcze bardzo nieudolne, ruchy były powolne i niezdarne, ale każde z nich to był prawdziwy sukces.
Koń szybko się męczył i ludzie także. Jednak nikt się nie poddawał.
Miesiące systematycznych ćwiczeń przyniosły rezultaty. Najpierw koń stanął pewnie na wszystkich nogach, a potem zaczął ostrożnie przemieszczać się po boksie.
Nikt go nie popędzał.
Właściciel wyprowadzał zwierzę tylko na kilka kroków, po czym wracał do stajni, by odpoczęło. Koń jednak miał już dosyć zamknięcia łapczywie wciągał nozdrzami zapach świeżej trawy i wyglądał, jakby marzył, by znów biegać po łące.
W końcu weterynarz uznał, że kondycja konia jest już na tyle dobra, że można przeprowadzić operację na oku.
Dla niego samego zabieg nie wydawał się szczególnie trudny i tak na oko nie widział z powodu guza.
Po raz kolejny koń trafił do przyczepy i został zawieziony do kliniki.
Lekarz usunął zmienione chorobowo tkanki.
Oko po zabiegu przez pewien czas bolało, ale koń i tak przyglądał się wszystkiemu wokół z zaciekawieniem. Rzeczy, których wcześniej nawet nie dostrzegał, teraz nabrały wyraźnych konturów.
Po raz pierwszy zobaczył wyraźnie swoich nowych opiekunów, boks i zagrodę, w której ćwiczył chodzenie.
Do zwykłego leczenia doszły krople do oczu, które trzeba było regularnie podawać. Koń znosił wszystkie te zabiegi ze spokojem.
Wykazywał się dużą cierpliwością, a nawet słuchał ludzi, jakby rozumiał każde słowo.
Zwierzę było nie tylko spokojne, ale i bardzo pojętne. Właściciele nie mogli nachwalić się nowego członka rodziny.
Z czasem koń tak się wzmocnił, że zaczął wychodzić na duży wybieg razem z dwoma innymi mieszkańcami stajni.
Nowa mieszkanka szybko dogadała się z resztą. Potrafiła nawet pohamować temperament młodego ogiera i spokojnie skubała trawę obok jego matki.
Minęło wiele miesięcy od dnia, kiedy trafiła do tego miejsca. Teraz w niczym nie przypominała szkieletu okrytego skórą, leżącego bez życia w trawie.
Na szerokich bokach błyszczała zdrowa sierść. Tylko niezagojone jeszcze do końca miejsca na zadzie i ostrożne ruchy przypominały o niełatwej przeszłości.
Właściciel nie śpieszył się z próbami jazdy. Ale pewnego razu koń sam zaczął niecierpliwie stukać kopytem i parskać za każdym razem, gdy widział siodło.
Z zawiścią patrzył za końmi, które woziły dzieci i dorosłych.
W końcu, w słoneczny dzień, wyprowadziłem konia na plac i zacząłem zakładać mu uprząż.
Zwierzę radośnie zarżało.
Choć mój ciężar był dla niego nieco trudny, nie zamierzało narzekać.
Wyjechaliśmy ze stajni i zrobiliśmy niewielką rundkę po polu.
W tamtym momencie koń był chyba najszczęśliwszym stworzeniem na świecie.
Mimo całego bólu, strachu i rozpaczy, przez które musiała przejść, teraz obok byli ludzie, którym na niej naprawdę zależało.
Koń był już pewien cokolwiek by się nie stało, teraz nikt go nie porzuci.



