Przechodnie zauważyli wyczerpanego konia: zabrakło mu sił nawet, by wstać

Ludzie zobaczyli wycieńczonego konia: nie miał siły nawet się podnieść

Zakochana para wolno przedzierała się przez gęstą, wysoką trawę pod Krakowem. Szedłem z Martą za rękę, niespiesznie, a co chwilę wymienialiśmy się tym serdecznym, ciepłym spojrzeniem, które znają tylko ci, co naprawdę są zakochani. Byliśmy tak pochłonięci sobą, że zupełnie nie zauważyliśmy, jak nagle między trawami trafiliśmy na coś nieoczekiwanego.

Marta nagle krzyknęła przestraszona i odskoczyła ode mnie, a ja automatycznie wysunąłem się do przodu, gotów stanąć w jej obronie przed nieznanym.

W zaroślach leżał koń.

A raczej istota, która dawniej musiała być pięknym koniem. Teraz przypominała raczej szkielet obciągnięty skórą niż żywe stworzenie.

Cieniutka, przesuszona skóra szczelnie opinała wystające żebra. Miałem wrażenie, że zaraz kości przedrą skórę i przebiją się na wierzch. Całe ciało pokrywały dziwne, wyschnięte strupy, wokół których krążyły uporczywe muchy.

Widok był tak przerażający, że wywoływał autentyczne obrzydzenie.

Biedne zwierzę! wykrzyknęła Marta.

Jej słowa zawisły w rozgrzanym wiosennym powietrzu. Nastała cisza nad brzegiem łąki.

Nagle koń lekko poruszył ciałem.

Oboje aż zjeżyliśmy się ze strachu.

Kilka sekund później powietrze przeciął nasz wspólny krzyk przerażenia.

Rzuciliśmy się do ucieczki, nie oglądając się za siebie. Dopiero gdy dobiegliśmy na żwirową polną drogę, mogliśmy wreszcie odetchnąć.

Oczywiście, nikt nas nie gonił.

Gdy opadły pierwsze emocje, w głowie zaczęły pojawiać się myśli.

To coś jeszcze żyje… Marta szepnęła zdumiona.

Żyje, ale wygląda jak trup odpowiedziałem ponuro.

Przecież ono się poruszyło.

Musieliśmy to sprawdzić jeszcze raz. Może to nie koń się poruszał? Może coś go od środka zjada?

Marta wzdrygnęła się na tę sugestię. Poprosiła, żebym to ja poszedł zobaczyć, sama czekając na drodze nie chciała przyglądać się scenie ewentualnej makabry.

Wróciłem ostrożnie w trawę. Przekonałem się szybko, że w pobliżu nie ma żadnego drapieżnika, a przede wszystkim koń naprawdę żył.

Kiedy podszedłem bliżej, koń minimalnie przekręcił głowę i zacharczał cicho.

Chciał się podnieść, lecz nie miał już siły. Z boku widać było ledwo zauważalne ruchy zwierzę ciężko oddychało.

Jego powieki lekko się uniosły, jakby próbował mi się przyjrzeć. Uwagę przykuwała dziwna, czerwonawa błona zasłaniająca źrenicę.

Dolna warga opadała bezwładnie, nie domykając pyska.

Nogi i ogon leżały nieruchomo. Czasem lekko poruszały się tylko uszy choć nie wiadomo, czy to nie był tylko podmuch wiatru.

Wyglądał tak, jakby ledwo trzymał się życia.

Rozglądałem się wokół, próbując pojąć, skąd koń się tu wziął. Trawa wokół nie była stratowana wyglądało na to, że leży tu już od dawna.

Wróciłem do Marty i szczegółowo jej opowiedziałem, co zobaczyłem.

Co za różnica, jak tu trafił? westchnęła tylko. Co mamy zrobić? Wygląda okropnie. Może umrzeć lada chwila. Przecież nie znam nikogo, kto zna się na koniach.

Nagle przypomniałem sobie, że w sąsiedniej wsi, w okolicach Proszowic, mają kilka koni. Przyjeżdżali tam czasem ludzie z okolicy, żeby pojeździć.

Szybko udało się skontaktować z właścicielami.

Ci początkowo nie mogli pojąć naszego nieskładnego relacjonowania, ale na szczęście obiecali przyjechać jak tylko się da.

Po chwili od strony drogi rzeczywiście pojawił się kurz nadjechał samochód.

Pomachałem razem z Martą, by wskazać miejsce.

Samochód z przyczepą do przewozu koni zatrzymał się przy nas.

Gdy właściciele wysiedli i zobaczyli konia z bliska, mężczyzna i jego żona byli przerażeni.

O tym, żeby koń wszedł do przyczepy o własnych siłach, nie było mowy. Pozostawało mieć nadzieję, że w ogóle dotrwa do lecznicy weterynaryjnej.

Czterem osobom nie udało się podnieść nawet tak wychudzonego zwierzęcia.

Pobiegłem więc wołać sąsiadów i znajomych z okolicy.

Gdy zebrała się grupa chłopów, razem podłożyli pod konia fragment starego mocnego prześcieradła. Każdy chwycił za brzeg materiału i w grupie powoli podnieśli ciało kilka centymetrów nad ziemię.

Koń otworzył szeroko oczy i poruszył kopytem.

Na więcej już nie było go stać.

Było aż ciężko patrzeć na jego stan bez łez zwierzę było zupełnie wycieńczone, nie mogło nawet samodzielnie się podnieść.

W końcu zdołaliśmy ostrożnie ulokować go na przyczepie. Drzwi zamknęły się cicho.

Koła ruszyły w stronę stadniny do nowego życia.

Kiedy dotarliśmy do stajni, przy boksie czekał już weterynarz i pomocnicy właściciele zadzwonili do nich po drodze.

Zwierzę wyciągnięto bardzo ostrożnie.

Weterynarz natychmiast zabrał się do pracy: badał konia, obmacywał miejsca z ranami, pobierał próbki do analizy.

W tym samym czasie na miejsce przybyła policja.

Przyjęli zgłoszenie o znęcaniu się nad zwierzęciem, zapisali zeznania weterynarza, właścicieli oraz nas, wolontariuszy. Uprzedzili jednak, że złapanie poprzedniego właściciela będzie praktycznie niemożliwe raczej nie ma co liczyć na sprawiedliwość.

Weterynarz zrobił kilka zastrzyków, oczyścił wyschnięte strupy i założył koniowi kroplówkę.

Wolontariusze wraz z właścicielami przenieśli delikatnie konia do wolnego boksu.

Był tak wycieńczony, że weterynarz nie był nawet pewien, czy uda się go uratować. Jednak wszyscy uznali, że warto walczyć.

Największym problemem było to, że koń niemal nie jadł, a picie wody sprawiało mu trudność.

Przyczyną okazało się ciężkie zakażenie skóry.

Pasożyt, prawdopodobnie świerzbowiec, powodował stany zapalne na całym ciele. Tworzyły się pęcherzyki, które pękały, a następnie przekształcały się w strupy.

Towarzyszył temu ogromny świąd.

Koń drapał się, jak tylko mógł, wyrywał strupy, ranił skórę. Choroba całkowicie odebrała mu apetyt i zamieniła niegdyś silnego rumaka w cień dawnej świetności.

Niestety, to nie był jedyny problem.

Trzecia powieka konia była bardzo opuchnięta i czerwona.

Weterynarz podejrzewał nowotwór. Leczenie mogło pomóc tylko wtedy, gdy koń odzyska siły na tyle, by przejść zabieg operacyjny.

Kłopoty ze zębami także wymagały natychmiastowego działania.

Przez kilka tygodni zwykły boks zamienił się w polowy szpital.

Lekarz codziennie zaglądał do swojej nietypowej pacjentki; z czasem leczenie zaczęło przynosić efekty: udało się pozbyć pasożyta, a rany na skórze powoli się goiły. Zepsute zęby zostały wyleczone, dzięki czemu koń w końcu mógł samodzielnie jeść.

W pierwszych dniach stan konia był tak ciężki, że trzeba było go dokarmiać przez sondę oraz podawać kroplówki pełne witamin prawie jak źrebakowi. Na szczęście z każdym dniem odzyskiwał trochę sił. Powoli zaczynał sam jeść, choć długo trzeba było podpierać mu głowę, żeby było mu łatwiej.

Koń był jeszcze zdezorientowany, nie bardzo pojmował, co dzieje się wokół. Początkowo wyglądał, jakby nie miał już żadnej woli życia, jakby na coś czekał, leżąc bez ruchu. Ale ludzie w stajni byli wytrwali, nie pozwalali mu się poddać.

Nowi właściciele zaglądali do niego nawet w nocy kilka razy sprawdzali stan, poprawiali kroplówkę, kontrolowali oddech. Z czasem koń zaczął rozpoznawać znajome głosy; wyciągał łeb ku rękom, a kiedy weterynarz gderał zniecierpliwiony podczas badania lekko drżał.

Zmysł wzroku praktycznie nie funkcjonował, więc polegał głównie na dotyku i dźwiękach troskliwych opiekunów. Stan jednak systematycznie się poprawiał.

Po pewnym czasie koń sam potrafił się przewrócić z boku na bok, czasem unosił lekko brzuch do góry, miał nawet tyle siły, by trzymać głowę i ciało niemal pionowo przez dłuższą chwilę.

Najgorsze jednak pozostawało: nie potrafił wstać.

Bardzo się tego bał. Próbował podciągać nogi pod siebie, jakby chciał się podnieść, ale nie był w stanie na nich stanąć. Nogi jakby przestały do niego należeć.

Weterynarz tylko rozkładał ręce: tak długotrwałe osłabienie i wycieńczenie sprawiły, że mięśnie zupełnie zwiotczały nie da się po prostu wstać i pobiec.

Żeby wróciła siła w nogach, trzeba było ćwiczeń. Znowu pojawił się problem: konia musiało podtrzymywać kilka osób, by mógł wstać i postawić pierwsze niepewne kroki.

Był coraz cięższy, bo systematyczne posiłki odbudowały choć trochę masę ciała. To cieszyło opiekunów, ale jednocześnie stawiało nowe wyzwania.

Potrzeba było ośmiu silnych chłopów, by podnieść zwierzę.

Właściciel wymyślił specjalny stelaż z grubych koców i pasów, który w boksie utrzymywał konia w pionie. Na spacery jednak potrzeba było kilku rąk do pomocy.

Na szczęście historia chorego zwierzaka poruszyła całe sąsiedztwo wielu ludzi, z Proszowic i okolic, przychodziło wieczorami pomóc w rehabilitacji.

Początkowo koń musiał być ustawiany na nogi ręcznie. Z czasem, dzięki powtarzalnym ćwiczeniom, zaczął nieśmiało sam stawiać niepewne kroki.

Szło mu to opornie i powoli, ale każdy kolejny ruch był zwycięstwem.

Koń błyskawicznie się męczył, ludziom także brakowało sił. Nikt jednak nie tracił nadziei.

Miesiące żmudnych treningów powoli przynosiły rezultaty. Najpierw koń nauczył się stać, później robił ostrożne, niepewne kroki.

Nikt go nie popędzał.

Właściciel wyprowadzał go na kilka metrów po podwórku, a potem wracał z nim do boksu. Ale zwierzę miało już dość przymusowego siedzenia w środku. Chętnie ciągnął nozdrzami zapach świeżej trawy i chyba marzył, by jeszcze kiedyś pogalopować przez łąki.

Wkrótce weterynarz uznał, że koń jest dość silny, by przeprowadzić operację powieki.

Dla zwierzęcia nie stanowiło to ogromnego stresu i tak niemal nic nie widział przez narośl.

Znów załadowano go na przyczepę i odwieziono do lecznicy, gdzie była sala operacyjna.

Lekarz usunął zmienioną tkankę.

Po operacji oko bardzo bolało, ale koń z ciekawością rozglądał się wokół. Sylwetki ludzi, boks, wybiegi wszystko nadawało się po raz pierwszy ostrość.

Każdego dnia do obowiązków należały krople do oczu koń znosił zabiegi z cierpliwością.

Był nie tylko spokojny, ale i zaskakująco inteligentny. Nowi właściciele nie mogli się nadziwić, jak cudowny członek rodziny do nich dołączył.

Z czasem koń doszedł do takiej kondycji, że zaczął wychodzić na padok razem z dwoma innymi końmi.

Nowa towarzyszka szybko zaprzyjaźniła się z resztą stada. Uspokoiła narwanego młodego ogiera, spokojna pasła się obok klaczy-matki.

Minęły długie miesiące od dnia, gdy pierwszy raz zobaczyliśmy ją w trawie. Dziś koń wyglądał zupełnie inaczej niż tamten szkielet pokryty skórą, czekający na koniec.

Boki ma teraz okrągłe, sierść lśni zdrowo, choć gdzieniegdzie jeszcze widnieją ślady po ranach, a ruchy pozostają ostrożne i nienachalne.

Właściciel nie spieszył się z jazdą wierzchem. Ale pewnego dnia koń zaczął stukać kopytem w ziemię i rżał na widok siodła.

Z zazdrością spoglądał na towarzyszy z boksu, którzy nosili na grzbiecie dzieci i dorosłych.

Aż pewnego słonecznego popołudnia wyprowadziłem ją na dwór i zacząłem zapinać uprząż.

Koń zarżał z radością.

Mój ciężar był dla niej niemały, ale ani myślała narzekać.

Pojechaliśmy spokojnie przez kawałek pola.

W tej chwili koń był naprawdę szczęśliwy.

Pomimo całego bólu, strachu i zwątpienia, których doświadczył, teraz miał przy sobie ludzi naprawdę troskliwych.

I koń wiedział już na pewno: tym razem nikt go nie porzuci, niezależnie od wszystkiego.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

piętnaście + trzy =

Przechodnie zauważyli wyczerpanego konia: zabrakło mu sił nawet, by wstać