Kasia, wybacz…
Wiktor przymrużył jedno oko i natychmiast zamknął je ponownie. Niskie marcowe słońce celowało w niego przez okno, rażąc bezlitosnym blaskiem prosto w twarz. Przekręcił się na zaniepokojonym łóżku, próbując uciec przed światłem.
— Obudziłeś się, pijaku? — rozległ się głos żony. — Otwórz te swoje bezwstydne oczy, chcę w nie spojrzeć. Inni faceci są jak trzeba, prezenty noszą, kwiaty swoim kobietom. A ty wczoraj upiłeś się jak zatracony. Pamiętasz w ogóle, że dziś jest święto?
Wiktor odsunął się do ściany i w końcu zdołał rozchylić powieki. Przez wąskie szpary, przypominające strzelnice, zobaczył Kasię. Stała, groźnie wspierając dłonie na biodrach.
— J-jakie święto? — szczerze zdziwił się.
— Dzień Kobiet, jeśli ci to coś mówi. Miałam świętować, a ty się upiłeś. Oczy by na ciebie nie patrzyły. I nie wstyd? Myślałam, posiedzimy we dwoje, coś wypijemy. Córka przyniosła do mnie dobre wino. Schowałam specjalnie na dziś. A ty, nicponiu, znalazłeś i wypiłeś wszystko sam. Wódki ci mało?
Wiktor nie zdążył się zasłonić, gdy kapeć, rzucony pewną ręką żony, uderzył go boleśnie w czoło.
— Masz…
Przed drugim kapedem zdążył schować się pod kołdrą. Na szczęście mieli tylko parę. Wystawił nos z kryjówki.
— Kasiu, wybacz. Przysięgam, naprawię to. — Wiktor beknął i próbował wstać, ale zaplątał się w poszewkę.
Żona machnęła ręką i zniknęła w kuchni. Stamtąd dobiegł brzęk nacisków. Gdy zaczynała tak grzmocić, oznaczało to, że była wściekła, a kłótka mogła potrwać długo.
Wiktor postanowił nie wywoływać wilka z lasu i wymknąć się z domu, póki jeszcze mógł. Przesunął się bokiem obok kuchni do łazienki. Chlusnął sobie zimną wodą w oczy, opróżnił kubek z szczoteczek, napełnił go i ładownie wypił. Mową dłonią przygładził przerzedłe włosy. Kasia wciąż grzmociła w kuchni.
Cicho wślizgnął się z powrotem do sypialni, ubrał się i wyszedł do przedpokoju. Zakładając buty, stracił równowagę i o mało nie runął na podłogę. Na hałas z kuchni wyjrzała Kasia.
— Gdzie się wybierasz, alkoholista?
— Kasiu, zaraz wrócę… Będę szybko… — Wiktor zerwał ze ściany swoją kurtkę i tyłem cofnął się do drzwi.
— Stójże! — warknęła Kasia i ruszyła na niego, ale on już wyskoczył na klatkę i zatrzasnął drzwi przed nosem żony.
— Tylko spróbuj wrócić, ja ci… — dobiegło zza drzwi.
Wiktor nie czekał na resztę i zbiegł po schodach w dół.
Na zewnątrz świeciło słońce, z rynien w rytm kapała woda, miejscami spod roztopionego śniegu wyzierał wybożysty asfalt. Mijał mężczyzn trzymający w rękach żółte gałązki forsycji lub kolorowe tulipany.
— Kolego, nie powiesz, która godzina? — Wiktor zatrzymał przechodnia z bukietem w dłoni.
— Czas na kurację — rzucił mężczyzna przez ramię.
— Żeby to było takie proste — mruknął Wiktor i ruszył dalej.
Tak naprawdę chciał zapytać, gdzie kupił kwiaty, ale jakoś wyszło wbrew intencji.
— Chłopcze, gdzie te kwiatki? — zagadnął młodego chłopaka.
— Tam. — Machnął ręką za siebie.
— Aha — odparł Wiktor i poszedł w wskazanym kierunku.
Wkrótce dostrzegł kobietę przy skrzyżowaniu. Obok jej stóp stała skrzynka, z której wystawały puszyste gałązki forsycji.
Przyspieszył kroku. Strasznie chciał kupić kwiaty, żeby przebłagać Kasię, a jeśli się uda — dostać upragnioną setkę na rozgrzewkę. Ale gdy podszedł, na dnie skrzynki została tylko jedna, marnej kwitnącej gałązki.
— Bierz, panie, oddam z rabatem — powiedziała kobieta, rzucając nań bystre spojrzenie.
— Chciałem… dla żony. Więcej nie ma?
— Nie ma — przedrzeźniała go. — Chcesz, poczekaj. Zaraz zadajmonię, może przywiozą.
Wiktor pomyślał, że taka nędzna gałązka tylko rozzłości Kasię. Strumień mężczyzn z kwiatami nie słabł, więc musiało być gdzieś jeszcze źródło. Ruszył dalej. Po drodze przyszło mu do głowy sprawdzić kieszenie. Pamięć zawodziła — nie wiedział, czy miał pieniądze. I czy Kasia ich nie przejęła w ramach kary.
Zatrzymał się i przekopał kieszenie. Znalazł pomiętą stówkę. Nie miał pojęcia, ile mogą kosztować kwiaty. Przy samochodzie stała grupka ludzi. Gdy usłyszał cenę bukietu tulipanów, zrobiło mu się słabo.
— Jeden chcesz? — spytał sprzedawca z brodą i wschodnim akcentem.
— Mam tylko to. — Pokazał zmiętą banknotówkę.
— Ech, za tyle to może jeden kwiat. Chcesz?
Wiktor skrzywił się. Jeden tulipan nie zmyje jego winy. Odszedł.
Przecierał mózgownicę, szukając pomysłu na pożyczkę. „Marek winien mi piątaka! Niech odda!” — Uradowany pomysłem, podreptał pod jego drzwi. Oczywiście pili razem, ale to on płacił, więc dług był niezaprzeczalny.
— Kto tam? — spytała Zosia, żona Marka, nie otwierając.
Kobieta była piekielnie złośliwa i trzymała męża krótko. Gdy tylko się wyrwał, odreagowywaWiktor zastukał jeszcze raz, ale wiedział już, że dziś nie zobaczy ani Marka, ani swoich pieniędzy, więc westchnął ciężko i powlókł się w stronę domu, trzymając w garści ten ostatni kiepski kwiat, który miał nadzieję przeprosić Kasię, choć serce mu się krajało na myśl, że to wciąż za mało.



