Przepraszamy za kłopot zaczął jeden z policjantów. Ale ta pani twierdzi, że wasz kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a potem ukradł jej kotka
Czasem w miastach są takie bloki, narożne. Dwa segmenty połączone jednym wejściem, ale stoją pod kątem prostym dokładnie dziewięćdziesiąt stopni. Gdy po wewnętrznej stronie są balkony, to te w samym rogu prawie stykają się ze sobą. To prawie to może z półtora metra.
No więc
Razem z Dominikiem wracaliśmy z pracy. Oboje zatrudnieni w tej samej firmie, codziennie jeździliśmy razem samochodem na Mokotów i z powrotem.
Przechodziliśmy przez nasze warszawskie osiedle, gdy zobaczyliśmy, jak bezdomnego kota, którego zgodnie z sąsiadami dokarmialiśmy, atakuje stado podwórkowych psów.
Dominik przepędził je, ale kot oberwał. Na szczęście niezbyt ciężko, chociaż był w opłakanym stanie. Zawróciliśmy z nim do auta, a potem prosto do lecznicy.
W gabinecie weterynarz dokładnie opatrzył rany, zaszył najgorsze miejsca, podłączył kroplówkę z glukozą i witaminami, dał zastrzyk z antybiotykiem i zalecił przynosić kota codziennie przez tydzień na kontrolę i kolejne iniekcje.
Tak właśnie Gucio trafił do nas.
Czemu Gucio? Od „Gucio-gangster”, bo wyglądał jak typ spod ciemnej gwiazdy, choć w rzeczywistości…
Groźny z pozoru kocur zadziwiająco szybko przywykł do ciepła i opieki. Po dwóch dniach wygrzewał się na kocu rozłożonym na kanapie, mruczał pod dotykiem i przewracał oczami, gdy go głaskałam.
No patrz, taki rozpieszczony śmiałam się, drapiąc go po brzuchu.
Gucio wzdrygał się jeszcze z bólu, rany dawały o sobie znać, ale nie przestawał mruczeć. Najwyraźniej dobrze mu było.
Odżył z dnia na dzień, lśniąca sierść, zaokrąglony brzuszek, spał nam pod nogami. Ulica, głód, strach i wieczne zimno wspomnienia te stawały się coraz bardziej odległe.
Teraz najchętniej spędzał czas na balkonie, wygrzewając się na parapecie i obserwując podwórko. Ulicy już nie pragnął, doskonale wiedział, co znaczy wolność, której doświadczył.
Sąsiednie balkony nie robiły na nim wrażenia, aż do…
…aż na tym prawie stykającym się balkonie pojawił się nowy kotek. Malutki, puszysty, zadbany.
Rasowy panicz oceniał Gucio z wyższością, odwracając się demonstracyjnie i zadzierając ogon.
Następnego ranka coś go jednak zatrzymało. Dziwny dźwięk dobiegający zza balustrady. Nasłuchiwał, to stamtąd, skąd panicz.
Kotek siedział skulony w kącie i cicho płakał.
Hej! zawołał Gucio. Czemu zawodzisz? Dostałeś nie to jedzenie, co chciałeś?
Maleństwo zatrzęsło się i wciskając się w ścianę, patrzyło ze strachem na dużego kocura.
Czemu płaczesz? powtórzył Gucio.
Kotek nie wychodząc z kryjówki wyszeptał:
Ona mnie trzepnęła pantoflem wiesz jak to boli?
Gucio nie wiedział, co znaczy uderzenie kapciem. Teraz był kochany, rozpieszczany, wybaczano mu wszystko. Ale ból pamiętał.
Pantoflem? Za co?
Miauczałem rano. Byłem głodny…
I? zdziwił się Gucio.
Krzyczała na mnie i uderzyła wyszeptał kotek.
Gucio zamilkł. Mała kulka wciąż drżała, bała się nawet pisnąć.
Przypomniał sobie własne dzieciństwo na ulicy strach, przejmujące zimno, głód.
Często bije? zapytał cicho.
Prawie zawsze zaszlochał kotek. Za każdy hałas. Ona mnie nie kocha… Ale koleżankom opowiada przez telefon, że jestem drogi, że kosztowałem dużo pieniędzy. Nie wiem nawet, co to znaczy drogi…
Gucio wiedział. Jego pani często mówiła: Mój kochany. Ale tu to brzmiało inaczej.
Zmarszczył się. Wszystko było dziwniejsze, niż umiał zrozumieć. Szkoda mu było malucha. Wcześniej na ulicy wiedział, co robić, ale teraz…
Teraz był domowym, kochanym kotem. I co w takiej sytuacji robić?
Po chwili kotka zawołano z mieszkania. Skulony, ze strachem, pobiegł w głąb. Na podłodze została mokra plamka po łapach.
Gucio patrzył i przypomniał sobie, jak sam, będąc kociakiem, zalał się ze strachu podczas spotkania z dużym psem.
Od tamtej pory spędzał coraz więcej czasu na balkonie. Miśka bo tak naprawdę kotka wołała się Miśka regularnie przybiegała do balustrady skarżyć się na swoją panią:
Powiedziała dzisiaj, że jeśli nie przestanę rozrabiać, wyrzuci mnie przez balkon, bo ma dość sprzątania po mnie…
Guciowi jeżyła się sierść. Słyszał często krzyki sąsiadki i jej przekleństwa. Czasem…
Czasem aż drżał, słysząc dźwięk uderzenia kapciem o małe ciałko.
Od dawna już wiedział, co powinien zrobić. Jednak strach go powstrzymywał.
Wyrzucą mnie myślał. Za coś takiego na pewno mnie wyrzucą.
Nie chciał wracać do zimna, głodu i samotności. Nie chciał stracić ludzi, którzy go uratowali.
Ale myśl, że tamta może kiedyś zabić Miśkę, nie dawała mu spokoju.
Wszystko zdarzyło się pewnego wieczoru.
Gucio siedział na balkonie, wsłuchując się w głosy zza ściany. Znów awantura, sąsiadka wrzeszczała na Miśkę, która kuliła się pod ścianą.
W odbiciu okiennej szyby dostrzegł, jak kobieta sięga po kapcia i zamachuje się, celując w skulonego kociaka:
Zaraz cię zatłukę, paskudo!
Nie pamiętał, jak znalazł się na jej balkonie. Po prostu przeskoczył półtora metra.
Kobieta nie zdążyła cisnąć kapciem. Nagle tuż przed jej nosem na łóżku pojawiło się…
Nie, nie pojawił się.
Było tam coś jak z najgorszego snu: ogromny kocur, z mordą zbója, najeżony, fukający i wyjącym. W jej oczach z pyska buchał ogień, a z oczu sypały się iskry.
Wrzasknęła, upuściła kapcia, i po nogach w pyjamie pociekło jej coś ciepłego…
Przestraszyła się jak diabła.
„Kocur” uniósł łapę z wyciągniętymi pazurami, kobietę przeszył dreszcz paniki, zasłoniła się rękami i zemdlała.
Dziesięć minut później ktoś zadzwonił do naszych drzwi. Na progu stała roztrzęsiona sąsiadka, wzrokiem świdrującym na lewo i prawo.
Wasz kot mnie zaatakował!!! krzyczała. Podrapał mnie i porwał mojego bardzo drogiego kotka! Dzwonię na policję!
Proszę pani spokojnie odpowiedziałam nasz Gucio cały czas siedzi w domu. I nie mamy żadnego kotka.
Sąsiadka sapnęła, chciała coś jeszcze powiedzieć, ale zamiast słów wydała tylko wściekły syk. Odwróciła się i zatrzasnęła drzwi.
Dziesięć minut później zjawili się funkcjonariusze. Za nimi ta sama kobieta, która opowiadała swoją historię, potykając się o własne zeznania.
Przepraszamy powiedział jeden z policjantów. Ta pani twierdzi, że wasz kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją i porwał kotka…
Co? jednocześnie zapytaliśmy z Dominikiem.
Nasze miny wyrażały szczere zdumienie.
Proszę wejść, zaprosił Dominik. Możecie panowie sprawdzić sami: kot śpi na kanapie, a żadnego kotka tu nie ma.
Weszliśmy wszyscy do środka. Faktycznie, Gucio spał jak książę.
To ten! To ten! zaskowyczała sąsiadka. On mnie podrapał i zabrał mojego Drahmy!
Przepraszam, co ukradł? nie zrozumieli policjanci. Waszego drahma?
Głupi jesteście? wrzasnęła. Mojego kotka, Drahmę!
Policjanci popatrzyli po sobie i wyszli na balkon.
Blisko dwa metry zauważył jeden.
I chce pani powiedzieć, że kot przeskoczył taki dystans z kotem w pysku? dopytał drugi.
Nie wierzycie mi?! wrzeszczała sąsiadka, rozbijając się po naszym pokoju i krzycząc: Drahma! Drahma! Drahma!
Otwierała szafy, wysuwała szuflady, zrzucała pościel, trzepała wszystko na podłogę.
Policjanci musieli ją posadzić.
Proszę pani stanowczo powiedział jeden z funkcjonariuszy właśnie niszczy pani czyjeś mieszkanie. Ustawa pozwala właścicielom złożyć na panią doniesienie.
Na mnie?! Po tym, jak ich kot okaleczył mnie i zabrał mojego kota?!
A propos, zmarszczył brwi drugi policjant. Wskaże pani, gdzie dokładnie podrapał?
Sąsiadka zająknęła się, poczerwieniała, zacięła, w końcu rozdarła się, że z nami wszystkimi sobie poradzi.
Przepraszam, uprzejmie powiedziałam. Ale dość mocno czuć od pani moczem… Mogłabym prosić, by zeszła pani z mojego krzesła?
Na jej policzkach przeszły kolejno czerwień, zieleń i bladość.
Wybiegła, trzaskając drzwiami.
Chcecie złożyć skargę? spytał jeden z policjantów.
Nie odpowiedzieliśmy równocześnie z mężem.
Wydaje się być nie do końca poczytalna dodałam cicho.
Przepraszamy za zamieszanie skłonili się funkcjonariusze i wyszli.
Zwróciliśmy wzrok na Gucia. Wstał z kanapy, podszedł do szafy. Sprytnie zahaczył pazurami drzwiczki, otworzył, wskoczył na półkę i wyjął spod ręczników… kociaka.
O Jezu… westchnęliśmy równocześnie.
Usiedliśmy na tapczanie. Gucio podszedł i delikatnie położył przerażonego, szarego kociaka obok nas.
I co teraz? spytałam, przytulając malca do piersi.
Miśka zadrżała i skurczyła się jeszcze mocniej.
Nie bój się, malutka uspokoił Dominik.
My nie krzywdzimy kotów dodałam, głaszcząc drżący grzbiet. A ty, mój drogi… Jesteś ukarany zwróciłam się do Gucia. Nie wolno tak robić. Mogłeś to rozwiązać inaczej…
A jak inaczej? zdziwił się mąż. Wyrwał ją z łap wiedźmy. Mam cię za to ukarać?
W końcu oficjalnie nie mamy żadnego kotka. Słyszałaś, co powiedzieli panowie policjanci.
No jasne, westchnęłam do kotka. Solidarny front mężczyzn. Pewnie zaraz go nagrodzisz.
Dokładnie! Należy mu się nagroda! zaśmiał się Dominik. Chodź, Gucio, dam ci kurczaka.
Tylko popatrz na niego! westchnęłam, szukając wsparcia u Malutkiej.
Kotek nagle wyciągnął łapki, objął nimi moją dłoń i przytulił się.
Uśmiechnęłam się i pogodziłam z losem:
No dobrze… Pierwszy raz wybaczam.
Dominik i Gucio poszli do kuchni, a Miśka została na moich kolanach, cichutko mrucząc. Pierwszy raz chyba czuła, jak miłe jest głaskanie.
Zastanawiała się przy tym nad znaczeniem słowa drogi.
Chyba czuła, że w ustach tej kobiety brzmiało ono zupełnie inaczejMiśka spojrzała ufnie spod łapek.
Po cichu, nie wiedzieć kiedy, dosiadł się Gucio już po swojej kurczakowej nagrodzie, zresztą wciąż z kęsem mięsa przyklejonym do wąsa. Pacnął Miśkę delikatnie łapką w bok. Zadrżała, lecz tym razem nie uciekła.
Patrzyliśmy, jak Gucio siada obok niej i zaczyna sprawdzać jej uszka. Miśka zamrugała, poddała się starannemu wylizywaniu, a potem, po raz pierwszy, rozciągnęła się na całej długości moich ud i westchnęła głęboko. Ułożyła się tuż przy Guciu, przytulona brzuszkiem do jego boku.
Za oknem zapadał wieczór, cienie miastowych drzew przesuwały się po ścianach, a w powietrzu nad naszym małym blokiem, nad wszystkimi sąsiadami, nad tym co dobre i złe można było usłyszeć, bardzo cichy, ale wytrwały duet: dwa kocie mruczenia, splatające się w najprawdziwszą pieśń o domu, który wreszcie się znalazł.
A tego wieczora, gdy gasiliśmy światło, usłyszałam, jak Dominik szepcze:
Wiesz, czasem trzeba po prostu przeskoczyć na drugi balkon.
A ja zrozumiałam, jak bardzo dla tych, których się kocha bywa się naprawdę drogim.



