No i proszę, miałam taką historię do opowiedzenia… Nazywam się Kinga i do dziś nie mogę dojść do siebie po tym, co się stało. Mój mąż, ten sam, który błagał mnie o dziecko, który zapewniał o miłości i wsparciu, uciekł do swojej mamy, gdy nasz synek miał zaledwie trzy miesiące. I nie, nie poszedł sam zabrał ze sobą moje złamane serce i wiarę w niego.
Z Tomkiem poznaliśmy się pięć lat temu, pobraliśmy się dwa lata później. Na początku było pięknie młodzi, zakochani, pełni planów. Ale ja wiedziałam jedno: z dzieckiem trzeba poczekać. Najpierw stabilizacja, większe mieszkanie, jakieś oszczędności. Wiedziałam to, bo mam młodszego brata i pamiętam, jak wygląda opieka nad niemowlakiem. Tomek? Jedynak, rozpieszczony, nigdy w życiu nie musiał się z niczym mierzyć na serio.
Aż jego kuzynka urodziła. I wtedy go poniosło. Po każdej wizycie u nich wracał z tym samym: Kinga, no dawaj, teraz jest ten moment! Dlaczego zwlekasz? Młodzi rodzice lepiej sobie radzą. Jak będziesz tak czekać, to zanim zdecydujemy, będziemy po czterdziestce!
Próbowałam tłumaczyć, że dziecko to nie zabawka że to nocne pobudki, kolki, karmienie, noszenie. A on tylko machał ręką: No dobra, ale czemu od razu zakładasz najgorsze? To ma być radość, nie katastrofa!
Do tego jeszcze nasze mamy dokładały swoje trzy grosze. Jego i moja zapewniały, że pomogą, że damy radę. W końcu uległam.
W ciąży Tomek był idealny. Nosił zakupy, sprzątał, gotował, chodził na USG, głaskał mój brzuch i szeptał, jak bardzo nas kocha. Myślałam, że będzie świetnym ojcem.
Niestety, bajka skończyła się w dniu, gdy wróciliśmy ze szpitala. Nasz Jaś płakał. Często. Długo. Z powodu i bez. Starałam się oszczędzać Tomkowi nocy, ale dziecko budziło się co dwie godziny. Chodziłam po mieszkaniu, kołysałam, śpiewałam. W naszym małym M2 nie dało się uciec od tego płaczu. W kuchni paliło się światło całą noc, a ja widziałam, jak mój mąż przewraca się w łóżku, zatyka uszy, w końcu się wścieka.
Z czasem stał się nerwowy. Zaczęły się kłótnie. Wracał coraz później. Aż pewnego wieczora, gdy Jaś skończył trzy miesiące, spakował walizkę bez słowa.
Idę do mamy. Muszę się wyspać. Nie daję rady. Nie chcę rozwodu, po prostu… jestem wykończony. Wrócę, jak podrośnie.
Zostałam tak w przedpokoju, z dzieckiem na ręku, z mlekiem, które jeszcze ciepłe napływało mi do piersi. A on po prostu wyszedł.
Nazajutrz zadzwoniła jego mama. Spokojnie, jakby nic się nie stało: Kochanie, nie pochwalam tego, co Tomek zrobił, ale może i lepiej. Faceci nie są stworzeni do nocnych pobudek. Przyjdę ci pomóc. Tylko nie bądź na niego zbyt zła.
Potem zadzwoniła moja mama. Mamo, to jest normalne? szepnęłam, ledwo powstrzymując łzy. To on chciał tego dziecka. A teraz zostawia mnie samą. Jak ja mam to ogarnąć?
Córeczko, nie rób pochopnych decyzji odparła. Tak, uciekł. Ale nie do innej kobiety do swojej matki. To coś znaczy. Daj mu czas. Wróci.
Tylko że ja już nie wiem, czy chcę, żeby wrócił.
Złamał mnie. Zawiódł wtedy, gdy byłam najbardziej bezbronna. Gdy myślałam tylko o naszym synku, o naszej trójce on się poddał. Nie wytrzymał nawet kilku miesięcy. I teraz zastanawiam się… czy jeszcze kiedykolwiek mu zaufam? Czy mogę na niego liczyć? To on chciał tego dziecka. To on mnie do tego namawiał. A gdy tylko maluch pojawił się na świecie uciekł.
Teraz wszystko spoczywa na mnie. Jaś, codzienność, zmęczenie, strach. I jedno pytanie, które nie daje mi spokoju: skoro zostawił mnie w takim momencie… to co będzie dalej?



