Proroctwo

No co się tak dąsasz na mnie? Zobaczysz, tam ci się spodoba. Morze, plaża, słońce… – mówiła Kasia i niespokojnie łapała wzrok córki.

Ale Wiola uparcie odwracała się do okna, za którym ciągnęły się bezkresne pola i niskie winnice. Wzdłuż torów kolejowych biegła szosa, po której pędziły kolorowe samochody, wyglądające z okna pociągu jak zabawki.

W oddali pojawiały się i znikały sylwetki gór w migotliwej porannej mgle horyzontu. Od oślepiającego słońca zaczęły ją boleć oczy. Wiola sięgnęła po telefon po raz setny tego ranka i zirytowana odrzuciła go na bok.

„Ach, te męki pierwszego zakochania” – pomyślała Kasia, a głośno powiedziała:

– Pewnie nie ma zasięgu. Jak dojedziemy…

– Mamo, daj spokój – odparła Wiola apatycznie i znów spojrzała przez okno.

– Dom Ewy stoi na wzgórzu, z okna widać morze. Czasem nawet je słychać. A jaki tam ogród! I to powietrze! – nie ustępowała Kasia. – Za kilka godzin sama zobaczysz.

– Tylko nie mów, że ma syna. – Wiola spojrzała na matkę z przekąsem.

– Ma. Tylko nie swojego. Ewa nie ma własnych dzieci. Wychowała obcego chłopca. Studiuje w innym mieście. Teraz sesja, raczej go nie zobaczysz.

– Mówiłaś, że to twoja przyjaciółka. Jak się poznałyście, skoro ona mieszka na południu, a ty pod Warszawą? – zainteresowała się Wiola.

– O, to ciekawa historia. Chcesz, opowiem?

Wiola lekko wzruszyła rękami, nie odrywając wzroku od monotonnego krajobrazu za oknem.

***

Mieszkałyśmy z Ewą na sąsiednich ulicach, chodziłyśmy do tej samej szkoły. Nie powiem, żeby była pięknością, ale miała niezwykłe włosy – jasnoblond, kręcone, w słońcu lśniły jak złoto.

Na ulicy wszyscy się za nią oglądali. Wydawało mi się, że trochę tej uwagi przeskakuje też na mnie. Przed maturami całą klasą pojechaliśmy na przejażdżkę statkiem, potem spacerowaliśmy po parku. Tam poznała chłopaka i od razu się zakochała. Widywaliśmy się coraz rzadziej, starałam się nie przeszkadzać. A jak już się spotkałyśmy, to tylko o nim mówiła.

Marzyła, żeby zostać aktorką, chciała zdawać do szkoły teatralnej w Warszawie. Ale tak się zakochała, że poszła na politechnikę, gdzie studiował jej Michał, żeby nie musieć się rozstawać. A ja poszłam na uniwersytet.

Spotkałyśmy się kiedyś i nie mogłyśmy się nagadać. Rok później Michał się jej oświadczył, tuż przed sesją. Jakże szczęśliwa wtedy wyglądała!

Poszłyśmy z jej mamą wybierać suknię. Przymierzyłyśmy chyba wszystkie. Na Ewie każda leżała idealnie, brać i kupować. Wybrałyśmy też welon. Upierała się, żeby i dla mnie wziąć niebieską sukienkę, jako dla świadkowej. Oj, i zmęczyłyśmy się wtedy. Aż w głowie nam się kręciło. Mamę z zakupami wysłałyśmy taksówką do domu, a same postanowiłyśmy przejść się bulwarem. Pod koniec maja było już ciepło jak latem.

Szłyśmy, a wszyscy się za Ewą oglądali. Była wyjątkowo piękna. A ona nawet nie zauważała tych zachwytów. Jadłyśmy lody, gadałyśmy o zbliżającym się ślubie, śmiałyśmy się.

Nagle napotkałyśmy dwie Cyganki. Ciągle zaczepiały przechodniów. Kiedy się zrównały z nami, ta grubsza zastąpiła nam drogę i zwróciła się do Ewy:

– Oj, piękna, niech ci powróżę. Prawdę ci powiem, co cię czeka – zaśpiewała przymilnie ta starsza.

Druга stała z boku. Była brzydka, chuda i płaska. Czarne oczy patrzyły ponuro, a zęby takie duże, że usta nie mogły się zamknąć. Pomyślałam wtedy, że wygląda jak koń. Później Ewa przyznała, że też tak pomyślała.

– Wiem, co mnie czeka – odpowiedziała wesoło Ewa i polizała loda w waflu.

Chciałyśmy obejść grubą Cygankę, ale ta nagle złapała Ewę za nadgarstek, przyjrzała się jej dłoni, pokiwała głową i cmoknęła językiem.

– Ślub cię czeka, złotko.

– To wiem i bez ciebie – Ewa próbowała wyrwać rękę, ale Cyganka trzymała mocno.

– Nie potrzebujemy wróżby. I tak nie mamy pieniędzy – wtrąciłam się.

– Tylko dobre wieści kosztują, a złe przychodzą za darmo – powiedziała tajemniczo Cyganka, aż mnie ciarki przeszły.

A sama patrzyła na Ewę uporczywie, jakby hipnotyzowała wzrokiem. Młodsza stała z boku i się uśmiechała. Albo mi się tak wydawało przez te jej otwarte usta.

– Nie słuchaj jej, Ewka, chodźmy – pociągnęłam przyjaciółkę za drugą rękę.

– Kochasz mocno, ale szczęście twoje krótkie będzie. Na ślubie spadniesz z konia, długo chorować będziesz. Ból swój uleczysz nad morzem. Za mąż już nie wyjdziesz. Ale szczęście w synu znajdziesz – mówiła Cyganka, nie odrywając od Ewy wzroku.

Potem puściła jej rękę i odeszła. Młodsza rzuciła na nas ponure spojrzenie i pobiegła za towarzyszką. Przez chwilę szłyśmy w milczeniu, radosny nastrój gdzieś uleciał. W uszach dźwięczały mi słowa Cyganki.

– Ewa, co ty, uwierzyłaś jej? Przecież nie będziesz w ślubnej sukni wsiadać na jakąś starą szkapę, na której dzieci jeżdżą? Do urzędu pojedziemy autami. Ona na twoją dłoń patrzyła przez sekundę, nic tam nie mogła zobaczyć – próbowałam odwrócić jej uwagę od złych myśli.

– No racja. Na żadnego konia nie mam zamiaru wsiadać – powiedziała Ewa, jakby się obudziła.

– Nagadała ci głupot, bo nie dałyśmy jej złotówki – dodałam beztrosko i obie się zaśmiałyśmy.

Ślub był zaraz po sesji. Potem młodzi mieli jechać nad morze, ktoś im podarował wczasy. O Cygance zapomniałyśmy.

Nadszedł dzień ślubu. Zaraz miał przyjechać pan młody. Stałyśmy w pokoju Ewy przed lustrem. Poprawiła welon i nagle powiedziała:

– Mój ojciec nazywa swój jeep koniem. Nie jadę jego samochodem.

– Słusznie. Wsiądź do innego – poparłam ją.

– Nie, w ogóle nie jadę żadnym autem.Wiola spojrzała na Daniła, który uśmiechał się do niej ciepło, i nagle zrozumiała, że czasem los pisze historie lepsze niż te, które sobie wymarzymy.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery × jeden =

Proroctwo