Jadwigo! Jadwigo, gdzie ty tam łazisz?! rozlegał się głos Kazimierza z salonu. Chodź no tu! Ważna sprawa!
Idę już, idę! odkrzyknęła Jadwiga Szymańska, wycierając mokre dłonie o fartuch. Co się stało? Pożar, czy co?
Ależ nie! Lepiej! Dużo lepiej! mąż podskoczył do niej, gdy weszła do pokoju, chwycił ją za łokcie. Słuchaj, co ci powiem! Pamiętasz Stefaniaka, mojego dawnego szefa? No, tego, co poszedł na emeryturę w zeszłym roku?
Pamiętam, oczywiście. Co z nim? Jadwiga nabrała czujności. Gdy Kazimierz aż tak się nakręcał, zwykle oznaczało to kłopoty.
Dzwonił właśnie! Wyobraź sobie, sprzedaje mieszkanie w ścisłym centrum, trzypokojowe! A nam proponuje kupno! Prawie za darmo, Jadziu! Mówi, że odda nam za pół darmo, bo mu kiedyś pomogłem z jedną sprawą. Pamiętasz, jak wtedy załatwiłem jego siostrzeńca w pracy?
Jadwiga powoli opadła na fotel. Myśli wirowały jej w głowie jak płatki w zamieci.
Kaziu, jakie mieszkanie? O czym ty mówisz? O takich pieniądzach my chyba nie śniliśmy nawet!
A właśnie w tym cały ambaras! Kazimierz przysiadł na poręczy, mówił szybko, podniecony. Stefanik mówi, że da nam w raty! Małymi częściami płacić, nie śpieszy mu się. Sam za to przeprowadza się na wieś do córki, miejskie mu już niestraszne. Jadziu, ty rozumiesz, co to znaczy? Całe życie tkwimy w tej dwupokojowej klitce, a tu taka gratka!
Kaziu, czekaj Jadwiga potarła skronie. A po co nam trzypokojowe? Dzieci już dorosłe, mają własne życie. Nam i tu z głową starcza.
Jak to po co?! Kazimierz zerwał się, zaczął chodzić po pokoju. Jadziu, no przecież kobieto rozgarnięta jesteś! Wnuki będą przyjeżdżać, gdzie się podzieją? A jak my już w lunatyczne złapiemy się lata, może dzieci do nas wrócą, żeby doglądać. Albo zatrudnimy opiekunkę, też pokój potrzebny!
Jadwiga milcząco patrzyła na męża. Trzydzieści lat małżeństwa, a on wciąż ten sam marzyciel. Wiecznie mu się widzi, że wielkie szczęście gdzieś tuż obok chodzi, tylko rękę wyciągnąć.
A ile pieniędzy trza? spytała ostrożnie.
No, pierwsza składka nieduża, z piętnaście tysięcy. A potem miesiąc w miesiąc, po dwa i pół oddawać.
Piętnaście tysięcy?! Jadwiga mało nie podskoczyła. Kaziu, ty masz bzika! Skąd my takie pieniądze weźmiemy?!
A no właśnie, Jadziu, ja wszystko przemyślałem Kazimierz usiadł obok żony, wziął ją za ręce. Pamiętasz, pierścień babci Anieli po mojej mamie? Ten, z diamentem? Kazałem w jubilerze wycenić, ciągnie na jakieś dwadzieścia tysięcy! Sprzedamy i starczy z górką!
Jadwiga gwałtownie wyrwała dłonie.
Pierścień?! Kazimierzu Nowaku, co ty pleciesz?! To pamiątka po twojej matce! Oddała ci go na łożu śmierci!
No i co z tego? wzruszył ramionami Kazimierz. Mama chciała, żebyśmy żyli porządnie. No to będziemy! W dużym mieszkaniu, w samym centrum!
A jak nie podołamy ratom? Jak coś się stanie? Zachorujemy, pracę stracisz?
Nic się nie stanie! machnął ręką mąż. Jadziu, to przecież okazja! Rozumiesz? Takie furty raz na ruski rok się otwierają!
Jadwiga wstała, podeszła do okna. Na dworze lało, po szybach spływały mętne strużki. Zupełnie jak jej myśli teraz wszystko pomieszane, głowa sieje.
Kaziu, a ty z dziećmi gadałeś? Co powiedzą?
A co mają powiedzieć? Ucieszą się! Wyobraź sobie minę Basi! A Leszek jak będzie dumny rodzice w centrum!
Basia, starsza córka, uczyła w szkole. Wiecznie zapracowana, wiecznie padnięta. Leszek, młodszy, po wojskówce wyjechał do Wrocławia, rzadko dzwonił. Czy ucieszą się z nowego mieszkania rodziców? Jadwiga wątpiła.
Posłuchaj powiedziała, nie odwracając się, a może nie warto się śpieszyć? Pomyślimy jeszcze, poradzimy się
Z kim się radzić?! Kazimierz załamał ręce. Jadziu, Stefanik jutro leci do córki! Dzisiaj trzeba zdecydować! Inaczej mieszkanie kto inny złapie!
A czemu akurat nam szyje? nagle spytała Jadwiga. Czyżby innych znajomych nie miał?
No Mówi, że ludzie z nas pewni. Sp
A teraz, w tej wielkiej warszawskiej pustce, gdzie każdy ich krok odbijał się echem po gołych ścianach, gdy Henryk wście gnie się przy nie działającej kuchence gazowej, a Grażyna spoglądała na te ogromne, niegościnne przestrzenie, oboje poczuli się nagle… straszliwie malecko.



