Jadwiga budzi się minutę przed budzikiem. Pokój wciąż jest ciemny, a za zasłonami widać szary, lutyowy świat. Plecy bolą po nocnym śnie, palce w dłoniach lekko opuchnięte, jak zwykle rano. Siada na brzegu łóżka, czeka, aż zawróci się w głowie, po czym wstaje.
W kuchni panuje cisza. Mąż, Marek, już wyszedł na poranną przebieżkę tak od kilku lat, odkąd po badaniach obawia się cholesterolu. Jadwiga włącza czajnik, wyciąga dwie filiżanki z szafki, jedną odkłada na bok; on i tak pije wyłącznie wodę.
Gdy woda się gotuje, sprawdza telefon. W rodzinnej grupie nie ma nowości, tylko zdjęcia wnuka od syna, przesłane wczoraj wieczorem. Kacper w przedszkolu trzyma w ręku kartonową rakietę. Jadwiga uśmiecha się automatycznie i czuje ciepłe, znane uczucie: to dla kogo znosi korki, raporty i niekończące się spotkania.
Pracuje w dziale kadr miejskiego zakładu opieki zdrowotnej już dwadzieścia osiem lat. Zaczynała jako młodszy inspektor, później awansuje na starszego specjalistę. Lekarze i pielęgniarki przychodzą i odchodzą, dyrektorzy zmieniają się, a ona zostaje. Zna, które dzieci mają rodziców, kto w jakim związku, komu trzeba podpowiedzieć, jak wziąć urlop macierzyński, a kogo delikatnie popchnąć, żeby nie zapomniał dostarczyć zaświadczenie.
Ostatnie lata są trudniejsze. Papierologia przeszła na systemy elektroniczne, raporty mnożą się, szefowie żądają liczb i tabel. Jadwiga narzeka, ale uczy się nowych programów, zapisuje hasła w notesie, trzyma porządek na pulpicie. Lubi mieć wrażenie, że jest potrzebna, że bez niej ten cichy chaos się rozpadnie.
Nalewa sobie herbatę, wkłada plasterek cytryny i siada przy oknie. Na podwórku odśnieżacz zamiata śnieg na pobocze, jedynie rzadkie samochody wyjeżdżają z podwórka. Jadwiga wyobraża sobie za dziesięć piętnaście lat, jak patrzy na ten sam podwórz z balkonu, owinięta w ciepły szlafrok. Może obok niej siedzi starszy wnuk, macha nóżkami i pyta, dlaczego śnieg taki szary.
Ten obraz żyje w jej głowie od dawna. Lato dopisuje do niego domek na wsi, popękany dom, grządki, na których z grymasem sieje koper, a wieczorem przy grillu kłóci się z mężem, ile soli dodać do kiełbasy. Starość wydaje się czymś oczywistym, choć niekoniecznie radosnym po prostu jej własnym.
Drzwi wejściowe trzaskają, a w korytarzu szeleszczą trampki. Marek wchodzi do kuchni, wciąga powietrze nosem.
Znowu herbata bez cukru? pyta, wycierając szyję ręcznikiem.
Lekarz kazał mniej słodko, przypomina Jadwiga.
Marek uśmiecha się i nalewa sobie wody z filtra. Jego lekko siwiejące skronie i wydłużona twarz od lat są coraz bardziej wyschnięte. Kiedyś podobały jej się ostre kości policzkowe i pewny wzrok; teraz częściej dostrzega zmęczenie i ukryte zdenerwowanie, którego nie chce pokazać.
Dziś się spóźnię, mówi, patrząc przez okno. Wieczorem nie czekaj na obiad.
Znowu zebranie? pyta. Czy twoje kursy angielskiego?
Marek marszczy brwi.
To nie kurs, a zajęcia z lektorem.
No właśnie, kiwa głową Jadwiga. Z lektorem.
Rzuca na nią krótkie spojrzenie, po czym milczy. Jadwiga czuje ucisk w żołądku. Ostatnio mieli mnóstwo półzdaniowych wypowiedzi, niewypowiedzianych słów, które wiszą w powietrzu gęściej niż jakakolwiek rozmowa.
Ubiera się, sprawdza, czy okno w sypialni jest zamknięte, i w korytarzu chwyta zwykły zestaw kluczy. Metal przyjemnie chłodzi jej dłoń. Te klucze są z nią od lat od mieszkania, samochodu, domu na wsi, skrzynki pocztowej mały zestaw pewności.
W mikrobusie jest tłoczno. Ludzie patrzą w telefony, ktoś ziewa, ktoś cicho przeklina przy przystankach. Jadwiga przyciska torbę do siebie i myśli o nadchodzącym dniu. W południe musi zadzwonić do mamy, zapytać o ciśnienie. Mama ma siedemdziesiąt trzy lata, mieszka w sąsiedniej dzielnicy i uparcie nie chce przeprowadzić się bliżej syna.
Znam wszystkich, powtarza sobie. W aptece, w sklepie, w przychodni. Dokąd mam jechać?
Kiedy wchodzi do przychodni, czuje zapach chloru i leków. Strażnik przy wejściu skinie głową. Korytarze wypełniają się pacjentami, niektórzy kłócą się z rejestracją, inni spoglądają na zegarek. Jadwiga wchodzi do swojego biura, zdejmuje płaszcz, włącza komputer i idzie po gorącą wodę.
W dziale kadr panuje ciasnota: trzy biurka, szafa z aktami, stary drukarka, która ryczy i zjada papier. Jej koleżanka, trzydziestoletnia Ania, układa papiery w teczki.
Dzień dobry, mówi. Słyszałaś wiadomość?
Jaka? Jadwiga stawia filiżankę na stole i siada.
Dyrektor chce zebrać wszystkich kierowników działów o godz. dziesiątej. Mówi, że będzie coś o optymalizacji.
Słowo unosi się w powietrzu niczym podmuch wiatru. Jadwiga czuje, że coś się kurczy. Optymalizacja w ostatnich latach zawsze oznaczała zwolnienia.
Może znów nowy raport, próbuje odsunąć myśl.
Może, niepewnie odpowiada Ania.
Praca przyspiesza. Przychodzą lekarze z wnioskami, pytają o urlopy. Jadwiga mechanicznie wyjaśnia, podpisuje, wprowadza dane do systemu. Myśli wciąż wracają do porannego słowa.
O godzinie dziesiątej zostaje wezwana do sali konferencyjnej razem z szefem działu kadr. Tam już siedzą kierownicy oddziałów i starsze pielęgniarki. Dyrektor, mężczyzna w sześćdziesiąt lat, podchodzi do mównicy, poprawia krawat.
Mówi o reformie, nowych standardach, konieczności zwiększenia efektywności. Jadwiga słucha, jakby przez watę. Następnie ogłasza, że planuje się przegląd struktury zatrudnienia, połączenie niektórych funkcji, a gdzieś są nadmiarowe etaty.
Konkretne decyzje będą podjęte w najbliższym miesiącu, mówi dyrektor. Kierownicy otrzymają listy stanowisk podlegających redukcji.
Słowo stanowisk brzmi ciężko. Jadwiga łapie wzrok szefa działu kadr; on szybko odwraca oczy.
Po spotkaniu wraca do biura i zamyka drzwi. Ania już wie wszystko wieści rozprzestrzeniają się natychmiast.
Myślisz, że nas to dotknie? pyta nerwowo.
Nie wiem, odpowiada Jadwiga. Brakuje nam już ludzi.
A jak połączą z księgowością albo z czymś innym Ania nie kończy zdania.
Jadwiga przypomina sobie, że w zeszłym roku w sąsiedniej przychodni zwolnili jednego pracownika kadr, zostawiając trójkę osób na trzy stanowiska. Poradzą sobie», mówiono wtedy.
Stara się wrócić do obowiązków, lecz liczby rozmywają się przed oczami. Przed obiadem wchodzi do biura szefa kadr.
Czy mogę na chwilę? pyta, lekko uchylając drzwi.
On kiwa głową, nie odrywając wzroku od monitora.
Słyszałaś? zaczyna Jadwiga.
Słyszałem, krótko odpowiada.
Nasz dział się ją zatrzymała.
W końcu spojrzał na nią, zmęczonym wzrokiem.
Jadwiga, nie mam jeszcze konkretnych informacji. Czekamy na rozkazy z góry. Jak tylko coś będzie, dam znać.
Jadwiga kiwa głową i wychodzi. W korytarzu robi się gorąco, choć ma na sobie jedynie cienki sweter. W głowie przewija się liczba pięćdziesiąt. Nie czterdzieści, kiedy jeszcze można było coś nowego spróbować. Nie trzydzieści, kiedy można było ryzykować. Pięćdziesiąt.
Do domu wraca później niż zwykle. W mikrobusie utknęła w korku, patrząc w okno, nie widząc ulic. Myśli kręcą się w kółko. Jeśli ją zwolnią, jaką pracę znajdzie? Kto zatrudni kobietę jej wieku, choćby z doświadczeniem? Prywatną przychodnię? Szkołę? Czy zechce zaczynać od nowa, uczyć się nowych programów, wpasować się w obcy zespół?
Marek przychodzi około dziewiątej, w garniturze przeznaczonym na ważne spotkania. Zdejmuje marynarkę, starannie ją wiesza, potem podchodzi do kuchni.
Jadłeś już kolację? pyta.
Czekałam na ciebie, odpowiada Jadwiga. Podgrzać zupę?
Nie muszę, już zjadłem, mówi i nalewa sobie herbatę. Dzisiaj mieliśmy zebranie.
My też, mówi ona. O redukcji.
On podnosi brwi.
Ty?
Jeszcze nie wiem. Powiedzieli, że będą przeglądać etaty.
Cisza. Potem mówi:
Mam też wiadomość. Zaproponowali mi kontrakt za granicą.
Jadwiga nie od razu rozumie.
Gdzie dokładnie?
W Niemczech. Nasz oddział uruchamia nowy projekt. Potrzebny jest ktoś z doświadczeniem. Na dwatrzy lata.
Patrzy na niego, nie czując twarzy.
Zgodziłeś się? pyta.
Powiedziałem, że przemyślę, odpowiada. Ale szczerze mówiąc, to poważna szansa. I pod kątem pieniędzy, i pod kątem doświadczenia.
Słowa o wynagrodzeniu uderzają najciężej. Pieniądze zawsze były argumentem nie do podważenia: mieszkanie, remont, pomoc synowi przy kredycie, leki dla mamy. Wszystko to spoczywa za suchym stwierdzeniem.
Na dwatrzy lata, powtarza Jadwiga. Co będę robić w tym czasie?
On odwraca wzrok.
Możemy omówić opcje. Możesz pojechać ze mną. Tam też potrzebują specjalistów HR. Dowiem się więcej.
Wyobraża sobie obcy język, nieznane ulice, próby wyjaśniania, jak wypełnić urlop. Widzi mamę zostającą samą, syna z rodziną, wnuka. Widziana jest w supermarkecie pod Hamburgiem, szukająca kwaśnej śmietany na półkach, gdzie wszystko zapisane obcymi literami.
Albo zostaniesz, kontynuuje on. Pracować tutaj, być z wnukiem. Dwatrzy lata przelatują.
Mówi pewnie, ale w głosie słychać niepewność. Jadwiga zauważa, że zaciska palce na filiżance.
A co jeśli nie przelatują? szepcze. A jeśli zostaniesz?
On wzdycha.
Nie zamierzam emigrować. To tylko kontrakt.
Kontrakt można przedłużyć, mówi. Tam nowe możliwości, nowe kontakty. A tutaj
Nie dokańcza. Tutaj oznacza wszystko, co stało się codziennym ciężarem: kolejki w przychodni, wieczne remonty dróg, ceny w sklepach, wiadomości w telewizji, na które nie czeka się już nic dobrego.
Milczą. W ciszy słychać, jak w sąsiednim mieszkaniu ktoś przesuwa krzesło.
Nie dzisiaj, mówi w końcu. Też jestem zmęczony. Porozmawiamy w weekend.
Jadwiga kiwa głową. Czuje, że w środku podnosi się fala, nie wie, czy to strach, gniew, czy zmęczenie.
W nocy nie zasypia. Słyszy, jak mąż oddycha obok, jak przejeżdżają rzadkie samochody. Myśli przeskakują: redukcja, kontrakt, mama, wnuk, własne ciało, które coraz częściej przypomina o sobie kolano, plecy, ciśnienie.
Rano dzwoni do syna. On odzywa się w biegu.
Mamo, mam spotkanie, szepcze. Wszystko w porządku?
Tak, odpowiada. Zadzwonisz później.
Nie chce rozmawiać o tym w przerwie. Nie wie, co powiedzieć. Twój tata zamierza wyjechać? Możliwe zwolnienie? Jak to zabrzmi dla kogoś, kto dopiero wyrabia się z długów?
W przychodni dzień jest chaotyczny. W południe szef działu kadr wzywa ją do swojego gabinetu.
Jadwiga, sytuacja jest taka. Dostaliśmy nowe zestawienie etatów. Jeden etat w dziale kadr podlega redukcji.
Czuję w piersi pustkę.
Którego? pyta, choć już wie.
Formalnie specjalisty starszego, mówi, patrząc na dokumenty. Czyli twojego.
Formalnie? powtórzyła.
Mogę ci zaoferować stanowisko inspektora, mówi. To obniżka, ale bez zwolnienia. Wynagrodzenie będzie mniejsze.
Siada, bo nogi są jak watą.
O ile mniej?
Podaje kwotę. Jadwiga w głowie liczy: minus kilka tysięcy złotych, jeszcze minus. To oznacza konieczność jeszcze większych oszczędności. Mniej pomócJadwiga podjęła decyzję, że przyjmie nową szansę i ruszy naprzód.



