Prawie wszystko w porządku

— Znowu zostajesz dłużej? — głos Jakuba w słuchawce brzmiał głucho, jakby dobiegał z daleka, znad brzegu zimnej wiślańskiej rzeki, gdzie już zapadały zmierzchy.

— Tak. Do jedenastej, może później. Mamy tu najazd z dostawami — odparła Bożena, włączając głośnomówiący. Jedną ręką kończyła pisać maila do klientów, drugą mieszała wystygłą herbatę. Kubek stał na skraju biurka, obok leżały porozrzucane brudnopisy raportów, których nawet nie otworzyła.

— Jakbyś w ogóle nie mieszkała w domu — powiedział po długiej ciszy. Bez oskarżeń, tylko stwierdzenie. Ale w tych słowach czaił się smutek — za jej niekończącymi się godzinami pracy, za pustymi wieczorami, za porankami, gdy ich rozmowy rozpływały się w ciszy.

— Sam wiesz, jak to jest — odrzekła, czując, jak głos drży ze zmęczenia.

— Wiem. — Cisza zawisła ciężka jak mroźne powietrze. Niosło się w niej echo niewypowiedzianych słów, które oboje czuli, ale nie śmieli wypowiedzieć.

Bożena nienawidziła tej ciszy. Była zbyt głośna, zbyt przejmująca. Toniały w niej ich niedomówienia, zmęczenie, próby udawania, że wszystko jeszcze trzyma się kupy.

Do domu wróciła już po północy. Mieszkanie na warszawskiej Woli powitało ją ciemnością, tylko w przedpokoju paliła się przygaszona żarówka — Jakub zawsze ją zostawiał, „żebyś się nie potknęła”. Światło padało wąskim pasem na podłogę, oświetlając zgubioną skarpetkę — wyraźnie jego. W kuchni leżała kartka: „Jedzenie w mikrofalówce. Śpię”. Pismo było nerwowe, jakby pisał w biegu, uciekając przed czymś.

Usiadła przy stole, podgrzała kolację, jadła w półmroku, nie czując smaku. Wszystko było na swoim miejscu: gorący posiłek, ciepłe światło, troska w dwóch zdaniach. A jednak w środku czuła zimno. Otworzyła laptopa, przewinęła raport, zamknęła. Ekran patrzył na nią pustką, jak lustro, w którym nie było odpowiedzi. Potem poszła do łazienki, umyła twarz, unikając spojrzenia w lustro — zbyt zmęczone oczy, zbyt wiele nieprzespanych nocy. Położyła się obok Jakuba. Spał odwrócony plecami, oddychał równo. Między nimi było trochę więcej pustki niż wczoraj. A może tylko jej się tak zdawało.

Poranek zaczęły korki i zerwany pasek u buta. W autobusie Bożena usiadła obok kobiety po czterdziestce, która głośno narzekała przez telefon: „Znowu przyszedł nad ranem, milczy, śmierdzi piwem, a ja, głupia, wciąż czekam”. Te słowa uderzyły jak echo. Tylko na odwrót. Tamta kobieta czekała mimo bólu. A Bożena mieszkała z Jakubem, ale jakby w innym świecie, gdzie ich codzienności ledwo się dotykały.

W biurze szef nie zauważył, że przyszła wcześniej. Nie zauważyłby też raportu, gdyby nie położyła go na jego biurku. Burknął tylko „w porządku”, nie odrywając wzroku od monitora. Wszystko szło według znanego scenariusza: zadanie, raport, skinienie głową, cisza. Nawet pochwała brzmiała jak rozkaz.

Wyszła na firmową kuchnię, zaparzyła herbatę. Patrzyła, jak torebka zanurza się powoli w gorącej wodzie, zostawiając za sobą ciemny ślad, jakby rozpuszczała coś niewidzialnego. To była jedyna rzecz, która wydawała się wtedy prawdziwa.

W pewnej chwili uświadomiła sobie: wszystko, co robi, jest poprawne. Idealne. Pewne, bez błędów. Ale to był bieg donikąd. Jak samochód pędzący prostą drogą, ale bez celu. Wszystko gładko, bez zakłóceń. I zupełnie bez sensu. Oddawała całą siebie tym raportom, terminom, odhaczeniom, zapominając zapytać: czy to prowadzi gdziekolwiek poza kolejnym folderem na pulpicie?

Wieczorem jedli kolację razem. W milczeniu. Łyżki stukały o talerze, za oknem szumiał wiatr, a lodówka cicho warczała, przypominając, że życie toczy się dalej. Jakub patrzył w swój talerz, unikając jej wzroku. Nagle zapytał:

— Dzisiaj nie zostajesz w pracy?

— Nie powinnam — odparła, czując, jak głos drży od nadziei.

— Może pójdziemy do kina?

Skinęła głową, wahając się, jakby ważąc, czy starczy jej sił, by po prostu żyć, a nie uciekać. Potem podeszła, objęła go od tyłu. Był ciepły, żywy, prawdziwy. Jak latarnia w burzy, do której można się przytulić, gdy wszystko zaczyna się rozpadać.

— Przepraszam — szepnęła. — Chcę tylko, żeby wszystko zostało w jednym kawałku. Praca, my, dom… Wszystko naraz.

— Wiem — odparł cicho. — Ale nie budujemy twierdzy. Żyjemy. Prawda?

Milczała. Tylko przytuliła się mocniej, wdychając zapach jego koszuli. Ścisnął jej dłoń, jakby to była jedyna rzecz, która mogła ich jeszcze trzymać razem.

W kinie poszli na jakiś lekki film — z pościgami, żartami i wybuchami. Fabuła gubiła się w hałasie, ale to nie miało znaczenia. W ciemności sali fotele były miękkie, ekran ogromny, a ich dłonie splątane. I nagle oddychało się lżej.

Potem szli wieczornymi ulicami. Wiatr niósł zapach mokrego asfaltu i kwitnącego bzu, a latarnie rzucały ciepłe światło, czyniąc domy niemal przezroczystymi. Gdzieś w pobliżu śmiali się nastolatkowie, a ich śmiech brzmiał jak obce, ale dobre życie. Jakub opowiadał coś — o koledze, który kupił starą toyotę, o zdarzeniu w metrze. Nic ważnego, ale to był ten zwykły nurt codzienności, którego Bożena nagle zrozumiała, jak bardzo potrzebuje.

Przed klatką zatrzymała się. Coś w niej drgnęło — nie strach, nie wątpliwość, lecz pauza, w której narodziło się słowo.

— Wiesz… — powiedziała. — U mnie prawie wszystko w porządku. Prawie.

Jakub spojrzał na nią uważnie. W jego oczach nie było zdziwienia — tylko ciepło, jakby czekał na te słowa całe życie.

— To zróbmy, żeby było w porządku. Nie od razu. Po każdym.

Skinęła głową. I po raz pierwszy od dawna zapragnęła nie tylko zdążyć, nie tylko przetrwać. Ale żyć. Nie radzić sobie — być.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 × 3 =

Prawie wszystko w porządku