Prawdziwa kobieta

Prawdziwa kobieta

Weroniko, gdzieś ty się schowała?! Przynieś te ogórki! Ile jeszcze mam czekać?!

Mąż wyraźnie już stracił cierpliwość, bo podniósł głos, ale ja nie miałam czasu na jego sprawy. Skupiałam się właśnie na lewym oku, malując rzęsy nowiutkim, piekielnie drogim tuszem, momentami podziwiając w lustrze osiągnięty efekt. Moje prawe oko dzięki kombinacji tej maskary, nowej konturówki i cieni, które poleciła mi przyjaciółka Halinka (Na takie oko to na bal karnawałowy by się tylko nadawało!) zrobiło się dwa razy większe niż normalnie. Trochę nawet straszyło, ale przecież nie zamierzałam poprzestać na jednej połowie sukcesu.

Na ogórki namaczające się w wannie nie miałam głowy.

A wszystko przez mojego męża, Mirka, który teraz krzątał się w kuchni, zakręcając słoiki z ogórkami na zimę. Tydzień temu ni stąd, ni zowąd, wydał mi swoją wolę:

Chciałbym, żebyś była prawdziwą kobietą!

I wręczył mi swoją kartę z oszczędnościami.

Osłupiałam.

Pierwsza myśl była taka, żeby zrobić awanturę. No jak?! Skoro Mirek przez rok coś odkładał poza domowym budżetem, to może i nie całą pensję mi oddawał, a w ogóle… kto wie co jeszcze?! Nagle setka podejrzeń kłębiła się w mojej głowie. No po prostu nie do pojęcia… Jak to możliwe?

Ale zanim zdążyłam odezwać się słowem, przyszła druga myśl. I nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, usiadłam ciężko na kuchennym taborecie i zapomniałam kompletnie o burczeniu zupy na gazie.

Co to znaczy prawdziwa kobieta? wydusiłam.

Ależ mnie wtedy nosiło! Chciało mi się rozbić prezentowy serwis do kawy, podarowany przez teściową taki wymarzony, że przez kilka nocy śnił mi się po głowie. Moja teściowa, pani Stanisława, sama z siebie, bez okazji go ofiarowała! Gdy przyniosła, aż się popłakałam z radości. A ona tylko się zaśmiała:

Oj, Weroniko! Ty to moja głupiutka! Dla Ciebie wszystko zrobię, bylebyście żyli dobrze!

Nie rozumiałam wtedy jej gestu, a ona nie zagłębiała się w żadne wyjaśnienia. Przytuliła mnie, potem syna, wycałowała wnuczęta i pojechała z powrotem do siebie, zawsze tłumacząc, że w domu przecież trzeba mieć oko na wszystko.

Nie kłóciłam się z nią. Zawsze na weekendy woziłam dzieci do babci, pilnowałam, by były grzeczne, a przed każdą wizytą kupowałam coś, czym mogłabym ją ucieszyć. Taką teściową tylko podziwiać. Rodzina moja nigdy nie była taka wyrozumiała.

A było za co mnie wytknąć nawet najbliżsi mieli uwagi, cóż dopiero obca kobieta, którą przed ślubem widziałam raz w życiu. Pamiętam wtedy Mirek przywiózł mnie z synkiem do swojej mamy. Długo bałam się wysiąść z auta, nerwowo patrząc na śpiącego synka i pytając Mirka:

Może nie trzeba? Co ja powiem? A co ona mi powie? Pewnie nas wygoni!

Skąd ci to do głowy przyszło?! dziwił się Mirek.

A bo jak urodziłam Olka, ciotka mnie wyrzuciła z domu. Powiedziała, że już do nich nie należę, skoro ich zhańbiłam! Teraz chcesz, żeby twoja matka mnie z dzieckiem przyjęła z otwartymi ramionami? Mirek, naiwny jesteś…

Nie oceniaj tak od razu! Może cię zaskoczy.

I zaskoczyła. Pani Stanisława przywitała mnie powściągliwie, ale potem podała ręce.

Dasz się mi powierzyć? Położę go w swojej sypialni, zmęczony po podróży…

I nie wiedzieć czemu, oddałam jej Olka bez oporów. On też się nie buntował przytulił ją za szyję, a ona coś zanuciła i synek od razu zasnął.

Od tej pory babcią ją nazywał, odkąd tylko nauczył się tak mówić. To zdobyło moje serce.

Synka urodziłam wcześnie, ledwo skończywszy osiemnaście lat. Ojca dziecka znała cała wieś i wszyscy plotkowali czy Bogdan Chmielewski ożeni się ze mną, Weroniką Sowińską, czy tylko przeleci, jak inne dziewczyny wcześniej. Reputację miał okropną, więc omijałam go szerokim łukiem. Ale był cwany wiedział, jakie słowo powiedzieć i jak podejść, żeby zrobić z dziewczyny idiotkę. Kiedy nie dawało się pokojowo, wymuszał przemocą…

Ja jedyna nie zamilkłam.

Pewnego wieczoru wracałam z miasta, późno było, więc musiałam iść polami z sąsiedniej wsi. Autobus dalej nie jechał, kierowca się uparł.

Nie będę jeździł specjalnie dla jednej osoby! Nogi masz to idź!

No więc szłam.

Dogonił mnie Bogdan swoim zdezelowanym maluchem.

Weronika, taka późna pora, sama jesteś, wsiadaj, podwiozę.

Nie trzeba, Bogdan! Poradzę sobie! odsunęłam się, ale już było za późno…

Wróciłam do domu podartej sukience, we łzach. Mamy nie chciałam budzić, poszłam do łazienki i próbowałam do rana zmyć z siebie brud jego łap i śliny. Płakałam, przeklinałam się, ale przede wszystkim martwiłam o mamę lekarz ostrzegał, żeby się nie denerwowała, bo chora na serce.

Mama o tym, co się wydarzyło, nie dowiedziała się nigdy. Odeszła podczas snu, gdy byłam w piątym miesiącu ciąży, zostawiając mnie samą na świecie.

Gdy przyjechała ciotka, od razu się mnie wyrzekła.

Sama narozrabiałaś, sama wychowuj! Ja ci nie pomogę! Dlaczego nie poszłaś od razu na policję? Byłoby po sprawie, a tak… Nie mieszam się w to!

Ledwo trzymałam się na nogach, prawie nic nie widząc przez łzy. Długo do mnie nie docierało, że muszę radzić sobie sama, aż wreszcie zgłosiłam się na komisariat.

Weroniko, czemuś wcześniej nie mówiła? łapał się za głowę posterunkowy. On jeszcze zobaczy…

Bogdana wsadzili.

Po mojej interwencji okazało się, że miał dzieci w każdej wsi. Siedem pociech, kilka matek na początku milczało ze wstydu, ale potem zaczęły rozmawiać.

Jego matka przeklęła mnie publicznie, a mieszkańcy wsi nie dali mi zrobić krzywdy w nocy ktoś wysmarował smolą ich ogrodzenie i dwa miesiące później zmusili rodzinę Bogdana do wyprowadzki.

Urodziłam zdrowego, silnego Olka, z którego nawet jeden szczegół nie wskazywał na tamtego. Nos i uszy po moim ojcu, którego prawie nie pamiętałam, karbowane ciemne włosy i oczy jak wiśnie po babci.

Sąsiedzi pomagali: ktoś przyniósł ubranka dla dziecka, ktoś starą kołyskę byłam wdzięczna. Pieniądze po mamie starałam się wydawać rozsądnie, bo dziecko urodzić to jedno, wychować w pojedynkę to dopiero wyzwanie.

Gdy już pogodziłam się z losem, z miasta przyjechała ciotka z dwoma wujkami braćmi mojej mamy, których nigdy nie widziałam.

Weroniko, musisz się wyprowadzić powiedzieli. Dom był matki, a teraz, jak jej nie ma, chcemy go sprzedać. Dla ciebie wydzielimy część, ale co dalej, sama zdecyduj.

Za te pieniądze nie dało się kupić choćby rudery na wsi. Musiałam myśleć o przeprowadzce do miasta, choć nie miałam tam nikogo. Ciotka tylko gapiła się wilkiem i mruczała coś o tym, że nie powinnam była rodzić…

Nie zamierzałam słuchać. Olka nikomu nie oddam, nie dla takich rad go urodziłam!

Gdy już przeszłam przez kolejne fale łez, wieść o moich kłopotach rozniosła się po wsi. Jedni złościli się na rodzinę, inni na mnie że taka uparta. Dużo gadania, ale pomoc znowu nadeszła. Policjant przyszedł z informacją:

Słuchaj, Weroniko, w sąsiedniej wiosce jedna kobieta sprzedaje pół domu. Dobry dom, porządna kobieta, pomyśl. Może pojedziesz, zobaczysz, pogadacie?

No i pojechałam. Z panią Teresą, właścicielką domu, od razu znalazłyśmy wspólny język.

Weroniko, nie bój się mnie. Jestem spokojna, tylko bałaganu nie zniosę. Z maluchem pomogę, jak będziesz pracować. Ale na spacery go pilnuj sama, ostrzegam!

A praca jakaś tu by się znalazła? Byłoby mi potrzebne.

Jest! Moja przyjaciółka Gabriela prowadzi trzy sklepy, szuka kogoś do pracy. Dać za ciebie dobre słowo?

Oczywiście!

W sklepie poznałam Mirka syn Teresy. Pomagał mamie, więc przyszedł po zakupy. Spakowałam mu wszystko, a nie wiadomo kiedy i jak, opowiedziałam mu o Olo, o Teresie, która stała się dla syna babcią, o sobie… Nigdy nie byłam aż tak gadatliwa!

Mirek mnie słuchał i nie przerywał, a potem wyszedł z zakupami, już wiedząc, że nie wymaże z pamięci moich wiśniowych oczu i cichego głosu.

Nie pojawił się jednak od razu z powrotem, miał swoje problemy do przepracowania. Jego żona pewnej nocy zniknęła bez słowa, zostawiając dwóch synków młodszy miał zaledwie trzy miesiące. Matka Mirka opiekowała się schorowanym ojcem, więc całe wychowanie spadło na niego.

Nie potrafił mi tego powiedzieć. Kręcił się wokół sklepu, a nie miał odwagi wejść. Ale ja również nie zapomniałam. Przepytałam Teresę, wszystko się dowiedziałam i kiedy wreszcie się pojawił, od razu zapytałam:

Twój starszy ile ma lat?

Za kilka dni trzy.

A młodszy?

Rok.

Jak mój Olek.

Wero…

Przedstaw mnie swoim synom, zobaczymy, co będzie dalej.

Tak to się zaczęło.

Ślub był cichy, tylko najbliżsi. Zaraz po nim spakowaliśmy dzieci i pojechaliśmy nad Bałtyk ja chyba nawet bardziej się cieszyłam niż dzieci, bo nigdzie wcześniej nie byłam.

Cieszyłam się nowym życiem teraz miałam rodzinę, dzieci, dom, szczęście… Chociaż nie zawsze było łatwo, zwłaszcza kiedy starszy synek poważnie zachorował i prawie dwa miesiące spędziłam w szpitalu, powierzając młodsze dzieci opiece teściowej.

A potem pojawiła się nagle matka chłopców żeby żądać ich powrotu. Wtedy pokazałam, że potrafię walczyć. Nie oddałam jej dzieci. Pojechałam do rodzinnej wioski, poszłam do komisariatu, przeszłam przez wszystkie procedury, żeby zostać prawną matką dla chłopców.

Była matka zniknęła, nie czekając nawet na wyrok. Poczułam ulgę, gdy po wszystkim teściowa objęła mnie po rozprawie i powiedziała:

Teraz jestem spokojna o dzieci!

Czas płynął, dzieci rosły, a ja wciąż byłam trochę cicha, trochę lękliwa, uśmiechająca się tylko czasem lecz każdy w wiosce wiedział, że potrafię pokazać pazury, gdy sprawa dotyczy mojej rodziny. Spokojna kocica, ale gdy zajdzie potrzeba, zamienię się w tygrysicę.

A tu proszę ja mam nie być kobietą!?

Przez całą noc po tym, jak Mirek wręczył mi kartę, nie zmrużyłam oka. Kręciłam się, co chwilę podchodziłam do lustra, oglądając się ze wszystkich stron, próbując znaleźć w sobie tę brakującą kobietę. O męża nie pytałam, byłam obrażona. Poranek spędziłam, posyłając dzieci do przedszkola i szkoły, a potem udałam się do Halinki.

Hala, pomocy! Co robić?!

Ona była jak ja trochę oderwana od rzeczywistości. Uznała, że najlepiej sięgnąć po porady z kobiecych gazet nie pisaliby tego, gdyby nie było w tym sensu! Po pół godziny lektury wiedziałyśmy: prawdziwa kobieta musi zdrowo się odżywiać, dobrze ubierać, umieć się malować, wszystko robić jak trzeba, bo inaczej nie jest kobietą, tylko kimś nie wiadomo kim. I jeszcze ten nieszczęsny kokardka z boku a ja nawet kokardki nie miałam!

Ale kokardki nie kupiłam. Z Halinką pojechałam do miasta, kupiłam dobrą kosmetykę, nową nocną koszulę i przepiękne buty, które bałam się wyjąć z pudełka, by dzieci przez przypadek nie zniszczyły.

Mirek moich starań nie docenił.

Właśnie kończyłam malować cienie, gdy do łazienki wpadł on wystraszył mnie tak, że pędzelkiem trafiłam prosto w oko! W tej chwili zdecydowałam, że bycie prawdziwą kobietą jednak nie dla mnie.

Weronika, co się dzieje?! krzyknął, patrząc, jak podskakuję na jednej nodze, łzy jak grochy, a makijaż rozmazuje się po całej twarzy.

Przez ciebie! syknęłam przez zęby, domywając z trudem wykonany makijaż. Kobiety ci się zachciało?! To kim jestem?!

Mirek złapał mnie, objął, hamując moje kocie podskoki.

Daj już spokój! Pomogę ci!

Delikatnie przemywał mi twarz i mówił:

Wiem, głupi jestem, ale ty też nie lepsza. Sama sobie coś wymyślasz, obrażasz się, zamiast zapytać wprost!

A po co mi dałeś pieniądze i mówiłeś, że nie jestem kobieca? próbowałam uciec z jego objęć, ale natychmiast mnie przywołał do porządku.

Bo nigdy nie fundujesz nic sobie! Wszystko zawsze dla dzieci, dla mnie, dla mojej mamy a kiedy ty pomyślisz o sobie? Dałem ci pieniądze, żebyś sobie sprawiła coś tak po prostu, jak inne kobiety na co tylko masz ochotę.

Tu już wybuchnęłam śmiechem.

Śmiałam się tak, że aż do łez. Dzieciaki przybiegły, myśląc, że płaczę, więc trzeba było je uspokajać.

Wieczorem, gdy dzieci spały, wyszłam na ganek, podniosłam doprowadzoną do porządku twarz ku niebu i uśmiechnęłam się do siebie, wspominając chaos tego dnia.

Wszystko, ostatnie słoiki gotowe! wyszedł do mnie Mirek i usiadł na schodku.

Dobrze zakręciłeś?

Najlepiej! Ogórki będą pierwsza klasa!

Oby, niedługo mi się baaardzo przydadzą… rzuciłam, kładąc jego dłoń na brzuchu.

Co ty gadasz?! I nic nie mówiłaś?! ucieszył się, obejmując mnie mocno.

A jak miałam ci powiedzieć? Ty ciągle tylko ogórki i wymagania. Dla mnie, biednej, czasu brak!

Chciałam jeszcze coś dodać, ale nie pozwolił.

Najpierw mnie pocałował, żebym pamiętała, że kobieta nie powinna o sobie zapomnieć, potem przytulił jeszcze mocniej, żebym wiedziała, gdzie moje miejsce.

Przy sercu, trochę na skos. Tam, gdzie dusza oddycha.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia + dwanaście =

Prawdziwa kobieta