Wróciliśmy do domu babci… a tam już mieszkała inna rodzina.
To było jedno z tych poranków, gdy budzisz się z ciężarem w piersi i nie wiesz – to sen czy przypomnienie? Leżałem w łóżku w przepoconej koszuli, choć w naszym mieszkaniu w Krakowie zimą zawsze chłodno. Śniła mi się babcia. Moja zmarła babcia Helena Nowak, z którą spędzałem najpiękniejsze wakacje w wiosce pod Nowym Sączem. Siedziała na ławce przy piecu, którego ciepło sięgało aż do kości, patrzyła na mnie z jakimś smutkiem i pytała:
– No co, wnuczku, wciąż nie odwiedzasz? Zupełnie zapomniałeś?
Obudziłem się z gulą w gardle. Przytłaczało mnie poczucie winy. Obróciłem się do żony leżącej obok i stanowczo powiedziałem:
– Aniu, jedziemy dziś do wioski. Do babci. Na cmentarz.
Zdębiała, rzecz jasna – za oknem sypał gęsty śnieg, droga niebliska. Ale nie sprzeciwiała się. Szybko się spakowaliśmy, wrzuciliśmy do samochodu termos, parę kanapek, koc. Do wioski jechaliśmy prawie cztery godziny – ślisko, zawiane, ale moja determinacja była tak silna, że nic mnie nie powstrzymało.
Na cmentarz szliśmy pieszo – ścieżek nie było, tylko wysokie zaspy. Gdy podeszliśmy do grobu babci, serce mi się ścisnęło – powalona brzoza leżała w poprzek pomnika. Z Anią przez godzinę odgarnialiśmy śnieg, sprzątaliśmy gałęzie, porządkowaliśmy wszystko. Zapaliłem świeczkę, pożegnałem się w myślach… I nagle przyszła mi do głowy myśl:
– A może wstąpimy do domu? Zobaczymy, co tam słychać. W końcu babcia zapisała go na nas.
Żona się zgodziła. Nie byliśmy tam od ponad roku. Spodziewałem się zobaczyć zawiany śniegiem podwórko, zmarznięte okna i głuchą ciszę w ścianach. Ale to, co ujrzeliśmy, wprawiło nas w osłupienie: w domu paliło się światło, z komina sączył się dym, a do drzwi była przetarta ścieżka. Gwałtownie zahamowałem.
– Kto to może być? – cicho spytała Anna.
Wymieniliśmy spojrzenia, wysiedliśmy z auta i podeszliśmy. Zapukałem. Po chwili drzwi otworzyła młoda kobieta. A zza jej pleców wyglądała może sześcioletnia dziewczynka.
– Dzień dobry! – pierwsza, dźwięcznie zawołała malutka.
Z Anią automatycznie odpowiedzieliśmy. Kobieta, usłyszawszy, kim jesteśmy, zarumieniła się i zaczęła przepraszać, zapraszając nas do środka.
W domu było gorąco, dobrze napalono – zupełnie jak w tym śnie. Nawet powietrze pachniało drewnem, jak za dawnych lat. Usiedliśmy przy stole, Natalia – tak miała na imię gospodyni – postawiła herbatę, przyniosła ciastka i zaczęła opowiadać. Rok temu jej mąż zginął w wypadku. Mieszkanie, na które tak długo oszczędzali i ledwo spłacili kredyt, zostało jej, ale opłaty i utrzymanie samej z dzieckiem stały się nie do udźwignięcia. Postanowiła przeprowadzić się do wioski, do ciotki. Tylko że ta, jak się okazało, mieszkała już z mężczyzną i nie mogła przyjąć Natalii z córką. Poradziła szukać pustego domu.
– Tych tu – powiedziała Natalia – nie brakuje. Więc ciotka wspomniała o waszym: przytulny, solidny, a wy, podobno, dobrzy ludzie. Może się dogadacie.
Wynajęła swoje mieszkanie w mieście i przeniosła się tutaj. Rok już tu mieszkała, dbała o dom, pielęgnowała ogródek. Mówiła to wszystko z taką nieśmiałą serdecznością, że nie wiedziałem, czy mam się gniewać, czy współczuć.
Spojrzałem na Anię. Piła herbatę w milczeniu, ale po jej wzroku poznałem – myśli tak samo jak ja.
– Natalio – powiedziałem – nie ma co rozważać. Zostańcie. Tylko jeśli kiedyś przyjedziemy – przyjmiecie nas na noc?
Natalia otworzyła szeroko oczy, potem zarumieniła się i niemal się rozpłakała:
– Oczywiście, oczywiście! Wszystko dopilnujemy. Przyjeżdżajcie, kiedy chcecie!
Dziewczynka, usłyszawszy to, uśmiechnęła się i spytała:
– A kiedy do nas przyjedziecie?
Przysiadłem przed nią, zajrzałem w jej jasne, dziecięce oczy i odparłem:
– A ty nas kiedy zaprosisz?
Zamyśliła się, a potem nagle radośnie wykrzyknęła:
– To może latem!
– Umówione – uśmiechnęła się Anna.
Gdy odjeżdżaliśmy, serce miałem lekkie jak piórko. Czułem, że babcia nas widzi. Że rozumie. Że nie na próżno przyjechałem. I tej nocy znów mi się przyśniła – szliśmy razem leśną ścieżką, trzymała mnie pod rękę i coś czule opowiadała, ale obudziwszy się, nie pamiętałem ani słowa. Tylko jej uśmiech – taki ciepły, jak kiedyś. Chyba była zadowolona. I że do niej przyszedłem, i że wpuściłem Natalię z małą Zosią do swego domu.
Od tamtego dnia wierzę w sny.



