*Dziennik 18 czerwca*
„Córka wraca”
Wyjeżdżam, tato głos Zosi drżał, ale w jej oczach paliło się uparte postanowienie. Stała w drzwiach naszej ciasnej kuchni, ściskając telefon jak koło ratunkowe. Na denimowej kurtce błyszczała przypinka z napisem Marzenia. Do cioci Hani. Do Warszawy. Tam przynajmniej coś się dzieje.
Marek zamarł z kubkiem wystygłej herbaty w dłoniach. Jego córka, jego Zosia, patrzyła na niego jak na obcego. Za oknem huczało wieczorne miasto klaksony, śmiech sąsiedzkich dzieci ale w jego piersi panowała cisza, jak przed burzą.
Wyjeżdżasz? powtórzył, starając się, by głos nie zadrżał. Palce ścisnęły kubek tak, że kostki zbielały. I myślisz, że tam będzie lepiej? Beze mnie?
A co tu jest? Zosia prychnęła, odgarniając ciemne włosy. Ty wciąż tkwisz w przeszłości. Z mamą. Z tym twoim autobusem. Ja tak dłużej nie wytrzymuję, tato. Mam piętnaście lat, a czuję się jak w klatce!
Zatrzasnęła drzwi do swojego pokoju, a echo rozniosło się po mieszkaniu. Marek postawił kubek, czując, jak serce się zaciska. Wiedział, że Zosia ma rację kurczowo trzymał się przeszłości jak tonący brzytwy. Ale puścić ją? To przerastało jego siły.
***
Ranek w ich bloku na obrzeżach miasta pachniał kawą, lekko przypalonymi tostami i smarem, który Marek przynosił na ubraniu. Jak zawsze wstał o szóstej, by zdążyć na pierwszą zmianę. Jego stary autobus, wyblakły na niebiesko, czekał w zajezdni. Praca kierowcy była nudna, ale pewna jak uderzenia serca. To ona trzymała go na powierzchni po śmierci Ani, pięć lat temu.
Zosia, wstawaj, spóźnisz się! krzyknął, przewracając jajecznicę na patelni. W radiu cicho grała jakaś popowa piosenka. W odpowiedzi cisza. Ostatnio Zosia unikała rozmów, chowając się za słuchawkami.
Tato, poradzę sobie mruknęła, wreszcie zjawiając się w kuchni. Szkolna bluzka pomięta, adidasy rozwiążane, plecak na jednym ramieniu. Znowu całą noc majstrowałeś w garażu?
Silnik trzeba było sprawdzić wzruszył ramionami, podając jej talerz. Jedz, bo do obiadu nie dotrwasz.
Nie jestem głodna przewróciła oczami, ale kanapkę wzięła. Była podobna do Ani te same ciemne oczy, ten sam upór w zaciśniętej szczęce. Czasem Marek patrzył na nią i widział żonę, śmiejącą się w ich starej kawalerce, gdy zaczynali razem życie. Ale Ania odeszła rak zabrał ją szybko, zostawiając go z dziesięcioletnią Zosią i pustką.
Dziś wracam późno rzuciła, wychodząc. Projekt w szkole, potem z Kasią.
Zadzwoń powiedział, wycierając ręce w ścierkę. I nie włócz się do nocy.
Wiem, wiem syknęła i zniknęła, zostawiając zapach owocowego szamponu.
W zajezdni koledzy nazywali jego autobus Staruszkiem. To był jego świat zapach oleju, zgrzyt siedzeń, znajome twarze pasażerów. Ale Zosia go nienawidziła. Tato, on jest taki jak ty stary i nudny. To zabolało bardziej, niż się spodziewał.
***
Wszystko zaczęło się, gdy miał dwadzieścia lat. Ania stała na przystanku w rozwichrzonym warkoczu, kłócąc się z konduktorem o groszowe reszty. Otworzył drzwi i uśmiechnął się.
Wsiadaj za darmo mrugnął. Tylko nie wrzeszcz na całe osiedle.
Nie wrzeszczę prychnęła, ale się zaczerwieniła. Zawsze taki miły jesteś?
Tylko dla ładnych zażartował, a ona zaśmiała się, odchylając głowę.
Ania uczyła muzyki, grała na gitarze i śpiewała od Budki Suflera po Dżem. Marzyła o podróżach, morzu, domu z ogrodem. Obiecywał jej to wszystko, ale życie napisało inny scenariusz. Gdy Zosia miała pięć lat, Ania szepnęła w szpitalu: Dbaj o nią. I o siebie, Marku.
Po pogrzebie wsiąkł w pracę. Autobus stał się schronieniem tam mógł nie myśleć. Zosia rosła, a między nimi rosła ściana.
***
Tamtego wieczoru wrócił wcześniej, z siatką zakupów. Zosia rozmawiała przez telefon, a każde słowo wbijało się jak nóż:
Tak, ciociu, na serio. Chcę do Warszawy. Tato on nie żyje, on wegetuje. Wciąż z mamą w głowie. Ja się tu duszę!
Marek cofnął się, czując, jak ziemia ucieka spod nóg.
Nazajutrz zadzwonił do kolegi z zajezdni, Jurka:
Pomożesz zremontować Staruszka? Chcę zabrać Zosię w jedno miejsce. Jak dawniej.
Romans? zaśmiał się Jurek. Za parę dni będzie gotowy. Ale Zosia przecież go nie cierpi.
Wiem. To mój ostatni kurs.
***
Przez tydzień porządkowali autobus: nowe fotele, czyste szyby, zasłonki w niebieskie kwiaty, które Ania uszyła. W piątek zastukał do pokoju Zosi.
Jedziemy jutro. Ty i ja. Staruszkiem.
Na tym gruchocie? skrzywiła się. Tato, żartujesz? Mam plany z Kasią.
Jak pamiętasz jezioro?
Zamilkła. W końcu mruknęła: Dobra. Ale jeśli będzie beznadziejnie, pamiętaj!
***
Ranek był słoneczny. Zosia wsiadła niechętnie. Gdy ruszyli, z głośników popłynął głos Ani śpiewała Niebo z moich stron.
To mama? szepnęła.
Tak Marek patrzył na drogę. Lubiła śpiewać w trasie. Pamiętasz?
Pamiętam odwróciła głowę, ale widział, jak ociera rękawem oczy.
***
Nad jeziorem wyciągnął album. Zosia wpatrywała się w zdjęcie: ona, malutka, na jego ramionach, Ania z bukietem stokrotek.
Tęsknię za nią, tato głos jej drżał. Ale ty jakbyś wciąż ją trzymał. A ja potrzebuję, żebyś był tu. Ze mną.
Przytulił ją, a ona nie odepchnęła go.
„Teraz, gdy wiatr kołysał ich przy jeziorze, a Zosia śmiała się cicho do jego opowieści o starych czasach, Marek zrozumiał, że czasami trzeba puścić przeszłość, by schwytać teraźniejszość.”



