**Dziennik Marii**
Postawiłam na sobie krzyż. A potem los podarował mi nowe życie…
Michał wszedł do mieszkania późnym wieczorem. Na twarzy miał zmęczenie, w oczach — wewnętrzną walkę. Bez słów zdjął buty, przeszedł do kuchni i usiadł przy stole.
— Michasiu, zjeszisz coś? — krzątałam się wokół niego. — Upiekłam kaczkę, tak jak lubisz. Z jabłkami… Coś się stało?
Spojrzał na mnie prosto, bez zwykłego uśmiechu:
— Marysiu, musimy poważnie porozmawiać. Nie mogę już żyć na dwa domy. Kiedy w końcu będziemy razem? Mam swoje mieszkanie.
Zrobiło mi się ciężko na sercu. To, przed czym tak długo uciekałam, w końcu mnie dopadło.
— Dobrze — odparłam cicho. — Ale najpierw musisz poznać moje dzieci.
Spotkaliśmy się w kawiarni. Kacper i Bartek siedzieli po jednej stronie stołu, a Kinga — obok mnie. Gdy pojawił się Michał, dzieci zdrętwiały. Otworzyły usta ze zdumienia. Nie od razu zrozumiałam, o co chodzi. Ale gdy synowie wymienili się gniewnymi spojrzeniami, wszystko stało się jasne…
— Żartujesz sobie, mamo?! — wybuchnął pierwszy Kacper. — W twoim wieku urządzać sobie życie miłosne?! To jakiś wstyd!
— Myśleliśmy, że masz rozum… — dodał Bartek. — Kobiety w twoim wieku zostają babciami, a nie szukają facetów.
— Mam tylko czterdzieści cztery lata — cicho odpowiedziałam.
— No to żyj sobie spokojnie, sama. Z Kacprem wynajmiemy mieszkanie. Nie zamierzamy mieszkać pod jednym dachem z twoim „wykidajłą”.
A Kinga odwróciła się do mnie plecami. Przez cały miesiąc nie odezwała się ani słowem.
Nie płakałam. Po prostu siedziałam nocą w ciszy i wspominałam swoje życie. Jak to wszystko się zaczęło…
Kiedyś byłam prymuską. Spokojna, rozsądna dziewczyna z dobrą rodziną, z rodzicami, którzy ją uwielbiali i marzyli, by córka dostała się na prestiżową uczelnię. Ale w wieku siedemnastu lat zakochałam się. W Darku.
Miał dwadzieścia cztery lata. Wysoki, ze świdrującym głosem, silnymi dłońmi i hardym spojrzeniem. Rodzice od razu go nie polubili. Ojcie wygnał go, gdy przyszedł prosić o moją rękę. Ale ja nie posłuchałam nikogo — i po kilku miesiącach wyjechałam z Darkiem do innego miasta.
Na początku było jak w bajce. Urodził się pierworodny — Kacper. Rodzice pomogli, kupili nam mieszkanie. Potem przyszedł na świat Bartek — a na nasze szczęście dostaliśmy jeszcze większe lokum. Ale wtedy bajka zmieniła się w codzienny koszmar.
Rodzina Darka okazała się pijąca. Brat — nierób, rodzice — hulaki. Darek zaczynał znikać na całe dni, czasem na tygodnie. Praca? Gdzie tam. Kto by zatrudnił człowieka, który każdy miesiąc kończył „na czarno”?
Ja ciągnęłam wszystko sama. Pracowałam na dwóch etatach, studiowałam zaocznie. Wieczorami — sprzątanie. Wstydziłam się prosić rodziców o pomoc. A mąż coraz częściej wylegiwał się na kanapie, domagając się „zimnego piwka”.
Gdy wróciłam z wizyty — w ciąży z trzecim dzieckiem — i usłyszałam: „Nie ma śmietany? No to skocz kup!”, nie wytrzymałam. Napisałam pozew o rozwód. Sama zamówiłam mu taksówkę, zapłaciłam. Śmiał się i nie wierzył. Na próżno.
Więcej nie wrócił. Zamki były nowe. Sąsiadka pilnowała, żeby nie robił awantur. Rozwód poszedł gładko. Nawet nie dowiedział się, że urodziła mu się córka.
Trzy miesiące później Darek zginął. Pożar na działce, spowodowany pozostawioną włączoną kuchenką. Rodzice byli w ogrodzie, brat przeżył, on — nie. Czułam winę… ale wiedziałam, że nie musiałam być jego dozgonną opiekunką.
Urodziła się Kinga. Trójka dzieci. Praca. Dom. Trzy godziny snu.
Zapomniałam, co to kobiecość. Zapomniałam, jak to jest — być pożądaną. Stawiałam dzieci na nogi. Wszystkie świadczenia po ojcu szły na ich przyszłość.
Życie osobiste — skreśliłam. Uznałam, że nie mam do niego prawa.
Aż przyszedł tamten deszczowy wieczór. Urodziny koleżanki z pracy, późny autobus, ulewa. Nagle zatrzymał się samochód.
— Podwieźć?
Zwyczajny mężczyzna. Ciepłe spojrzenie. Dobry. Nazywał się Michał. Okazało się, że mieszkamy niedaleko siebie. Potem czekał na mnie każdego ranka, odwoził do pracy, zabierał wieczorem. Robił kawę w aucie. Mówił, że jestem piękna.
Odzwyczaiłam się od komplementów. Ale z nim było lekko. Był po rozwodzie — przyłapał żonę z kochankiem. Nie mieli dzieci.
I nagle — zaproponował wspólne życie. A ja… nie wiedziałam, co robić.
Dzieci odwróciły się ode mnie. Nazwały mnie lekkomyślną, powiedziały — „radź sobie sama, my wynajmiemy swoje”.
Przeżywałam to. Ale w pewnej chwili coś we mnie— I wtedy zrozumiałam, że szczęście nie ma terminu ważności, a miłość nigdy nie jest za późna.



