Dzienniki. Sobota, 5:30 rano.
Minionej soboty obudziliśmy się z Witkiem, moim mężem, o 5:30, jakby ktoś oblał nas zimną wodą. A to wszystko przez moją kochaną mamę, Jadwigę Marciniak, która dwadzieścia lat harowała za granicą — najpierw w Holandii, potem w Belgii — a teraz, wróciwszy do kraju, stała się prawdziwym porannym ptaszkiem, który ćwierka mi prosto w ucho w sobotę o świcie! To czas, gdy normalni ludzie śpią, marząc o weekendzie, a my z Witkiem biegamy po domu, bo mama uznała, że ranek to idealny moment na generalne sprzątanie, żur i pogawędki o życiu. Kocham ją, oczywiście, ale czasem chciałabym schować się pod pierzynę i udawać, że nie słyszę jej radosnego: „Kasia, wstawaj, dzień ucieka!”
Moja mama to prawdziwa wichura. Dwa dekady pracowała za granicą, żeby utrzymać mnie i brata. Gdy dorastaliśmy, myła podłogi w holenderskich biurach, opiekowała się belgijskimi staruszkami, przysyłała nam pieniądze na naukę i ubrania. Zawsze byłam z niej dumna, choć strasznie za nią tęskniłam. Rok temu wróciła — z walizką pełną historii, nawykiem wstawania z kurami i energią, której starczyłoby dla pięciu osób. Zaproponowaliśmy, by zamieszkała z nami w naszym domu, żeby wreszcie odpoczęła. Ale odpoczynek dla Jadzi Marciniak to chyba mit. Ona odpoczywa tylko wtedy, gdy śpi, a śpi — o ile w ogóle — może ze dwie godziny na dobę.
Tamtej soboty marzyłam o wyspaniu się. Tydzień w pracy był ciężki, chciałam poleżeć w łóżku, wypić spokojnie kawę, obejrzeć serial. Ale o 5:30 usłyszałam brzęk garnków w kuchni i mamin głos: „Kasia, Witek, wstawajcie! Ciasto na pierogi już wyrabiam, trzeba pomóc!” Otworzyłam jedno oko, spojrzałam na Witka — leżał z twarzą w poduszce i jęczał: „Kasiu, twoja mama nas wykończy”. Szepnęłam: „Wytrzymaj, to przecież moja mama”. Ale w środku już szykowałam się na kolejną mamą burzę.
Zeszliśmy do kuchni, gdzie wrzało jak w ulu. Mama w kwiecistym fartuchu ugniatała ciasto, na kuchence bulgotał żur, a na stole stała miska z kapustą do nadzienia. „Mamo — mówię — po co tak wcześnie? Można pierogi upiec na obiad!” A ona, nie odrywając się od ciasta: „Kasia, ranek to złoty czas! Wy śpicie, a życie ucieka!” Życie? O 5:30? Witek, próbując być dyplomatą, zapytał: „Jadziu, może zrobię kawę?” Ale mama tylko machnęła ręką: „Kawę potem, Witusiu, kapustę umiesz siekać?” Mój biedny mąż, który w życiu widział kapustę głównie w sałatce, pokornie wziął nóż.
Kocham maminą energię, ale czasem mnie ona wykańcza. Ona nie gotuje — ona zamienia kuchnię w centrum dowodzenia. W godzinę poszatkowaliśmy trzy kilo kapusty, wyrobiliśmy kolejną porcję ciasta i usmażyliśmy kotlety, bo „żur bez kotletów to nie żur”. Witek próbował uciec pod pretekstem „sprawdzenia maili”, ale mama go przechwyciła: „Witusiu, umyj garnek, bo Kasia sobie nie poradzi!” Spojrzałam na męża ze współczuciem — wyraźnie żałował, że nie został w łóżku.
Gdy pracowaliśmy, mama opowiadała historie z życia za granicą. Jak uczyła się niderlandzkiego, żeby móc przeklinać na szefa, jak w Belgii piekła ciasta dla sąsiadów, jak za nami tęskniła. Słuchałam i czułam ciepło, ale jednocześnie myślałam: „Mamo, no przecież mogłabyś pospać trochę dłużej?” Spróbowałam delikatnie zasugerować: „Może w przyszłą sobotę prześpimy się do ósmej?” Roześmiała się tylko: „Kasiu, o ósmej dzień już się kończy!” Kończy? Przecież jeszcze nawet nie zaczął!
W południe kuchnia lśniła, pierogi piekły się w piekarniku, żur pachniał obłędnie, a my z Witkiem wyglądaliśmy jak po maratonie. Mama, świeża jak pierwszy dzień wiosny, postawiła przed nami miski i oznajmiła: „No, dzieci, to jest życie! Jedzcie, póki gorące”. Jedliśmy, i musiałam przyznać — żur był boski. Witek szepnął: „Kasiu, twoja mama to czołg, ale gotuje jak mistrz”. Uśmiechnęłam się, ale w głębi duszy wiedziałam: mama taka jest, bo całe życie walczyła, pracowała, przetrwała. I teraz chce, żebyśmy żyli tak samo — pełnią życia, nawet jeśli zaczyna się o 5:30.
Poskarżyłam się koleżance na mamine pobudki. Roześmiała się: „Kasiu, ależ to twój skarb! Wytrzymaj, ona was uczy życia na pełnych obrotach”. Uczy? Może. Ale wciąż marzę o sobotnim śnie bez maminego „wstawaj, dzień mija”. Zaproponowałam kompromis: „Mamo, może w niedzielę pierogi, a sobota dla snu?” Pokręciła głową: „Kasiu, w niedzielę będziemy kopać ziemniaki!” KopWitek na te słowa tak się zakrztusił herbatą, że aż musiałam klepnąć go w plecy, a mama tylko westchnęła: „Młodzi dziś nawet jeść nie potrafią, cóż dopiero ziemniaki kopać.”



