Kiedy wzięliśmy ślub, postanowiliśmy odłożyć na później kwestię dzieci, ponieważ teraz chcieliśmy żyć dla siebie. Zaczęliśmy dużo podróżować i wychodzić, ale po półtora roku dowiedziałam się, że jestem w ciąży, chociaż było to niespodziewane. Mój mąż powiedział, że zdecydowanie powinnam urodzić, w pełni mnie wspierał. Byłam bardzo szczęśliwa, ponieważ zazwyczaj mężczyźni proponują aborcję, ale nie w moim przypadku. Kiedy byłam w ciąży, pracowałam do ostatniego dnia.
Dobrze czułam się w ciąży, a poza tym chciałam zarobić jak najwięcej pieniędzy. Po pracy uwielbiałam chodzić na zakupy i kupować wszystko dla dziecka. Mój błąd polegał na tym, że za własne pieniądze kupiłam łóżeczko i wózek dla syna, o nic nie prosiłam męża, a on był z tego zadowolony. Dobrze zarabiałam i mogłam sobie pozwolić na takie wydatki w tamtym czasie. Po porodzie przez pierwsze trzy miesiące byłam całkowicie pochłonięta opieką nad moim dzieckiem. Nie odstępowałam go ani na chwilę. Mój mąż bał się zostać sam na sam z dzieckiem: „Jest taki mały, boję się, że zrobię coś nie tak” – usprawiedliwiał się.
Kiedy minęło trochę więcej czasu, nie bałam się już tak bardzo o mojego syna, nagle zwróciłam uwagę na siebie. Bałam się spojrzeć w lustro. Moje włosy były jak słoma, moja skóra była blada, bardzo przytyłam, miałam na sobie jakieś nieładne ubrania. A skończyły mi się już pieniądze. Poprosiłam męża, żeby mi trochę dał, musiałam wrócić do normalności. Odpowiedział: „Po co wydawać pieniądze na ubrania? I tak nie wychodzisz, nikt Cię nie widzi.” – Jestem kobietą i chcę ładnie wyglądać dla siebie. – „Kiedy jesteś na urlopie macierzyńskim, nie jesteś kobietą, tylko matką, więc powinnaś po prostu kontynuować ten stan rzeczy, dopóki nie zaczniesz pracować”. Kiedy tylko to usłyszałam, poszłam do swojego pokoju i zamknęłam drzwi. Jest mi tak przykro, że słyszę to od mojego męża, nie chcę go więcej widzieć ani z nim rozmawiać. A on nie zamierza przepraszać.



