17 kwietnia 2023
Dzisiaj znów myślę o tym, jak bardzo życie potrafi nas zaskoczyć zwykle wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy.
Rano zawołał mnie szef, pan Jarosław Kowalczyk, i przedstawił nową osobę w naszym dziale. Pani Zofio, poznajcie, to Jagoda, nasza świeżo zatrudniona koleżanka. Będziecie razem pracować.
Jak zwykle siedziałam wpatrzona w monitor, sprawdzając kolejne dokumenty, ale podniosłam wzrok. Przede mną stała młoda dziewczyna, nieco ponad dwudziestoletnia, z jasnobrązowymi włosami ściągniętymi w porządny kucyk. Delikatny, lekko zawstydzony uśmiech, a w rękach cienka teczka, którą ściskała przy piersi tak mocno, jakby trzymała największy skarb.
Bardzo mi miło powiedziała cicho i skinęła głową. Cieszę się, że dostałam tę pracę. Obiecuję, że dam z siebie wszystko.
Jarosław już miał wychodzić, ale jeszcze zwrócił się do mnie przy drzwiach: Pani Zofio, jest pani u nas od dwudziestu lat w logistyce. Proszę wprowadzić Jagodę w temat, pokazać system, trasy, kontakty z przewoźnikami. Za miesiąc powinna już samodzielnie prowadzić swój zakres obowiązków.
Patrzyłam na młodą. Dwadzieścia trzy lata mogłaby być moją córką, gdybym w ogóle miała dzieci. Za chwilę będę miała pięćdziesiąt pięć. Pogodziłam się już z myślą, że rodzina mi się nie przytrafiła. Jest tylko praca, mieszkanie z pelargoniami na parapecie i kot Stefan.
Usiądź tutaj wskazałam jej miejsce przy sąsiednim biurku. Zaraz wszystko ci wyjaśnię.
Pierwszy tydzień był pełen pomyłek Jagoda mieszała kody przewoźników, zapominała wpisywać dane do rejestru. Tłumaczyłam, poprawiałam, rysowałam schematy na karteczkach.
Popatrz, tutaj wskazałaś Poznań, a samochód ma jechać do Gdańska. To niemal czterysta kilometrów różnicy, rozumiesz?
Rumieniła się jak burak, przepraszała i od razu poprawiała błędy. Potem znów myliła coś innego.
Pod koniec drugiego tygodnia zaczęło szło jej lepiej. Złapała rytm, dużo notowała miała stary zeszyt z kotkami na okładce, gdzie zapisywała każde moje słowo.
Pani Zofio, czemu nie korzystamy z usług tej firmy? Przecież tak tanio mają.
Dwa razy nie dotrzymali terminów odpowiedziałam. Renoma jest ważniejsza niż zniżka, zapamiętaj.
Notowała od razu, a potem nieoczekiwanie zapytała:
Pani piecze sama te drożdżówki? Tak tu pachnie wspaniale od pani pojemnika.
Zaśmiałam się pod nosem i następnego dnia przyniosłam więcej drożdżówek z kapustą. Jadła je podczas przerwy z takim apetytem, jakby dostała coś niezwykłego.
Babcia tak piekła zbierała okruszki z blatu. Odeszła dwa lata temu. Bardzo za nią tęsknię.
Położyłam rękę na jej dłoni. Nie cofnęła się przeciwnie, uśmiechnęła się wdzięcznie.
Później piekłam dla niej jeszcze szarlotkę, ciasteczka twarogowe, miodownik, który uznała za najlepszy w życiu. Złapałam się na tym, że piekę wszystko w podwójnej ilości, specjalnie, by poczęstować młodą koleżankę. Czułam nieznane mi od lat, delikatne ciepło gdzieś pod sercem.
Pani Zofio, mogę zapytać o radę? Nie o pracę…
Pytaj, śmiało.
Chłopak oświadczył mi się. Ale spotykamy się dopiero pół roku. Myśli pani, że to za wcześnie?
Odłożyłam dokumenty i przez dłuższą chwilę patrzyłam na Jagodę, na jej zatroskane oczy.
Jeśli masz wątpliwości, to za wcześnie. Gdy przyjdzie ten właściwy, nie będziesz musiała pytać.
Odetchnęła, jakby kamień spadł jej z serca. Po trzech tygodniach Jagoda sama już prowadziła rozmowy z przewoźnikami, sprawdzała trasy, wyłapywała błędy innych. Patrzyłam z cichą dumą. Udało się. Wyszkolona.
Jest mi pani jak mama powiedziała kiedyś. Tylko lepsza. Moja wszystko krytykuje, a pani zawsze wspiera.
Mrugnęłam i spojrzałam w okno.
Dobra, do roboty burknęłam, choć uśmiech nie znikał mi z twarzy przez resztę dnia.
Jagoda wypiękniała w tym miesiącu. Zauważyłam, jak pewnie rozmawia z kierowcami, jak sprawnie wypełnia wnioski, jak swobodnie szpera po bazie danych. Przerosła moje oczekiwania.
Na piątkowej odprawie Jarosław był jeszcze bardziej ponury niż zwykle. Siedział na czele stołu, obracał ołówek i bardzo długo zwlekał, zanim się odezwał:
Jest ciężko. Rynek spadł, trzech największych klientów przeszło do konkurencji. Zarząd podjął decyzję o optymalizacji zespołu.
Spojrzałam po kolegach. Wszyscy wiedzieli, co oznacza optymalizacja. Zwolnienia.
W ciągu miesiąca zapadną decyzje w poszczególnych działach. Do tego czasu pracujemy jak dotąd.
Po naradzie wróciłam do swojego biurka. Podpatrzyłam Jagodę. Siedziała, wpatrzona w monitor, palce zawisły nad klawiaturą.
Pięćdziesiąt pięć lat. Znałam już te wyliczenia. Zarabiam najwięcej, mam najdłuższy staż idealna kandydatka do zwolnienia z punktu widzenia księgowości. Bolało, ale dam radę. Wkrótce emerytura, mam oszczędności, kredyt dawno spłacony.
A Jagoda… taka się zmieniła. Przestała żartować podczas przerw, nie prosiła już o dokładkę szarlotki, słuchała bez słowa, gdy coś mówiłam.
Jagoda, wszystko w porządku? Przysiadłam na rogu jej biurka. Martwisz się przez zwolnienia?
Zadrżała, uśmiechnęła się wymuszenie.
Nie, po prostu trochę zmęczona.
Ale widziałam to nie była prawda. Biedna dziewczyna. Ledwo się zaaklimatyzowała, a tu już niepewność. Losu się nie oszuka.
Dwa tygodnie mijały w napiętym oczekiwaniu. Wszyscy szeptali po kątach, zgadywali, kto poleci pierwszy. Jagoda pracowała w milczeniu. Parę razy złapałam ją na dziwnym spojrzeniu, ale zrzuciłam to na nerwy.
W czwartek po obiedzie na służbowej poczcie zapaliła się wiadomość: Pani Zofio, proszę przyjść do gabinetu dyrektora.
Wstałam, poprawiłam żakiet. To już. Dwadzieścia lat w firmie i koniec. Byłam gotowa.
Otworzyłam drzwi i stanęłam jak słup soli. Na fotelu naprzeciwko pana Jarosława siedziała Jagoda. Wyprostowana, z teczką na kolanach, bez wyrazu na twarzy.
Zapraszam, proszę usiąść wskazał mi wolne krzesło. Musimy poważnie porozmawiać.
Przenosiłam wzrok z szefa na Jagodę. Nie patrzyła na mnie.
Jagoda wykonała dużą pracę pan Jarosław rozłożył kartki przed sobą. Wskazała szereg poważnych błędów. W pani pracy, pani Zofio.
Wstrzymałam oddech. Mój mózg nie chciał przyjąć tej informacji: Jagoda, teczka z kotami, słowo błędy. Ta sama Jagoda, która jadła moje drożdżówki, która radziła się o zaręczyny.
Przeanalizowałam dokumenty z ostatnich ośmiu miesięcy w końcu się odezwała, patrząc tylko na szefa, jakby mnie tam nie było. Znalazłam jedenaście poważnych niezgodności w dokumentacji. Złe kody tras, braki w listach przewozowych, zamieszanie z datami wysyłek.
Otworzyła teczkę, wyciągnęła kartki z tabelkami podkreślone żółtym markerem fragmenty. Poznałam swój charakter pisma na marginesie jednej z nich.
Uważam, że lepiej poradzę sobie z tym zakresem. Pani Zofia jest oczywiście bardzo doświadczona, ale wiek robi swoje. Dla firmy taniej mnie zatrzymać niższa pensja, lepsza efektywność. To tylko matematyka.
Pan Jarosław oparł się na krześle, postukał palcami w blat.
Pani Zofio, co pani na to?
Powoli podniosłam się, podeszłam do biurka, wzięłam dokumenty. Przebiegłam wzrokiem podkreślone linijki. Błędy, które wcale błędami nie były.
Nie będę się tłumaczyć oddałam papiery. Przez dwadzieścia lat nauczyłam się jednego: nie da się robić wszystkiego idealnie. Liczy się efekt. Towary dochodzą na czas, klienci są zadowoleni, pieniądze spływają.
Ale te błędy mogą zrujnować firmę! Jagoda pochyliła się do przodu, pierwszy raz z jakimś uczuciem w głosie. Chcę dobrze dla firmy!
Pan Jarosław pokręcił głową. Nie ze złością. Raczej z rezygnacją.
Wie pani, Jagodo, jakich pracowników na pewno nie potrzebuję? Tych, co potrafią wystawić kolegę tylko dla własnej korzyści.
Jagoda zbladła.
O tych rzekomych błędach wiem doskonale kontynuował szef. To nie błędy. To doświadczenie. Pani Zofia wie, jak ominąć niepotrzebną biurokrację, jak przyspieszyć to, co grzęźnie w systemie. Pozornie wygląda to na łamanie procedur, ale to po prostu mistrzostwo. Po prostu brak pani doświadczenia, żeby to zrozumieć.
Jagoda ścisnęła podłokietniki krzesła.
Odpracuje pani jeszcze dwa tygodnie, a potem koniec zamknął papiery. Podanie proszę złożyć dziś do końca dnia.
Proszę… jej głos roztrzaskał się na szarpiącym szloch. Nie chciałam… Potrzebuję tej pracy, mam kredyt, dopiero zaczęłam…
Trzeba było pomyśleć wcześniej. Wolna pani.
Jagoda podniosła się, teczka wypadła jej z rąk, kartki rozsypały się po podłodze. Chyliła się, zbierała je drżącymi dłońmi, twarz ukrywając pod włosami pełnymi łez. Wyszła niemal bez dźwięku.
Ot, i tyle, pani Zofio pan Jarosław pokręcił głową. Prawie się pani poślizgnęła na dziewczynie. Mówiłem, żeby nie ogrzewać przy sobie węża.
Milczałam. Czułam w środku pustkę i echo.
Póki firma istnieje, pani u nas pracuje dodał. Takich ludzi się nie zwalnia. Zrozumiano?
Skinęłam głową i wyszłam.
Jagoda siedziała jeszcze przy swoim biurku, zatopiona w ekran. Gdy przechodziłam, spojrzała na mnie spode łba w oczach złość i żal pod mokrymi rzęsami.
Nie odwróciłam się już. Usiadłam, uruchomiłam komputer, zaczęłam sprawdzać zamówienia.
Pojemnik z drożdżówkami na parapecie został nieruszony aż do końca dnia.



