Podpisy na klatce: sąsiedzki konflikt o nocny hałas, zbiór podpisów i spotkanie mieszkańców bloku; s…

Dzieńnik, Warszawa

Dziś zatrzymałem się przy skrzynkach pocztowych, bo na tablicy obok tam, gdzie zwykle wiszą ogłoszenia o odczytach wodomierzy albo zaginionych kotach pojawiła się nowa kartka. Przyczepili ją krzywo, chyba w pośpiechu, a na górze wielkimi literami: „Zbiórka podpisów. Trzeba zareagować”. Poniżej nazwisko z piątego piętra i krótka lista żalów: hałasy nocą, stukanie, krzyki, „łamanie ciszy nocnej”, „zagrożenie bezpieczeństwa”. Na dole już ciągnęły się podpisy, jedni starannie, inni byle jak.

Przeczytałem dwa razy, chociaż wszystko rozumiałem od pierwszego rzutu oka. Palce już sięgały po długopis w kieszeni kurtki ale się powstrzymałem. Nie, żebym był przeciwny. Po prostu nie cierpię, gdy ktoś mnie popędza. Od dwunastu lat mieszkam w tym bloku i wiem, że lepiej trzymać dystans od sąsiedzkich wojenek jak od przeciągów. Mam swoje problemy: praca w serwisie RTV, zmiany, mama po udarze po drugiej stronie Wisły, syn w wieku licealnym, który tygodniami się nie odzywa, a potem wybucha przez byle drobiazg.

Na klatce schodowej cicho; tylko gdzieś wyżej szczęknęły drzwi windy. Wszedłem na czwarte mój przystanek wyciągnąłem klucze, ale zanim ruszyłem do drzwi, spojrzałem w górę, na piąte piętro. Tam mieszkała pani Wanda Piotrowska. Pięćdziesiąt parę lat, chuda, wyprostowana, zawsze z krótkimi włosami i tym swoim nieprzeniknionym spojrzeniem. Rzadko witała się pierwsza, a jak odpowiadała, to jakby z niechęcią. Najczęściej widywałem ją z siatkami z Biedronki, albo z wiadrem, gdy myła podłogę przed drzwiami. Bywało, że nocą z jej mieszkania dobiegały odgłosy: czasem łomot, czasem krótki krzyk, albo jakby coś ciężkiego sunęło po podłodze.

Na grupie na Messengerze byłem tylko, gdy trzeba. Głównie ludzie kłócili się o miejsca parkingowe czy zsyp. Ale ostatnio tylko jeden temat: hałasy z piątego.

„Znowu po drugiej w nocy huki! Dziecko się obudziło przestraszone!”

„A ja od szóstej do pracy Chodzę jak zombie. Ile można?”

„To nie huki, ona tam meble przesuwa, słyszałam.”

„Trzeba wezwać dzielnicowego. Przepis to przepis.”

Przeklikiwałem, nie odpisywałem. Nie jestem święty jak o trzeciej nad ranem rozlegał się łomot, też się budziłem i czułem narastającą irytację. W takich chwilach życzyłbym sobie, żeby ktoś inny się tym zajął, a rano tylko przeczytać: „Załatwione”.

Wieczorem w końcu napisałem: „Kto zbiera podpisy? Gdzie ta kartka?”

Odpisała administratorka, pani Nina Wasiluk z trzeciego. „Na parterze na tablicy. Jutro o 19 u mnie spotkanie. Trzeba coś ustalić, póki nie jest za późno”.

Odłożyłem telefon, a wewnątrz pojawiło się to dobrze znane uczucie takie z wywiadówek w szkole: wszystko już ustalone bez ciebie, a ciebie wołają tylko do podpisu.

Następnego dnia spotkałem panią Wandę na schodach. Dźwigała dwie ciężkie torby, oddychała nierówno, ale uparcie nie prosiła o pomoc. I tak chwyciłem jedną torbę bez pytania.

Nie trzeba, powiedziała ostro.

Zaniosę, odparłem i ruszyłem obok niej.

Milczała aż do drzwi, potem wyrwała torbę z moich rąk.

Dziękuję, rzuciła, jakby to była tylko notatka służbowa.

Już miałem odejść, gdy z jej mieszkania dobiegł jakiś dziwny dźwięk jakby ktoś ciężko sapał i jęczał. Pani Wanda na moment zastygła, klucz zadrżał w zamku.

Wszystko w porządku? zapytałem, sam nie wiedząc dlaczego.

W porządku, ucięła i pośpiesznie zamknęła się w mieszkaniu.

Zszedłem do siebie, ale ten dźwięk został mi w głowie. To nie był hałas, nie muzyka, tylko to ciężkie, ludzkie westchnienie.

Po kilku dniach rano dostrzegłem na drzwiach pani Wandy kartkę przyklejoną taśmą: „PRZESTAŃCIE SZUMIEĆ W NOCY! NIE MUSIMY TEGO ZNOSIĆ”. Litery wyrysowane flamastrem, grubo, z naciskiem.

Stałem, patrząc na tę kartkę. Taśma połyskiwała jak świeża rana. Przypominałem sobie dzieciństwo ojciec pił, awanturował się, a sąsiedzi udawali, że nic się nie dzieje, dopóki nie zaczęli szeptać i wypisywać na drzwiach. Wtedy nienawidziłem nie ojca, tylko tych sąsiadów.

Wszedłem na piąte, wsłuchałem się. Za drzwiami cisza. Nie zadzwoniłem. Oderwałem kartkę ostrożnie, złożyłem i schowałem do kieszeni. Potem wyrzuciłem ją do śmietnika na zewnątrz, nie do wewnątrz bloku, żeby nikt nie zobaczył.

W międzyczasie na chacie atmosfera się zaostrzała.

„Ona to robi specjalnie. Ma nas gdzieś.”

„Takich powinni przesiedlać niech sobie mieszkają na wsi.”

„Dzielnicowy mówi, że musi być zgłoszenie od kilku osób.”

Zauważyłem, jak szybko słowa „hałas” i „zakłócenie” zamieniają się na „tacy ludzie”. Już nie chodzi o noc, tylko o człowieka, który stał się problemem.

W sobotę wracałem po późnym dyżurze. W windzie czuć było odświeżacz powietrza i niedawny dym papierosowy. Na czwartym piętrze wysiadłem, a z góry dobiegł głuchy łomot, potem drugi. Nie brzmiało jak remont, raczej jak upadek. Potem kobiecy głos, zdławiony, ale wyraźny: Trzymaj się… już…

Wszedłem na piąte. Pod drzwiami pani Wandy świeciło się światło, przez szparkę pod drzwiami przebijała jasna linia. Zapukałem.

Kto? głos był spięty.

Sławek, z czwartego. U pani wszystko…

Drzwi otworzyły się na łańcuchu. Stała w szlafroku, na policzku czerwony ślad, jakby właśnie otarła twarz mokrą ręką.

Nic. Proszę iść, odezwała się.

Z wnętrza dobiegł stłumiony jęk.

Nie wytrzymałem:

Potrzebuje pani pomocy?

Spojrzała na mnie tak, jakbym proponował jałmużnę.

Nie trzeba. Mam pod kontrolą.

Tam jest ktoś…

Mój brat. Leżący. Wyrzuciła to szybko, ucinała dalsze pytania. Proszę iść.

Odwróciłem się, ale długo nie mogłem spać tej nocy. „Leżący” powtarzałem to w myślach. Wyobrażałem sobie upadki, dźwiganie, wieczorne wizyty pogotowia, ciągłe przekładanie, jak sąsiedzi na dole leżą i się złoszczą.

Na spotkanie u Niny Wasiluk poszedłem nie z ciekawości, tylko z poczucia, że jeśli nie pójdę, potem będę miał wyrzuty sumienia. O dziewiętnastej przed jej drzwiami już czekali ludzie; jedni w kapciach, inni w kurtkach. Szeptali ciszej niż zazwyczaj, ale napięcie wisiało w powietrzu.

Nina usadziła wszystkich w kuchni. Na stole lista z podpisami, wydrukowana rozpiska o ciszy nocnej i numery dzielnicowego.

Sytuacja jest jasna, zaczęła. Nie możemy tego dalej znosić. Mamy dzieci, pracę. Sama codziennie mierzę ciśnienie, bo przez noc nie śpię. Nie chodzi o panią Wandę, ale są przepisy.

Zauważyłem, jak zgrabnie podkreśliła „nie chodzi o osobę”, a niektórzy odetchnęli.

O drugiej w nocy się przebudziłam, powiedziała młoda kobieta z szóstego, twarz zmęczona. Synek dopiero zasnął, a wyżej huk, jakby szafa runęła. Do rana go bujałam.

Mój ojciec po operacji, nie może się stresować, odezwał się pan w dresie. Jak słyszy huk, od razu myśli, że pożar.

Trzeba za każdym razem dzwonić na policję, niech zgłaszają, ktoś rzucił.

Słuchałem i wiedziałem, że nie wymyślają. Oni są naprawdę zmęczeni. To była ich racja.

Kto z nią rozmawiał? odezwałem się.

Ja, powiedziała pani Nina. Była arogancka, rzuciła tylko: „Nie pasuje? Wyprowadźcie się”. I trzasnęła drzwiami.

Zawsze taka, poparła ją kobieta z szóstego. Jakbyśmy byli jej winni.

Chciałem powiedzieć o bracie, ale się powstrzymałem. Nie byłem pewny, czy to moja sprawa. Ale milczenie to też wybór.

Może coś się tam dzieje… zacząłem.

Każdemu się coś dzieje, przerwała pani Nina. Ale nie robimy przez to hałasu.

W przedpokoju zadźwięczał dzwonek. Zaraz potem do kuchni weszła pani Wanda. Ciężka kurtka, świeżo uczesane włosy, w rękach teczka i telefon. Twarz spięta, ale nie wystraszona.

Rozumiem, że to o mnie rozmowa, stwierdziła.

W kuchni zrobiło się duszno.

Rozmawiamy o sytuacji, wyjaśniła Nina. Przeszkadza nam pani.

Przeszkadzam, powtórzyła i skinęła głową, jakby do siebie. Dobrze. To proszę posłuchać.

Położyła teczkę na stole, otworzyła. Wyjęła papiery, zaświadczenie, jakieś wydruki. Położyła obok telefon.

To jest mój brat. Inwalida I grupy, po udarze. Nie siedzi, nie chodzi. Nocą ma ataki, dławi się, spada z łóżka, jeśli nie zdążę. Przewracam go co dwie godziny, inaczej rany. To nie „meble przesuwają”. To ja podnoszę dorosłego, ciężkiego człowieka.

Mówiła równo, ale słyszało się w jej głosie zmęczenie jak metal. Dostrzegłem na jej rękach siniaki, jakby naprawdę dźwigała ciężar.

Trzy razy w tym miesiącu przyjeżdżała karetka. Tu są zgłoszenia pokazała telefon. Zaświadczenie ze szpitala. Lekarz. Nie muszę wam tego okazywać, ale skoro zbieracie podpisy, jakbym robiła tu balangę…

Ktoś zakaszlał. Kobieta z szóstego opuściła wzrok.

Nie wiedzieliśmy, szepnęła.

Nie wiedzieliście, bo nie pytaliście, ucięła Wanda. Po co pisać po drzwiach, obgadywać na grupie… Chcecie „środków”? Mam go wystawić na klatkę, żeby było ciszej?

Nikt tego nie powiedział! zaprotestowała Nina. Ale jest prawo, po 23 musi być cisza…

Prawo, uśmiechnęła się Wanda z przekąsem. Dobrze. To ja będę wzywać karetkę i policję naraz, żeby za każdym razem odnotowali, że ja nie remontuję, tylko podnoszę człowieka. Będziecie podpisywać, że słyszeliście? Będziecie świadkami?

To mamy tak wytrzymać? powiedział pan w dresie. Głos mu się załamał i zrozumiałem: on naprawdę jest wykończony. Mój ojciec chory, sam mówiłem. Nie mogę co noc słuchać, jak coś się u was wali.

Ja mogę? spojrzała mu prosto w twarz. Myślicie, że mnie to bawi? Myślicie, że nie chciałabym spać?

W kuchni zaległa cisza. Czułem, jak zaczyna we mnie kiełkować potrzeba powiedzenia czegoś łagodnego, ale prostych słów nie było.

W końcu Nina miękko:

Pani Wando, proszę zrozumieć, ludziom jest ciężko. Gdyby pani uprzedziła…

Uprzedziła, że brat może w nocy umrzeć? zamknęła teczkę. Nie potrafię prosić, a i nie mam kogo.

Zrozumiałem nagle, że to prawda. Mieszkaliśmy obok, ale nie „obok”. Byliśmy zamknięciami drzwi.

Bez krzyków, powiedziałem w końcu chrapliwie. Albo się teraz rozerwą wszystkie relacje, albo spróbujemy cokolwiek uprościć.

Spojrzeli na mnie. Nie lubię być w centrum, ale już było za późno na ucieczkę.

Nie podpisałem i nie podpiszę, dodałem. To nic nie zmienia, tylko rodzi wrogów. Ale udawać, że hałasu nie ma, też nie można. Naprawdę zdrowie ludzi jest ważne.

Nina zacisnęła wargi:

Co pan proponuje?

Przypomniałem sobie, jak stałem nocą pod jej drzwiami i słuchałem jęku.

Umówmy się, że jeśli w nocy coś się stanie i będzie głośno, pani Wanda napisze do grupy jedno krótkie słowo: „Karetka” lub „Atak”. Nie musi się tłumaczyć, tylko żebyśmy wiedzieli, że to nie meble.

Nie muszę syknęła z gniewem, ale spotkała moje spojrzenie. Dobrze. Postaram się.

Po drugie, gdy ktoś usłyszy łomot, zamiast od razu dzwonić po dzielnicowego, niech najpierw zadzwoni do drzwi albo wyśle wiadomość zapyta, czy potrzebna pomoc. Jeśli nie odbierze dopiero wtedy interwencja.

A jak nas znów zbluzga? kobieta z szóstego.

To wtedy przynajmniej będziemy wiedzieć, że zachowaliśmy się po ludzku. To jest ważne nie dla niej, dla nas.

Nina prychnęła, ale już nie protestowała.

Jeszcze jedno, zwróciłem się do Wandy. Możemy pomyśleć o gumowych podkładkach albo przesunięciu łóżka od ściany. Chętnie pomogę.

Wanda milczała, potem powiedziała powoli:

Łóżko się nie rusza. Mam samoróbkę podnośnik do ramy przykręcony. Ale podkładki… można. Jeszcze… jakby ktoś czasem mógł posiedzieć godzinę przez dzień, żebym mogła wyjść po leki… to…

Nie powiedziała więcej. Z kuchni ktoś się poruszył.

Ja mogę w środę, oznajmiła nieoczekiwanie kobieta z szóstego, ta od malucha. Pokraśniała na twarzy, może z zakłopotania. Mama jest niedaleko, zostawię jej synka. Przez godzinę dam radę.

Ja też, mruknął pan w dresie. Byle nie w nocy. Ale w dzień pomogę podnieść, jeśli trzeba.

Poczułem, że napięcie nieco maleje, choć wcale nie znika. Tylko zmienia postać.

Nina schowała listę z podpisami.

I co z nią zrobić? spytała.

Spojrzałem na znajome nazwiska, m.in. sąsiada z klatki, który zawsze się uśmiechał w windzie.

Sądzę, że powinna zniknąć z tablicy. A jak kto naprawdę ma sprawę, niech zgłasza indywidualnie, z datą. Nie „zająć się sprawą” zbiorowo.

Czyli pan jest przeciwko porządkowi? Nina z naciskiem.

Jestem za porządkiem odpowiedziałem ale porządek to nie pałka.

Wanda podniosła wzrok.

Zdejmijcie to, powiedziała cicho. Nie chcę za każdym razem schodzić i patrzeć, kto się podpisał przeciwko mnie.

Nina powoli złożyła listę i schowała do teczki. Czy przez szacunek, czy dla spokoju nie wiedziałem.

Po spotkaniu rozchodziliśmy się w milczeniu. Na schodach ktoś próbował rzucić żart, ale natychmiast zgasł. Wyszedłem na moją klatkę, Wanda znalazła się zaraz obok. Zeszliśmy na dół razem.

Niepotrzebnie pan się wtrącił, rzuciła bezpatetycznie.

Być może. Ale nie chciałem, żeby skończyło się na policji i awanturze.

I tak się skończy, odpowiedziała zmęczonym głosem. Jak z nim będzie gorzej.

Chciałem zapytać, jak ma na imię brat, ale zabrakło mi odwagi. Tylko powiedziałem:

Jakby w nocy było bardzo źle i potrzebowała pani kogoś do podniesienia… proszę pukać. Mieszkam obok.

Pokiwała głową, patrząc w bok.

Nazajutrz kartki z „podpisami” już nie było. Za to na grupie pani Nina napisała: „Umówione jak nagły przypadek, pani Wanda daje znać. Nie rozpoczynamy dyskusji w nocy. Pomoc w dzień według rozpiski kto może, proszę o kontakt”.

Słowo „rozpiska” wydawało mi się zbyt urzędowe na naszą klatkę ale po godzinie pojawiło się kilka zgłoszeń: ktoś w poniedziałek, ktoś w piątek. Ktoś milczał.

Pierwszej nocy po spotkaniu hałas i tak był. Obudził mnie łomot, uczucie, jakby serce mi podskoczyło. Było 02:17. Po kilku minutach na grupie lakoniczna wiadomość od Wandy: „Atak. Karetka w drodze”. Bez emotikon, bez prośby.

Leżałem i słuchałem, jak na górze trzaskają drzwi, po schodach biegną kroki. Wyobraziłem sobie Wandę, która dźwiga brata i nie pozwala mu się zadławić. Irytacja nie zniknęła, ale dołączyło się coś innego ciężkie, spokojniejsze uczucie.

Rano w windzie spotkałem Ninę. Wyglądała na przygniecioną.

No i znowu hałasowali.

Karetka była, odpowiedziałem.

Widziałam Ale mimo wszystko Sławek, ja naprawdę nie śpię. Mam chore serce.

Pokiwałem głową. Nie da się odwołać czyjegoś serca.

Może stopery do uszu? zaproponowałem ze wstydem.

Stopery uśmiechnęła się bez złośliwości. Piękne czasy, co?

Po tygodniu poszedłem do Wandy w ciągu dnia, jak obiecałem. Przyniosłem nakładki gumowe na nogi mebli i gruby dywanik, kupione w Castoramie. Otworzyła drzwi natychmiast, jakby czekała.

W mieszkaniu pachniało apteką i kwaśną wonią, jak w szpitalu. W pokoju stało łóżko przysunięte do ściany; na nim leżał mężczyzna, chudy, z zastygłym spojrzeniem. Obok prymitywna konstrukcja z rurek i pasków, przykręcona do ramy łóżka. Zrozumiałem, czemu nie da się go ruszyć.

To na podłogę, żeby mniej drgań. I nakładki na taboret, jakby co.

Taboret wali, jak stawiam miskę z wodą wyjaśniła cicho Wanda. Staram się, ale ręce…

Nie dokończyła, spojrzała na popękane, spęczone dłonie.

Pomogłem jej położyć dywanik, delikatnie, żeby niczego nie przesunąć. Czułem na sobie napięcie jej pleców. Obserwowała, czy nie zerwę paska.

Dziękuję, powiedziała inaczej, niż do tej pory.

Kiwnąłem głową, już chciałem wychodzić, gdy zadzwonił telefon. Wanda posłuchała, spochmurniała.

Nie mogę teraz… Mam chorego brata… Tak, rozumiem.

Odłożyła i spojrzała na mnie.

OPS. Przyznali opiekunkę na dwie godziny tygodniowo; na resztę muszę czekać latami.

Nie umiałem odpowiedzieć. Wiedziałem, że sąsiedzkie „dyżury” są tylko doraźną łatką na wielką dziurę.

Wieczorem ktoś napisał na grupie: „A czemu my mamy pomagać? To jej rodzina, niech sobie sama radzi”. Odpowiedzi było wiele, nie wszystkie przykre; ktoś tłumaczył, ktoś wyliczał, ktoś po prostu stawiał kropkę.

Nie wdawałem się w rozmowy. Zmęczenie narastało nie przez panią Wandę, ale przez to, że każdy odruch dobroci szybko zamienia się we wspólny spór o „sprawiedliwość”.

Po paru dniach pojawiła się nowa kartka na tablicy. Nie „środki”, tylko tabelka: dni tygodnia, godziny, nazwiska. Na dole numer do pani Wandy i dopisek: „W razie nagłego przypadku piszę na grupę. Osoby mogące pomóc przy podniesieniu chorego lub obsłudze karetki proszę o wiadomość”. Wisiała prosto.

Złapałem się na tym, że patrzę na nią z taką samą niechęcią jak na poprzednią, tylko przyczyna była inna bo blok przyznał: za drzwiami jest nieszczęście i wpisaliśmy je w grafik.

Którejś nocy poszedłem jednak na górę. Tym razem huk był szczególny. Usłyszałem, jak Wanda mamrocze pod nosem, z wściekłością, ale nie do ludzi do ciała, które nie słucha. Zapukałem. Otworzyła od razu.

Pomóż, powiedziała krótko.

Wszedłem, ściągnąłem buty przy drzwiach. W pokoju brat leżał na podłodze, ciężko oddychał. Razem z Wandą podnosiliśmy go na łóżko ostrożnie, licząc bicie serca. Ręce miałem jak z waty. Wanda nie podziękowała, nie miała łez. Po prostu poprawiła mu poduszkę, sprawdziła oddech.

Na klatce wyjrzał sąsiad z piętra otworzył drzwi, rozejrzał się, szybko zamknął. Nikt nie zawołał, nikt nie pomógł. Blok jakby wstrzymał oddech.

Rano spotkałem sąsiada z listy, Marka z mieszkania obok. Spuścił wzrok.

Wiesz… wtedy podpisałem, bo już miałem dość. Ale nie wiedziałem. Gdybym…

Rozumiem, uciąłem. Teraz ważne, co dalej.

Marek skinął głową, ale w oczach zostało coś upartego, znane mi z własnych błędów.

Kompromis działał. Trochę. W nocy pojawiały się na grupie krótkie „Karetka” albo „Upadek”. Mało było już złośliwych postów o drugiej w nocy, więcej dyskusji rano, jak już opadną emocje. Ktoś zaglądał do Wandy po południu, inni znów po jednym razie znikali. Nina prowadziła tabelkę, czasem zostawały wolne miejsca.

Zauważyłem, że są mniej rozmów przypadkowych. Ludzie się witają, ale ostrożniej, jakby każde słowo mogło znowu być początkiem kolejnej kłótni. Z klatki zniknęły groźby, ale i łatwość pogawędki. Nawet dyskusje o żarówce przebiegały z nutą: „Oby nie rozpętać burzy”.

Pewnego wieczoru wracałem do domu i zobaczyłem Wandę przy windzie, z torbą leków i małym termosem. Była poszarzała ze zmęczenia.

Jak brat? spytałem.

Żyje. Dziś spokojniej.

Wjechaliśmy razem do góry. Wysiadłem na czwartym, zatrzymałem się jeszcze przy drzwiach.

Jak coś… proszę pukać.

Skinęła głową, a potem niespodziewanie:

Ja wtedy na zebraniu… nie chciałam was wszystkich…

Nie dokończyła, machnęła ręką.

Wiem powiedziałem.

Gdy drzwi windy się zamknęły, zostałem na klatce sam. Otworzyłem swój zamek, ułożyłem buty na wycieraczce. W mieszkaniu była cisza. Syn siedział z słuchawkami na uszach, mama przez telefon cicho się pytała, kiedy przyjadę.

Spojrzałem na ekran, na drzwi, za którymi zaczynały się schody. Pomyślałem o kartkach: jednej z nazwiskami przeciw, drugiej z nazwiskami tych, co gotowi przyjść na godzinę. I o tym, że różnica między nimi jest mniejsza niż dystans pomiędzy sąsiadami przez ścianę.

Na grupie ktoś napisał: „Dziękuję tym, co dziś pomogli. Proszę nie komentować prywatnych spraw. W razie pytań proszę na priv”. Wiadomość szybko zniknęła w zalewie codziennych tematów o śmieciach i windzie.

Wyłączyłem telefon i poszedłem zrobić herbatę. Wiedziałem, że w nocy znów mogę się zerwać ze snu. I że teraz, jeśli się obudzę, nie będę myśleć tylko o swoim śnie. To nie sprawia, że jestem lepszy. Po prostu czyni mnie uczestnikiem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery × trzy =

Podpisy na klatce: sąsiedzki konflikt o nocny hałas, zbiór podpisów i spotkanie mieszkańców bloku; s…