Minęło 6 lat od śmierci jej matki, ale Kalina nie mogła zapomnieć ostatniej kłótni z matką. Leżała w łóżku blada i bez siły. Siniaki pod oczami mamy były już tak znwyczajne, że nie przyciągały zbytniej uwagi. Po chemioterapii straciła większość włosów, reszta została zebrana w kucyk. Drzwi do pokoju mamy były uchylone więc Kalina, jeszcze wchodząc do pokoju, złapała osądzające spojrzenie mamy.
– To jest moja córka, Kalin. – wskazując wzrokiem siostrzenicy, powiedziała matka Kalina.
– Co znowu zrobiłam? Co jest ze mną nie tak, mamo? – Kalina próbowała powstrzymać łzy, ale czuła, jak żal staje jej w gardle.
– Weronika się mną opiekuje. Siedzi ze mną cały dzień i opiekuje się mną. A Ty, Kalina…
– Mamusiu… Mam pracę, dzieci trzeba wozić na działkę, zabrać stamtąd, mam tyle rzeczy do zrobienia. Fizycznie nie nadążam. I co mam zrobić?
Wchodziła na oddział, ale już wiedziała, jakie słowa polecą jej w twarz.
– Wercia bardzo mi pomaga. Znalazłam pielęgniarkę.
– Dobra robota.
Kalina starała się wycisnąć z siebie łagodny ton.
– Tak.! Gdyby nie było jej obok mnie, nie wiedziałabym już, co mam robić.
Kalina po cichu przeniosła pokrojone owoce ze stolika nocnego na stół, próbując stworzyć iluzję pomocy.
W myślach szukała już powodu, aby jak najszybciej się stąd wydostać.
– Jak się teraz czujesz?
– Weroniczka posmarowała mi nogi maścią, teraz mniej bolą.
– Dobra… – odpowiedziała Kalina, próbując jakoś podtrzymać rozmowę z matką.
Następnie matka długo opowiadała Kalinie, jak bolała ją noga i jak w tym momencie pomogła jej Weronika. Wszystkie trzy były świadome tego, jak skończy się ból w nodze, ale Weronika zachęcała środkami ludowymi. Po każdej chemioterapii nadziei było coraz mniej. Kalina cicho wpatrywała się w matkę. Do niedawna wszyscy znali ją jako zdrową, piękną, zadbaną i mądrą kobietę. Mama zawsze była surową osobą. Była bardzo szczera i bezpośrednia. Dla niej istniały tylko dwie opinie: jej i fałszywe. Nikt nawet nie próbował jej udowodnić, że się myliła. Nikt oprócz Kaliny. Zawsze broniła swoich opinii. Dwie kobiety miały za to wystarczająco dużo kłótni. Za swoje błędy i złe decyzje obrywała przy każdej rozmowie. Teraz przed nią leży inna kobieta: słaba, zwiędła.
– Werka to moja krew. Taką chciałabym mieć córkę – podsumowała matka.
– Więc usiądź ze swoją Weronika, nie potrzebuję takiej matki! – krzyknęła Kalina i wybiegła z sali.
A to już szósty rok, kiedy nie ma jej mamy. Stała przy nagrobku i płakała.
– Mamo, masz rację, masz rację po stokroć! Jestem narcystyczną, bezwartościową córką. Żadnej pomocy ode mnie nie miałaś! Ale jestem Twoją córką. Zabrałam Ci wszystko. Twoja krew płynie we mnie. Jesteś uparta, ale moja najdroższa! Mamo, wybaczysz mi?



