Pół roku temu Zofię opuścił mąż, a ja, Maria Nowak, chciałam być jej oparciem w tym trudnym okresie. Ostatnie tygodnie były jednak dziwne Zofia stała się chłodna, prawie się nie odzywała, unikała kontaktu wzrokiem, a milczenie rozwieszało się ciężko między nami jak wilgotna mgła nad poranną Wisłą.
Zaniepokojona, postanowiłam odwiedzić ją w Krakowie, choć droga wydawała się wyjątkowo kręta i pokryta powyginanymi cegłami, które śpiewały pod moimi stopami w rytmie poloneza. Zofia otworzyła mi drzwi z miną, jakby grała w jakieś nieodgadnione szachy z losem. W kuchni coś pyrkało garnek jak stary kataryniarz kręcił parą, a zapach pierogów z kapustą i grzybami wił się po mieszkaniu jak kocur po dachu kamienicy. Powiedziałam: Zosiu, co to za apetyczna woń!, na co ona, bez uśmiechu, wybiegła z powrotem do kuchni, mówiąc, że farsz się przypala i grozi wybuchem, jeśli nie wróci natychmiast.
Zostawiona w salonie pod zegarem z kukułką, odebrałam telefon od mojego męża, Andrzeja, który mruczał przez słuchawkę, że znowu musi zostać w biurze do późna, bo dokumenty, terminy, szef. Ta monotonność stała się już refrenem naszego życia, jak ten kijek do mieszania herbaty pozostawiony zawsze w tym samym kubku.
Zauważyłam też, że Zofia już nie opowiada mi o swoich myślach, snach, nawet gdy dawniej zalewała mnie opowieściami o wszystkim o słońcach na Plantach, przebudzeniach z dziwnych snów, o kocie z sąsiedztwa, co śpi na jej progu.
Wtedy wydarzyło się coś jeszcze bardziej surrealistycznego. Telefon Zofii, leżący na kanapie obok mnie, zawibrował i na ekranie pojawiło się imię Andrzej Kowalski czyli mój własny mąż. Nacisnęłam odbierz wbrew rozsądkowi, a z drugiej strony usłyszałam ciepłe słowa skierowane do Zofii, o tym, jak bardzo za nią tęskni i że zaraz u niej będzie.
Cała scena była jak senny majak, kubek kawy zaparzonej na odwróconą stronę. Zrozumiałam, że moja najlepsza przyjaciółka i mój mąż od pół roku kręcą własny teatrzyk poza moimi drzwiami. Emocje wypełniły mnie po same uszy, aż poczułam się lekka jak pierze z poduszki. Wyszłam, cisza za mną zawisła jak mgła na krakowskich uliczkach.
Z czasem poczułam ulgę już nie musiałam dźwigać leniwego męża, który poza herbatą z cytryną nie robił prawie nic i zawsze pożyczał ode mnie złotówki na tramwaj. Teraz ciekawość kazała mi obserwować, jak długo Zofia wytrzyma z Andrzejem. Wytrzymali równo sześć miesięcy, po czym Zofia wyrzuciła go ze swojego mieszkania na Kazimierzu.
Myślał, że przyjmę go z powrotem z otwartymi ramionami, lecz drzwi mojego mieszkania zamknęły się za nim na dobre jak stara skrzynia ze skarbem. Dzisiaj śnię kolorowe sny i oddycham pełną piersią, wolna od ciężaru tej krzywej, dziwacznej miłości, jakby któraś z rzeźb Mitoraja wyfrunęła z rynku prosto w moje życie.


