Pewnego słonecznego poranka wyruszyliśmy z moją suką na codzienne sprawunki. Silnik naszego malucha warknął życzliwie, a ja, jak zawsze, rzuciłem okiem na moją złotą piękną suczkę na przednim siedzeniu. Lusia, bo tak miała na imię, uwielbiała jeździć samochodem zwykle siedziała cicho, wąchała powietrze przez uchylone okno i od czasu do czasu kładła łeb na moich kolanach. Wzór posłuszeństwa, zero problemów.
No to co, Lusiu, jedziemy załatwić te sprawy? zaśmiałem się, ruszając z miejsca.
Odpowiedziała merdnięciem ogona, ale zamiast odwrócić się do okna, wpatrywała się we mnie tak intensywnie, że aż poczułem lekkie zdziwienie.
Po pięciu minutach jej spojrzenie stało się jeszcze bardziej przenikliwe. Siedziała z lekko przechyloną głową, patrząc mi prosto w oczy, jakby próbowała przekazać jakąś pilną wiadomość.
No co jest, psiu? prychnąłem. Zapomniałem włączyć kierunkowskaz, czy co?
Odpowiedziała głośnym szczeknięciem. Nie tym zwykłym „hau”, ale serią donośnych, niemalże zdeterminowanych odgłosów, jakby prowadziła ze mną ważną dyskusję.
Ciiii, Lusiu westchnąłem, zerka


