Po śmierci męża myślałam, że nie mam nic do stracenia, więc ponownie wyszłam za mąż, ale to był błąd mojego życia…

Jechałam z innego miasta do swojego miasta rodzinnego pociągiem. Kiedy przyjechałyśmy, powitała mnie Małgorzata, moja sąsiadka.

– Cyganka… nie boisz się jej? – spytała, kiedy zobaczyła, że Renata idzie w moim kierunku.

– Gdybyś tylko wiedziała…

Nie byłam zbyt rozmowna po drodze i ostatecznie nie opowiedziałam sąsiadce tej historii, ale wtedy, gdybyby znała całą prawdę, na pewno to pytanie nie padłoby z jej ust.

Wyszłam za mąż dosyć wcześnie, bo w wieku 20 lat. Mój mąż naprawdę mnie kochał, ba, on wręcz nosił mnie na rękach! Na świat przyszły dwie nasze córeczki i wtedy ukochany zdecydował, że wybuduje dla nas dom z osobnymi wejściami, aby w przyszłości nasze córki miały gdzie mieszkać i nie musiały się o to zupełnie martwić. Kiedy dom był gotowy, naprawdę nie mogliśmy posiąść się ze szczęścia, ale wtedy niestety nasza radość została brutalnie przerwana wypadkiem samochodowym, w którym mąż brał udział i niestety zmarł.

Zostałam sama z córkami. Dwa lata później miałam już jednak kolejnego mężczyznę, który mi się nawet oświadczył:

– Z dwójką dzieci będzie ci samej ciężko – mówiła mama – No dobrze, może on i nie jest najpiękniejszy, ale za to Cię kocha, świetnie zarabia i będzie dla Ciebie oparciem. Jak sobie bez tego poradzisz? Myślałam, że nie mam już nic do stracenia, więc poślubiłam go, ale potem okazało się, że to był największy błąd w moim życiu. Mężczyzna tylko chodził po domu narzekając, że nie czuje się pełnoprawnym właścicielem i że chciałby, aby to wszystko zmienić formalnie. Byłam na tyle głupia, że przepisałam tę połowę domu na niego. Od razu wszystko się zmieniło, ale na gorsze i mężczyzna traktował mnie naprawdę jak służącą, moje córeczki nazywał „bachorami” i w ogóle jego zachowanie było okrutne.

Kiedy się rozstaliśmy, to po złości sprzedał swoją połowę domu Cyganom mimo, że powiedziałam, że ja z chęcią ją odkupię, ale on czerpał satysfakcję ze swojej decyzji. Krótko mówiąc, bałam się nowych sąsiadów, nie wypuszczałam córeczek na podwórko mimo, że ich dzieci były chyba w tym samym wieku, co moje. Przez większą część dnia starałam się być w domu, bo bałam się, że może będą chcieli nas okraść.  Nowa sąsiadka to zauważyła i pewnego dnia przyszła do mnie z ciastem.

– Widzę, że się nas boisz. Nie ma czego. Upiekłam ciasto, może napijemy się herbaty albo kawy? Obojętnie, byleby się poznać… W końcu jesteśmy sąsiadkami.

No i tak się stało, że się zaprzyjaźniłyśmy! Kiedy potem pojechałam do pracy do innego miasta na tydzień, Renata opiekowała się moimi dziećmi i domem. Warto było pokonać przesądy!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jedenaście − 6 =

Po śmierci męża myślałam, że nie mam nic do stracenia, więc ponownie wyszłam za mąż, ale to był błąd mojego życia…