Prosiłam, błagałam, a mama była jak ściana: zimna, nieruchoma, przepływające światło na jej twarzy zamieniało się w cienie, a jej ruchy były szybkie i poszarpane, gdy pakowała moje rzeczy do starego, spranego plecaka z wyblakłym logiem Legii Warszawa. Wcisnęła mi garść monet i banknotówkilkadziesiąt złotych, ciężkich od brudu i wilgoci, choć we śnie pieniądze zawsze są dziwnie niewyraźnepo czym z impetem zamknęła przede mną drzwi mieszkania na Ursynowie, które nagle pociemniało i znikło za mną niczym zdmuchnięta za horyzontem świeca.
Zawsze myślałam, że moja rodzina jest zwyczajna: mama, tata, ja, i dziadek Waldek, który pachniał dymem z wędzarni i wspomnieniami z czasów, których już nikt nie pamiętał. Rodzice mieli kiedyś szczęście, a ich mieszkanie pachniało świeżą bazylią, aż do dnia, w którym mama zaczęła znikaćnajpierw duchem, potem ciałemz przestrzeni, którą kiedyś wypełniała głosem, a tata nagle pojawił się z nową kobietą, młodszą, o gładkiej skórze i oczach śmiejących się do pustych kubków po kawie.
Kochanka ojca niedługo potem zaszła w ciążę, a rzeczywistość zaczęła przepływać między palcami jak woda w kranie na dworcu Wileńskim. Matka nie wybaczyła i nie próbowała nawet udawać, że mogłaby, a potem ojciec wypadł z naszego życia, jakby ktoś ścisnął przycisk reset.
Oboje zaczęli żyć osobno, przestawiając meble w nowo-pustych pokojach. Ich światy nie miały już miejsca dla mnieani miejsca, ani powietrza, ani zupy pomidorowej, którą jedliśmy w sobotnie popołudnia.
Gdy kończyłam ósmą klasę w Szkole Podstawowej nr 333, mama przyprowadziła do mieszkania jakiegoś młodego chłopaka z artystycznym sznytem, który chciał malować Warszawę w deszczu, a ja, gnana przez kosmate sny, sprzeciwiłam się i poszłam złą drogą: zaczęłam pić piwo pod Żabką, obcięłam włosy na jeża i pomalowałam je na truskawkowy róż, którego barwa we śnie płynnie przechodziła w kolory cieni na ścianach.
Matka patrzyła wtedy na mnie jak na obcy przedmiot, a potem znów na ścianę. Nic nie mówiła, pozwalając mi staczać się jak kulka łożyskowa po pustej podłodze. Po pierwszym roku w liceum, po kolejnej awanturze, spakowała mi rzeczy jeszcze szybciej niż poprzednio i wyrzuciła mnie na mróz podwórka.
Warknęła tylko: Pola, jesteś już dorosła. Ja też mam prawo do szczęścia, zupełnie jak twój ojciec. Spakuj się i idź do tatusia!
Nogi zaplątały mi się w senne kocie łby chodnika. Błagałam ją, łzy ciągnęły się jak krople deszczu na szybie, ale matka była nieugięta, a ja wkrótce znalazłam się pod drzwiami ojca na Pradze. Tam usłyszałam chłodny głos: To mieszkanie jest teraz Krystyny. Ona nie chce widzieć cię u nas. Musisz wrócić do matki, dogadajcie się. Zaraz potem drzwi trzasnęły mi przed nosem niczym klapka woldemortowego kufra.
Nie wiedziałam, co robić. Kupiłam więc bilet za te rozmazane złotówki, wsadziłam się w rozkołysany wagon i noc przemieszała się z poranną mgłą nad jakimś dziwnym północnym miasteczkiem, którego nazwy nie umiem sobie przypomniećmoże Malbork, może Chełmża, może Białogard. Skończyłam tam technikum gastronomiczne, a potem zaczęłam pracować w kuchni baru mlecznego, gdzie żurek parował dziwnie fioletowo i wszystko smakowało bardzo sennie.
Tam poznałam Bartka, który tulił mnie jakby chciał schować przed całą resztą rzeczywistości. Zakochałam się. Wyszłam za niego, a potem wręczył mi klucze do własnego mieszkania, które otwierały drzwi do dwóch pokoi z widokiem na betonowe podwórko i przystanek autobusowy.
Bartek, który wychował się w sierocińcu w Radomiu, któremu czasami oczy płonęły tęsknotą za matką, mówił mi nieraz: Pola, pogódź się z rodzicami. Ja nie mam nikogo. Ty masz ich jeszcze, choć żyją jak cienie, przynajmniej są. Ale w moim śnie droga do rodziców zawsze ginęła we mgle i zapadniętych torach kolejowych.
Odkładałam pojednanie wciąż i wciąż, aż któregoś wieczoru Bartek wziął mnie za dłoń i powiedział: W twoim sercu jest dom, ale sama wybrałaś drogę sieroty. Spróbuj wyjść z tego snu i ich odnaleźć. Ludzie popełniają błędy, nikt nie jest ze skały.
Razem pojechaliśmy do Warszawy. Zadzwoniliśmy do starych drzwi. Otworzyli mi dwaj starzejący się ludzie, których oczy były pełne lęku i czułości. Mama, obdarta z dawnych arogancji, upadła przede mną na kolana, szlochając w moim śnie głucho i bezgłośnie, jakby płakała mlekiem. Zrozumiałam wtedy, że dawno już im wybaczyłamtylko sobie tego nie mówiłam.
Weszliśmy do środka. Przedstawiłam Bartka ojcu i matce, a potem powiedziałam, że jestem w ciąży. Rodzice wyznali, że zaczęli znowu rozmawiać, poszukiwać mnie razem. Moja ucieczka skleiła ich ze sobą; nagle znowu byli rodziną.
Krystynata druga żona ojca we śnie zamazuje się w pastelegdy zobaczyła, że ojciec tęskni za mamą, pozwoliła mu odejść i wkrótce wyszła za mężczyznę, z którym zdradzała mojego ojca. Tata długo myślał, że to jego dziecko, dlatego odszedł, ale okazało się, po sennej serii testów, że nie był ojcem tego dziecka.
Teraz moi rodzice są szczęśliwi, ja również. Wszystko wróciło do tego, co śniłam jako nastolatka: tata i mama znowu pod jednym dachem, a ja, Pola Zielińska, wreszcie mogę otwierać drzwi do domu, który śni mi się ciepły jak świeże bułki w niedzielny poranek.



