Całkiem przypadkiem chciałam być szczęśliwa
Katarzyna odrzuciła kołdrę, przewróciła poduszkę na chłodniejszą stronę i znów się położyła. Było trochę lepiej, ale sen nie przychodził. Za oknem szumiały opony nielicznych samochodów. I myśli. One przeszkadzały najbardziej. *”Dokąd tak pędzi ten spóźniony kierowca? Do domu? A może ucieka przed kimś w noc? Kto czeka na tego wiecznego tułacza?… Przeklęty upał…”*
Kasia westchnęła i wstała. Znała mieszkanie jak własną kieszeń, więc nie zapalała światła. W kuchni podeszła do okna. W bloku naprzeciwko świeciły się dwa okna. *”Ktoś tam czeka na swojego wędrowca, czy może opłakuje jego odejście?”*
Młode liście na drzewach zasłaniały widok. Kasia włączyła nocną lampkę, nalała wody z dzbanka do szklanki. Zgasła światło i znów spojrzała na tamten blok. Jedno okno zgasło. Piła małymi łykami, czując, jak chłód wody powoli schładza jej ciało. Bosa stopa przyjemnie chłodziła się na linoleum.
Postawiła pustą szklankę na parapecie i wróciła do sypialni. Ale nie położyła się na zmiętą, wilgotną pościel. Poszła do drugiego pokoju i legła na twardej kanapie, wtulając głowę w małą poduszkę wypchaną Bóg wie czym.
I nagle zaczęła zapadać w sen…
***
— Gorzko! Gorzko! — krzyczeli goście, trzymając w dłoniach kieliszki z szampanem.
Marek wstał i pociągnął Kasię za rękę. W ślubnych butach na obcasie była prawie jego wzrostu, mogła patrzeć mu prosto w oczy, a nie jak zwykle — z dołu. Marek patrzył z zachwytem, miłością i nieukrywanym pożądaniem. A Kasia pochyliła się lekko, tak by welon zasłonił jej profil przed gośćmi.
— Raz, dwa, trzy… — liczyli weselnicy.
Mama uczyła Kasię, że w rodzinie wszystko zależy od kobiety, że musi dbać o dom i być podporą dla męża. I Kasia heroicznie zabrała się za budowanie rodzinnego szczęścia.
Z początku wszystko robili z Markiem razem: chodzili na zakupy, nawet kolację gotowali wspólnie, śmiejąc się i całując. Aż raz zapomnieli o ziemniakach na patelni przez te całusy i ledwo nie spalili obiadu. Kochali się. Wydawało się, że tak już będzie zawsze — młodzi, szczęśliwi, na wieczność.
Po dwóch latach Kasia urodziła córeczkę — Zosię. Na początku pomagała mama.
— Jestem zmęczona… — skarżyła się Kasia na Marka, że w ogóle jej nie pomaga.
— Mąż pracuje, męczy się. Tak już jest — kobieta musi dbać o dom i dziecko — mówiła mama. — Możesz się zdrzemnąć w ciągu dnia z Zosią. A jeśli on się nie wyśpi, to jak będzie pracował?
Kasia przyzwyczaiła się spać urywkami, nawet drzemać na ławce podczas spaceru z wózkiem. Gdy Zosia skończyła dwa latka, Kasia oddała ją do żłobka i wróciła do pracy.
— Za pięć lat pójdę na emeryturę, zabierzemy Zosię do siebie, a wy możecie pomyśleć o drugim dziecku — marzyła mama.
Ale wracając do zawodu, Kasia nie chciała nawet myśleć o kolejnym dziecku. Marek też nie nalegał. I tak już więcej nie urodziła.
— Dlaczego mężczyźni zdradzają? Bo widzą kochanki zawsze zadbane i wystrojone, a żony chodzą po domu w wytartym szlafroku i z niemytymi włosami — uczyła mama.
Więc Kasia starała się, by mąż widział ją zawsze uczesaną i z makijażem. Wstawała wcześniej, by zdążyć się przygotować przed jego pobudką.
Ale to nie uratowało ich małżeństwa. Córka dorosła, wyleciała z gniazda, i Kasia z zaskoczeniem zauważyła, że Marek coraz częściej wybiera dżinsy i bluzy zamiast garnituru. Zaczął biegać rano, choć i tak był wysportowany.
— Tak teraz jest modne — mówił. — Trzeba iść z duchem czasu.
Gdy zauważyła ślad szminki na jego koszuli, zapytała wprost o kochankę. Zaskoczony Marek wybełkotał coś niewyraźnie, w końcu się przyznał i poprosił, by go puściła.
— Czy ja cię trzymam? Idź sobie. Tylko wiedz — nie przyjmę cię z powrotem.
Sama spakowała mu rzeczy, nie uroniła łzy. Marek powoli ubierał się w przedpokoju, udając, że sprawdza, czy wszystko zabrał, a tak naprawdę zerkał na nią, czekając, że rzuci mu się na szyję, będzie błagać, by został.
Kasia stała w drzwiach ze skrzyżowanymi ramionami. *”Nie doczekasz się”* — mówiła jej cała postawa.
Mąż wyszedł, a ona wróciła do pokoju, rzuciła się na kanapę, wtuliła twarz w twardą poduszkę i zawyła jak raniona wilczyca. Straciła sens życia. Płakała całą noc. A rano postanowiła połknąć garść tabletek. Nawet wyjęła blister. Ale na koniec zadzwoniła do przyjaciółki, by się pożegnać.
Ta wyczuła, że coś jest nie tak, i przyjechała.
— Nawet nie myśl o głupotach. Wyobraź sobie, jaki będzie z niego bohater, jak umrzesz przez niego. Wszyscy pomyślą, że jest tyle wart, że kobiety za nim szaleją. Nie rób mu takiej przysługi.
I Kasia nie wzięła tabletek. Powoli zaczęła dochodzić do siebie, uczyć się żyć samotnie. Ku swojemu zaskoczeniu odkryła uroki bycia samej. Można spać do woli, chodzić po mieszkaniu jak się chce, nie malować się w weekendy, nie gotować obiadów. Schudła, wyglądała młodziej. Zaoszczędzone na jedzeniu pieniądze wydawała na nowe ciuchy. Zakupy — najlepsze lekarstwo na kobiece smutki.
A potem Zosia urodziła wnuka i dała Kasi nowy cel. Pokochała bycie babcią. Śpiewała mu kołysanki, czytała bajki, lepiła z nim babki w piaskownicy.
Bardzo chciała, by Marek przypadkiem ją zobaczył, zrozumiał, co stracił. Próbowała wyobrazić go sobie z młodą żoną. Czy gotuje mu rano owsiankę, czy tylko kanapki? A może on teraz nosi jej kawę do łóżka? I wyobraźnia podsuwała jej obrazy: mąż w kwiecistym fartuchu przy kuchni, po pracy biegnący do sklepu…
Robiło się jej nie do zniesienia. Wychodziło na to, że on też jest szczęśliwy w nowym życiu — bez niej.
Pewnego dnia bawiła się z wnukiem w piaskownicy, gdy przI gdy tak patrzyła, jak mały Tomek z zapałem buduje zamek z piasku, zrozumiała, że prawdziwe szczęście nie polega na tym, by ktoś je nam dał, ale by umieć je znaleźć tam, gdzie jest.



