*Dzisiaj, 15 października*
Jesień właśnie rozsypała swoje złote liście na podwórku. Pogoda była piękna, oddychało się lekko i swobodnie.
Latami emeryci z naszego bloku spędzali każdy dzień w pobliskim parku. Znaleźli sobie cichy zakątek z trzema ławkami i spotykali się tam przez całe lato, gdy tylko upał nieco odpuszczał. A gdy przyszły chłody, przenieśli się pod blok. Tak też i dziś – gromadka siwych panów gawędziła przy szachownicy.
– Dzieci wychowane, a ona ledwie na emeryturę – uciekła. Wyobrażasz sobie? – jęczał Stanisław w swoim kapeluszu, przesuwając wieżę po planszy.
– Może to nie jej wina, tylko twoja? – zaśmiał się Kazimierz, jego przeciwnik. – Od dobrego męża kobiety nie uciekają.
Kazimierz sam przeżył podobne lata temu i wiedział, gdzie szukać przyczyny. Stanisław podniósł na niego oczy, tak samo szare jak jego włosy, i uśmiechnął się.
– Szach i mat, Kaziu. A co do żony… zrobiła to na złość! Wie, że bez niej sobie nie poradzę, więc postanowiła dać mi nauczkę. Nawet powiedziała, odchodząc:
– Stasiek, mam dość ciągłego obsługiwania cię! Sam nic nie umiesz, więc idę – może wtedy zrozumiesz, jak to jest.
Nawet nie powiedziała, dokąd…
– I jak teraz, Stasiu? – spytał Kazimierz, wspominając własne uczucia.
– Źle… Albo raczej smutno. Myślałem, że pierwszy dzień wolności świętować będę z flaszką. Kupiłem nawet wódeczkę… Wstawiłem do lodówki, ale nie mogłem się zmusić, by otworzyć.
Nikt nie krzyczy, że nie wolno. Żadnego hałasu. I nagle… ochota zniknęła. Taka pustka przyszła…
Kazimierz się zaśmiał. Rozumiał. Przeżył to samo. Dokładnie tak, jak Stanisław opisał.
Stanisław zamyślił się, wpatrując w szachownicę. Mężczyźni wokół obserwowali grę – jedni z zaciekawieniem, inni ze współczuciem. Nikt w ich wieku nie chciałby zostać sam. Choć w małżeństwie bywało różnie, druga połówka to jednak dopełnienie życia.
– Zadzwoń do niej, powiedz, że zrozumiałeś, że żałujesz – zaproponował młodszy od innych Tadeusz.
Stanisław machnął ręką:
– Kto ją tam zrozumie, czego chce?
– Pamiętam, jak w dzieciństwie pasłem kozy na łące – odezwał się nagle sąsiad z piątego piętra, Jan. – Jeśli któraś uciekła, zawsze wabiłem ją marchewką. Może i ty swoją zwabisz? Reszta sama się ułoży…
– Czym mam zwabić? – zaśmiał się Stanisław. – Przecież ma wszystko, muszę nie przegapić…
– Może ja zadzwonię, powiem, że już pięć razy pukałem, a nikt nie otwiera? – zaproponował sąsiad z klatki, Wojtek.
– O! Genialne! – Stanisław aż podskoczył. – Wróci w lot, przestraszy się, że coś się stało. A ja już będę gotowy – kwiaty, tort!
I tak się rozstali…
…Następnego dnia, zgodnie z planem, Wojtek zadzwonił do żony Stanisława, Haliny, i oznajmił, że od dawna nie widzi Stacha, a drzwi do mieszkania pozostają zamknięte. Może coś się stało? Lepiej niech wraca.
Stanisław tymczasem nie tracił czasu. Od rana biegał po sklepach – kupił wędliny, słodyczy, potem wpadł do kwiaciarni po trzy goździki i wracał do domu.
– Uff, ale się zmachałem! – pomyślał.
Uznał jednak, że w dresach przepraszanie byłoby nietaktem. Przebrał się w szary garnitur, który żona kupiła mu na pogrzeb ciotki, i nakrył w kuchni stół. Wszystko gotowe – szampan i tort w lodówce, czajnik wrzał. Czekał.
W garniturze było gorąco. Ale nie mógł go zdjąć – musi się pokazać Halszce w pełnej glorii!
Biegał do okna. Nie wraca!
W końcu postanowił wyjść jej z kwiatami na spotkanie. Wziął goździki – jeden, na złość, złamał się. Dla otuchy nalał kieliszek wódki, przełknął.
Tak przesiedział godzinę z kwiatami w rękach, aż sen począł go morzyć. Położył się ostrożnie na kanapie, by nie zmiąć garnituru. Kwiaty ścisnął na piersi – by nie szukać potem w panice…
…Halina wróciła późnym popołudniem. Z Poznania, od siostry – pięć godzin pociągiem, potem taksówka.
Przed blokiem spojrzała – w ich oknach ciemno! Serce zabiło mocniej. Wpadła do klatki, otworzyła drzwi… Cisza.
– Boże, niech tylko nic mu się nie stało…
Włączyła światło w przedpokoju, weszła do salonu.
I osunęła się na kolana – na kanapie leżał Stanisław. W garniturze. Z dwoma zwiędłymi goździkami w dłoniach…
Przez chwilę siedziała w milczeniu, aż łzy same popłynęły.
– Halszka! Wróciłaś! – Stanisław otworzył oczy i podał jej kwiaty.
– Żyjesz?! – wrzasnęła Halina. – Opój jeden! Wiedziałam, że nawet tygodnia nie można zostawić takiego jak ty!
Klęła, a on tylko się uśmiechał.
– Jak dobrze, jak przytulnie… – myślał. – Wróciła moja uciekinierka. Zwabiłem ją, jak tę kozę…
– Śmieje się! – nie ustępowała Halina. – Ja ci pokażę!
– Ale ja cię kocham, Halszko. Tak bardzo, że już nie puszczę – odparł spokojnie.
Żona umilkła.
– W tym tygodniu zrozumiałem… Nie zostawiaj mnie. Zrobię wszystko, co zechcesz…
– I nie będziesz pił?
– Nie piłem, jak cię nie było. Tylko teraz łyk dla odwagi.
– No dobrze… – Halina weszła do kuchni, zapaliła światło.
– O rany… – jęknęła.
– Dobra marchewka – pomyślał Stanisław. – Teraz tylko codziennie czymś ją zaskakiwać… i moja Halszka już nie ucieknie.
*Dziś nauczyłem się, że czasem trzeba stracić, by docenić, co się ma. A stare kozy lubią marchewkę…*



