Dziś rano, musiałam pojechać do pracy autobusem, ponieważ mój samochód odmówił posłuszeństwa. Dawno nie korzystałam z usług komunikacji miejskiej i zapomniałam jakich ludzi można tu spotkać. Wsiadłam do zatłoczonego autobusu, a przede mną było pięć przystanków. Ludzie w autobusie byli w stłoczeni, sardynki w puszce.
Jeden przystanek przed moim docelowym miejscem wysiadki, postanowiłam przecisnąć się przez tłum i podejść do wyjścia, aby na pewno zdążyć wysiąść. W momencie kiedy stanęłam przy drzwiach usłyszałam za mną głos pijanego mężczyzny:
– Hej laluniu, chyba nie jesteś sama w tym autobusie, gdzie się tak pchasz?
Początkowo nie zorientowałam się, że mężczyzna mówi do mnie, dopiero jak szturchnął mnie w plecy brudnym palcem, pojęłam, że słowa były skierowane w moim kierunku.
– Czego ode mnie chcesz? Spieszę się do pracy w przeciwieństwie do ciebie! – Odburknęłam, mierząc mężczyznę z góry na dół. Był brudny, w poszarpanym ubraniu i na odległość było czuć, że nie mył się od wielu dni.
Mężczyzna bełkotał w moją stronę różne obraźliwe epitety. Starałam się nie zwracać uwagi na pijaka, ale zaczął mnie obrażać niecenzuralnymi słowami.
– Człowieku, zajmij się sobą i weź się w garść. Spójrz na siebie jak wyglądasz! Brudny, pijany i śmierdzący. Zanim zwrócisz uwagę na kogoś innego, popatrz najpierw na siebie.
Ojciec zawsze mi powtarzał, żebym nie wydawała się w dyskusję z obcymi, jednak jak mogłam milczeć, skoro obrażał mnie pijany włóczęga? Najgorsze jest to, że musiałam bronić się zupełnie sama, bo nikt z pasażerów, nie odważył się odezwać, mimo że wokół było wielu mężczyzn. Słowa znanej piosenki mówią „gdzie ci mężczyźni?”, dziś przekonałam się, że ich nie ma.



