Pies był już niemal obojętny na wszystko, zamierzał opuścić ten okrutny świat…

Psu było już prawie wszystko jedno szykował się opuścić ten nieco okrutny świat…
Jadwiga od lat mieszkała w małym domku na samym końcu wsi pod Łowiczem. Kiedy ktoś wspominał, że jest samotna, bawiło ją to niezmiernie. Samotna, ja? odpowiadała z szerokim uśmiechem. Dajcie spokój, mam przecież całą rodzinę!
Wiejskie kobiety kiwały głowami ze współczuciem, choć w oczach pojawiały im się wesołe błyski. Gdy tylko Jadwiga się oddaliła, wymieniały porozumiewawcze spojrzenia i kręciły palcem przy skroni: rodzina? Bez męża, bez dzieci, tylko zwierzęta… Ale właśnie te futrzaste i pierzaste istoty były dla Jadwigi najbliższymi. Czuła się doskonale z tym, że sąsiadki uważały, iż krowę trzyma się dla mleka, koguta dla jajek, kota dla myszy, a psa do pilnowania. U Jadwigi w domu mieszkało pięć kotów i cztery psy, i żadne z nich nie spało w stodole, ku poważnemu zdziwieniu sąsiadek.
Swoje zaskoczenie omawiały jednak tylko między sobą. Z Jadwigą nie zamierzały wchodzić w żadne dyskusje, bo i tak nie miało to sensu. Na każde słowo krytyki odpowiadała śmiechem: A dajcie wy mi święty spokój! Wystarczy zwierzakom tych dworów, teraz mają ciepły dom.
Pięć lat temu cały dotychczasowy świat Jadwigi legł w gruzach tego dnia straciła i męża, i syna. Wracali z grzybobrania, kiedy na trasie pod Skierniewicami zajechała im drogę wielka ciężarówka… Długo nie mogła się pozbierać po tragedii, jednak pewnego dnia zrozumiała: życie w bloku, gdzie wszystko przypominało o rodzinie, to droga przez mękę. Chodzenie po tych samych korytarzach, witać tych samych sąsiadów, słuchać współczujących szeptów było nie do zniesienia.
Po pół roku sprzedała swoje mieszkanie w Łowiczu, zabrała kotkę Fruzię i wyjechała na wieś. Kupiła domek z ogródkiem na krańcu wsi. Latem grzebała się w warzywniku, zimą pracowała na kuchni w barze mlecznym w pobliskiej Rawie Mazowieckiej. Stopniowo przybywało jej nowych lokatorów: ktoś łasił się przy dworcu PKP w Łowiczu, ktoś pałętał się przy stołówce w poszukiwaniu kanapki. I tak wokół niej zebrała się ta jej rodzina banda wiecznie wygłodniałych, ale już pełnych radości futrzaków. Jadwiga leczyła ich podrapane serduszka, a one odpłacały się jej lojalnością i czułością.
Wiedziała, że nie może ratować wszystkich i nieraz sama sobie ślubowała: Żadnego więcej! Ale życie swoje, a losy świata swoje. Marzec postanowił udawać luty zawierucha, śnieg i lodowate noce.
Tamtego popołudnia Jadwiga spieszyła się na ostatni autobus do domu. Przed nią dwa wolne dni, więc po pracy wpadła do Biedronki, nakupiła kiełbas dla zwierzaków i trochę pierników na osłodę dla siebie, a plecak z żelaznym zapasem kaszy lenił się na plecach. Ręce ledwo wytrzymywały ciężar torebek, więc nie patrzyła na boki marzyła tylko o własnej kanapie. Jednak serce, jak to u Polaków bywa, miało oko bystrzejsze niż wzrok: na kilka metrów przed przystankiem Jadwiga zatrzymała się gwałtownie i obejrzała.
Pod ławką skulił się kundelek. Patrzył wprost na nią, lecz w tym spojrzeniu nie było już życia, tylko szklane zamyślenie. Zasypał go śnieg leżał tu chyba od wielu godzin. Ludzie mijali go, naciągając czapki głębiej jakby go w ogóle nie było. Czy nikt go nie zauważył? pomyślała.
W tej chwili Jadwiga poczuła, jakby ją ktoś szturchnął w środek duszy. Zapomniała i o autobusie, i o swoich chóralnych przyrzeczeniach. Pognała, zrzuciła torby i uklękła przy ławce. Pies mrugnął powoli. Żyje! odetchnęła z ulgą. No, kochana, rusz się jeszcze…
Pies nie miał siły, jednak nie protestował, gdy Jadwiga delikatnie wyciągała go z ukrycia. Tak jakby powiedział: Rób ze mną, co chcesz już wszystko mi jedno.
Nie pamięta potem, jak udało się jej podźwigać naraz dwie siaty i psa na rękach do hali dworca PKS. Usiadła z tyłu i zaczęła rozmasowywać wychudzone łapy tego biedaka, aż w końcu zrobiło mu się lepiej.
No, przyjaciółko, dochodź do siebie. Jeszcze kawałek drogi przed nami. Będziesz piątym psem dla dopełnienia szczęścia.
Wyciągnęła z siatki schabowego i podała zmarzniętej tymczasowej lokatorce. Ta najpierw obojętnie odwróciła głowę, ale po kilku minutach, gdy się trochę ogrzała, zaryzykowała powąchała, polizała, wreszcie zjadła.
Godzinę później stały już razem na przystanku pod Rawą, machając ręką na każdy samochód, bo autobus dawno uciekł. Ze szalika Jadwiga zrobiła smycz i prowizoryczną obrożę. Pies szedł karnie przy nodze, jakby zawsze chodził na spacery po wielkim mieście. Po dziesięciu minutach zatrzymała się biała skoda.
Ogromnie dziękuję! powiedziała Jadwiga. Psa wezmę na kolana, nic nie pobrudzi. Proszę bardzo! odpowiedział kierowca. Niech siedzi, gdzie chce, w końcu duża pani ma rodzina.
Ale piesek, którego nazwała Misia, zwinął się w kulkę i gniotła się na kolanach Jadwigi, drżąc lekko. Przynajmniej trochę nam cieplej uśmiechnęła się kobieta.
Kierowca podkręcił ogrzewanie i jechali w milczeniu: kobieta przytulała nową podopieczną, patrząc z zadumą na płatki śniegu w blasku reflektorów, a kierowca rzucał ukradkowe spojrzenia domyślał się, że wracają razem pierwszy raz.
Pod samym domem pomógł jej z torbami. Zaspę pod furtką musiał przepchnąć barkiem zawiasy chrupnęły, furtka przekrzywiła się niebezpiecznie. Nic się nie stało machnęła ręką Jadwiga. Już od miesięcy się o naprawę prosiła.
Z domku już dochodziło szczekanie i miauczenie cała jej futrzasta rodzina przybiegła powitać kompanię. Czekałyście na mnie? Poznajcie nową domowniczkę! przedstawiła Misie, która nieśmiało czaiła się za jej butami.
Psy machały ogonami, koty węszyły przy torbach z zakupami. Dajmy spokój temu mrozowi! Proszę, wejdź pan do domu, nie przestraszy się pan takiego zwierzyńca? Może herbaty? Dziękuję, już późno, a one przecież głodne odpowiedział gość, wykazując się zrozumieniem.
Nazajutrz, jeszcze przed południem, usłyszała hałas pod furtką. Narzuciła kurtkę i wyszła a tam wczorajszy kierowca, już mocuje nowiutkie zawiasy, rozłożone narzędzia leżą obok. Dzień dobry! uśmiechnął się. Musiałem to naprawić, sam rozwaliłem… Nazywam się Stanisław, a pani? Jadwiga…
Jej skrzydlasta i futrzasta banda już otoczyła gościa. Stanisław przykucnął, by pogłaskać psa, którego jeszcze wczoraj nie znał. Pani Jadwigo, niech pani nie marznie, ja zaraz skończę, chętnie napiję się herbaty później. A propos, w samochodzie mam ciasto i coś smacznego dla was wszystkich…
Czy los bywa złośliwy? No bywa, jak to polski los, ale czasem podsypie też ciepłego serca i dobrej kawy.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

szesnaście − 6 =

Pies był już niemal obojętny na wszystko, zamierzał opuścić ten okrutny świat…