Pewnego dnia zadzwoniła do mnie daleka ciotka z propozycją, z której nie było łatwej ucieczki: zaprosiła mnie na ślub swojej córki mojej dalekiej kuzynki, którą ostatni raz widziałam, jak miała sześć lat. Tak, to był jej szósty rok życia, nie mój.
Nie jestem specjalnie przywiązana do rodziny, więc naturalnie próbowałam się wymigać, ale nie dało się.
Raz na dwadzieścia lat możemy się spotkać, tylko spróbuj nie przyjść, zobaczymy co się stanie zirytowała się ciotka.
Zaproszenie z gołąbkami i różami podpisane przez Martę i Arkadiusza oficjalnie pojawiło się w mojej skrzynce, a później jeszcze przypomnienie na dwa dni przed weselem nie miałam wyjścia. No trudno. Sobota stracona, ale cóż poradzić?
Z bukietem w ręku, kiepskim humorem i planem wymknięcia się po godzince bez pożegnania docieram do restauracji. Wchodzę do sali weselnej, sadzają mnie przy stole z wesołymi znajomymi pana młodego. Po kilkunastu kieliszkach wódki zaczynają się zachwycać, jaką to niezwykłą ciocię ma panna młoda, wcale nie wygląda na ciocię, i w ogóle no to czas się bliżej zapoznać i rozkręcić towarzystwo. Więc to robimy.
Panny młodej oczywiście nie rozpoznałam. Z dawnej ciemnowłosej myszki przeobraziła się w blond bombę z niemałym dekoltem. W sumie bardziej podobała mi się jako myszka.
Generalnie atmosfera była taka sobie: masa poważnych cioć i ponurych wujków, pan młody z miną jowialnego hrabiego przed ścięciem głowy, panna młoda absolutnie zachwycona własną urodą i biustem, a gdyby nie nasza wesoła grupa, naprawdę można by pomyśleć, że to stypa, nie wesele. Cioćki patrzyły na nas wyraźnie z niesmakiem.
Pierwszą serię toastów przegapiłam, ale nadszedł czas na drugą. I padło na mnie. Wodzirej, ustalając kim jestem, z entuzjazmem ogłosił:
A teraz młodą i piękną ciocię panny młodej poprosimy o gratulacje dla młodych!
Z uczuciem wygłosiłam więc:
Kochani Marta i Arkadiusz!
Sala momentalnie zamilkła jak makiem zasiał. I nagle dociera do mnie, że tej mojej cioci nigdzie nie widzę, co jest dziwne, bo przecież nie poznałamby jej przez ten czas?
Pannę młodą nazywają Kinga, a pana młodego Robert wysyczała pani w różowym naprzeciwko.
Ale jak to Kinga? Jaki Robert?
Chodzą po cudzych weselach, opychają się i popijają za darmo dodała ciotka. U nas na pożegnanie do wojska też taki jeden przylazł, ledwośmy wyprosili. Ani wstydu, ani sumienia, rany boskie!
W tym momencie zrozumiałam, że dopiero teraz się zacznie prawdziwa zabawa. Goście jakby się zwarli, spojrzenia ostrzały, ledwo ktoś nie podwinął rękawów.
Ale proszę państwa, mam zaproszenie! wrzasnęłam, naprawdę wrzasnęłam, machając zaproszeniem. Tu jest czarno na białym: Marta i Arkadiusz, taka a taka restauracja, sala bankietowa.
I wtedy pojawił się kelner mój zbawca.
Proszę pani, mamy jeszcze drugą salę bankietową na piętrze, może pani tam?
No jakżeby nie dorzuciła ciotka w różowym. Tu się nażarła, tam dołoży, typowo. Nawet ziemia takich nie chce, awanturniczka!
Bezczelność, Halina, to w naszym kraju drugie imię szczęścia wtrąciła jeszcze bardziej upierdliwa ciocia w seledynowym.
Zaznaczę, że wyglądam raczej przeciętnie, a nie jak drobna naciągaczka czy łowczyni mężów. No, choć z boku wszystko inaczej wygląda. Grupa kolegów pana młodego próbowała stanąć w mojej obronie, ale dostało im się od ciotki w liliowym:
O proszę, już do facetów się przykleja!
Dama w różowym dołożyła:
Nasz główna księgowa w ten sposób męża straciła. Tylko się odwrócisz buty spadają ze stóp, taka z niej zdzirka!
Żadnego męża nikomu nie odbiłam, ale w tej chwili poczułam się jak rasowa rozbijaczka związków. Nawet spojrzałam na paru mężów a co, skoro już mnie oskarżają, może się do czegoś przydam, najwyżej będę miała kilka zarzutów na sumieniu.
Na szczęście miły kelner pobiegł na drugą salę i przyprowadził moją ciotkę, która w lot załapała sytuację i ze słusznym przekąsem oświadczyła, że zna tę panią, czyli mnie, od zawsze. Przy okazji posłała wszystkim dziwne porozumiewawcze mrugnięcie, jakby tłumaczyła, że byłam lekko stuknięta od zawsze.
W rezultacie zostałam ewakuowana do właściwego bankietu, gdzie rzeczywiście czekała śniada piękność Marta i jakiś tam Arkadiusz, a ja przez długi czas byłam pojona różnego rodzaju mocniejszymi napitkami.
Dobrze, że nie zdążyłam wręczyć prezentu tym pierwszym.
A z pierwszego wesela żegnali mnie właśnie koledzy tamtego pana młodegoSiedziałam przy właściwym stole, a moje przygody natychmiast stały się głównym tematem weselnych rozmów. Ktoś poprosił mnie o powtórzenie całej historii, jakbym była gwiazdą wieczoru, a co odważniejsi toastowali na moją cześć. Nawet Marta szepnęła mi do ucha, że gdyby nie moja komedia pomyłek, cała ta uroczystość pewnie przeszłaby gładko i nudno.
Pod koniec wieczoru sama siebie przyłapałam na szczerym śmiechu i myśli, że takiego wesela nie da się zapomnieć. Kiedy wychodziłam, ciotka mrugnęła do mnie znów tym razem jednak mrugnięcie było już tylko ciepłe.
I tylko raz jeszcze, patrząc w lustro w łazience restauracji, uśmiechnęłam się do swojego odbicia. Może rodzina to nie zawsze wybór, może czasem zaskakuje cię nieprzyjemnie i wystawia na próbę, ale jedno jest pewne: jeszcze długo po tym weselu, na każde zaproszenie będę odpowiadać z pewną dozą nieufności… Ale już nigdy nie dam sobie wmówić, że nie warto przychodzić. Bo jeśli życie to bal, to czasem trzeba się pojawić przynajmniej na właściwej sali.


