Pewnego dnia zadzwoniła do mnie daleka ciotka i zaprosiła na ślub swojej córki – mojej dalekiej kuzy…

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie daleka ciotka i zaprosiła na wesele swojej córki mojej ciotecznej siostrzenicy, którą ostatni raz widziałam w wieku sześciu lat. Znaczy, ona miała wtedy sześć lat.

Nie jestem szczególnie rodzinna, więc próbowałam się wymigać. Nic z tego.
Przynajmniej raz na 20 lat możemy się zobaczyć. Spróbuj nie przyjść! powiedziała groźnie ciotka.

Zaproszenie z gołąbkami i różami od Ewy i Krzysztofa przybyło pocztą, a potem przypomnienie na dwa dni przed uroczystością nie miałam więc wyboru.

Trudno. Można uznać, że sobota przepadła, ale cóż począć.

I tak z bukietem kwiatów, fatalnym nastrojem i zaciśniętym postanowieniem, by zniknąć niepostrzeżenie po godzinie, pojawiam się w restauracji, wchodzę na salę bankietową. Sadzają mnie wśród roześmianych młodych ludzi znajomych pana młodego, którzy po kilku kieliszkach zaczynają się zachwycać: jaka to cudowna ciocia, wcale nie wyglądam na ciotkę, i w ogóle chodźmy się bawić, nie bądźmy sztywni. No to się bawimy.

Panny młodej oczywiście nie poznałam przez te lata zmieniła się z ciemnowłosej i niepozornej dziewczynki w efektowną blondynkę o bujnych kształtach. Szczerze mówiąc, poprzednia wersja bardziej mi się podobała.

Atmosfera była raczej ciężka: dużo nadąsanych pań z mężami, pan młody wyglądał na zrezygnowanego, panna młoda promieniała przekonaniem o własnej niezwykłej urodzie, a gdyby nie nasza rozbawiona grupa, całe wesele przypominało stypę. Panie patrzyły na nas bardzo nieprzyjaźnie.

Na pierwszy toast się spóźniłam, ale zaraz zaczęła się druga runda. Od mojego wystąpienia. Wodzirej, odkrywszy kim jestem, oznajmił uradowany:
A teraz młodą i piękną ciocię pani młodej poprosimy o życzenia!

Więc przemówiłam serdecznie:
Kochani Ewo i Krzysztofie!

Wesele i tak już nie rozbrzmiewało śmiechem, a po tych słowach zapadła totalna cisza. W tej chwili dotarło do mnie, że nigdzie nie widzę mojej ciotki i wątpię, by aż tak się zmieniła przez lata.

Pannę młodą nazywają Dorota, syknęła naprzeciwko mnie dama w różowym. A pan młody to Mariusz.

Jak to Dorota? Jaki Mariusz?

Przychodzą na cudze uroczystości najeść i napić się za darmo, dołożyła kobieta. U nas takiego jednego przegonili dopiero na pożegnaniu do wojska. Nie mają ludzie wstydu ani sumienia.

W tym momencie zorientowałam się, że zaraz będzie tu naprawdę wesoło. Wszyscy goście jakoś się spięli, spojrzenia mieli dzikie, unosiły się szmery i szepty. Rękawów jeszcze nie zakasali, ale niewiele brakowało.

Ale mam zaproszenie! aż krzyknęłam, wymachując zaproszeniem. Tu wszystko jest: Ewa i Krzysztof, restauracja taka, sala bankietowa.

Na ratunek przyszedł kelner:
Proszę pani, my mamy jeszcze jedną salę, na piętrze, może tam pani powinna się udać?

No pewnie, niech idzie. Za darmo się najeść i napić, tu już się wpisała, za chwilę pójdzie do drugiej sali! podsumowała dama w różu. Jak takich bezczelnych ziemia nosi? Oszustka!

A bezczelność, pani Ireno, to też szczęście, dodała pani w pistacjowym, wyjątkowo jadowicie.

Nie wyglądam ani na margines społeczny, ani na zawodową oszustkę, choć jak wiadomo z boku widać lepiej. Znajomi pana młodego stanęli po mojej stronie, za co usłyszeli od kolejnej pani, tym razem w fiolecie:
No patrzcie, już mężczyzn omotała!

A różowa dodała:
Taka jak naszemu głównemu księgowemu męża odbiła. Odwróć się tylko już buty spod nóg ściąga. Łajza.

Nigdy nikomu męża nie odbiłam, ale poczułam się nagle jak rasowa rozbijaczka rodzin. Już nawet zaczęłam się rozglądać po sali za żonatymi, może któryś by pasował skoro i tak będę odpowiadać za wszystko naraz.

Na szczęście dobroduszny kelner poszedł na górę i przyprowadził moją ciotkę, która od razu zorientowała się, co się dzieje i przysięgła na wszystko, że mnie zna. Przy tym puszczała oczka raz do mnie, raz do tamtych pań, jakby dawała do zrozumienia, że ze mną bywało już różnie na przestrzeni znajomości.

Szybko mnie ewakuowano do innej sali, gdzie faktycznie była śniada piękność Ewa, u boku z jakimś Krzysztofem, i gdzie raczono mnie długo rozmaitymi mocnymi trunkami.

Całe szczęście, że nie zdążyłam wręczyć prezentu tym pierwszym.

Wychodziłam na koniec w asyście znajomych pana młodego z tej pierwszej, nie mojej, sali.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

16 + 9 =

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie daleka ciotka i zaprosiła na ślub swojej córki – mojej dalekiej kuzy…