Pewnego dnia starsza pani z małego polskiego miasteczka przygarnęła szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego. Piesek szybko rósł i nieustannie pilnował domostwa – potrafił pochłonąć michę jedzenia w mgnieniu oka, drapał grzbiet o płot tak mocno, że aż się wykrzywiał, a raz próbował pociągnąć staruszkę jednym szarpnięciem.

Pewnej staruszce przyśniło się, że kupiła szczeniaka owczarka kaukaskiego. Piesek rósł jak szalony, bronił podwórka przed nieistniejącymi duchami, jadł cały garnek bigosu w mgnieniu oka, drapał grzbiet o stary płot, aż ten wykrzywiał się w dziwne fale, a kiedy staruszka przechodziła tuż obok, szczeniak próbował jednym susem ją złapać za fartuch. Bo wiadomo czasem trzeba się czymś zająć, żeby nie zgłupieć.

Potem staruszka po prostu umarła, nie przez psa oczywiście, tylko tak jakoś nie dożyła do dziewięćdziesiątki. I wtedy, jak to bywa w snach, przyjechały do jej domu dzieci i wnuki. Weszli do ogrodu pełnego mgły i połyskujących kałuż, a tam, uwiązany do jabłoni, siedział pies. Patrzył na nich tak, jakby każdego z osobna widział w innych kolorach, no i jasne było, że bardzo się cieszy z gości nie codziennie przecież tyle witamin i świeżych warzyw zjeżdża się na domowe podwórko. Zaczęli się zastanawiać, co z nim zrobić. Uśpić? Szkoda serce ściska. Zostawić przy domu? Strach, bo pies wielki jak niedźwiedź. Puścić luzem w świat? Eeee, świat nie jest aż tak grzeszny, żeby go tak karać. Zapadła decyzja, by znaleźć mu dobrych ludzi, nawet jeśli trzeba będzie dopłacić w złotówkach komuś, kto zabierze futrzastego wilkołaka do siebie. Człowiek, który podejmie się takiego zadania, nie zasługuje na nic innego niż szacunek i worek buraków.

Trafił się chłop imieniem Zdzisław, od dziecka śnił o tym, by karmić psa miskami po zupie grochowej i drapać za uchem grabiami. Co za psychologiczne meandry panują w ludzkiej duszy! Zwołano weterynarza.

Plan był prosty jak kocie wąsy: dać psu środek nasenny i szybko przewieźć go do nowego domu. Trzeba jeszcze nie zapomnieć przeżegnać Zdzisława i zapalić świeczkę czy za zdrowie, czy za spokój duszy, to się zobaczy. Co w snach bywa, wszystko możliwe.

Weterynarz, odważny jak powstaniec, zjawił się ze strzykawko-karabinem. Wpakował środek w psa jednym celowym strzałem i wysłał owczarka na magiczną wycieczkę do krainy sennych obłoków. Odwiązali go od jabłoni, ułożyli na ceracie i powlekli jak jakieś marzenie przez kałuże i rozdeptane goździki.

Wpakowali psa do bagażnika Poloneza, który cały był połączony z siedzeniami. Z przodu rozsiadł się weterynarz wszak komfort należy się fachowcowi. Za kierownicę usiadł nowy właściciel. Cała reszta rodziny babci wcisnęła się na tylne siedzenia, ściskali się, szeptali, wymieniali sny o lepszej przyszłości. Wtedy pies zaczął się budzić.

Uniósł łeb i spojrzał rozmarzonym wzrokiem wokoło. Ludzie, wszędzie ludzie siedzą, śmieją się, coś szepczą. Weterynarz oczy jak dwa okna na świat. Nowy właściciel też nie lepszy, nawet nie patrzył na drogę. W sumie kto by się przejmował, skoro to tylko sen.

Co za ciekawość! pomyślał pies.
Czy jest gdzieś raj? pomyśleli ludzie.

I nagle pies, jak na siebie przystało, przeskoczył przez siedzenia, by być bliżej tych wszystkich pachnących osób. Po co czekać? Zdzisław, próbując otworzyć drzwi, usiłował uciec (bo co go obchodzi, że prowadzi samochód, skoro śni!). Pies za to wziął wszystkich na język począwszy od rodziny babci po samego Zdzisława, a nawet dzielnego weterynarza, choć ten go wcześniej odstrzelił. Człowiek to jednak dziwny gatunek.

I tak właśnie wszyscy przekonali się, że z tym ludojadem to jednak przesada. Całą drogę jechali do nowego domu mokrzy od stóp do głów z góry, bo pies całował aż się ślina lała, z dołu, bo przy przebudzeniu pies poderwał tyle emocji, że aż łzy wzruszenia kapały na podłogę.

A moja rodzinna, ukochana działka i ogród jeszcze przez długi czas śniły się pod jabłonią, we śnie, w niezwykłym, polskim śnie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

siedemnaście − 15 =

Pewnego dnia starsza pani z małego polskiego miasteczka przygarnęła szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego. Piesek szybko rósł i nieustannie pilnował domostwa – potrafił pochłonąć michę jedzenia w mgnieniu oka, drapał grzbiet o płot tak mocno, że aż się wykrzywiał, a raz próbował pociągnąć staruszkę jednym szarpnięciem.