Moja żona pochodzi z wielodzietnej rodziny, ale jest najmłodsza z rodzeństwa. Ma trzech braci i jedną siostrę. Podczas wszystkich okazji i imprez rodzinnych takich jak imieniny, urodziny czy święta, w jej rodzinie przyjęło się, że jest to związane każdorazowo z obdarowywanie się prezentami. Mnie ten zwyczaj się wcale nie podobał, bo przez to, że żona ma wielką rodzinę, znaczna część z naszych dochodów szła na prezenty, bo przecież ciągle była jakaś okazja do świętowania. W końcu jednak jakoś to zaakceptowałem, bo skoro wdałem się w tę rodzinę, to postanowiłem uszanować ich zwyczaje.
Pracuję w szpitalu, co okazało się kluczowym czynnikiem dla mojej teściowej, aby zaakceptować mnie jako nowego członka ich rodziny. Na początku wszystkie kobiety w rodzinie były skłonne tylko mnie krytykować, ale w końcu zgodnie stwierdziły, że moja praca ma jednak swoje zalety. Dzięki mnie nie muszą przychodzić po wyniki ani jeździć, by rejestrować się do lekarzy, bo robię to za nie oczywiście ja.
Jeden z braci mojej żony, Mikołaj, od początku mnie nie lubił. Kiedyś powiedział mi prosto w twarz, że nie sądzi, aby nasz związek przetrwał próbę czasu, bo jesteśmy z innych światów. Jakiś czas temu przeszedłem operację i wciąż odpoczywam w domu. Mikołaj niedawno ogłosił, że wraz ze swoją żoną spodziewają się czwartego dziecka. Przyszli z tą wiadomością do naszego domu i widząc, jak źle się czuję, nawet nie zapytali, jak trzymam się po operacji. To jednak nie był koniec – przyszli do nas z dokumentami i zapytali, czy na dniach będę mógł podrzucić je jednemu z ginekologów pracujących w szpitalu, bo oni nie będą mieli czasu, by to zrobić. Nie mogłem pojawić się nawet w pracy, skoro byłem na urlopie zdrowotnym, ale ich to nie obchodziło, bo nie chciało im się stać w kolejce do lekarza i koniec.
Od tego incydentu Mikołaj nie odzywa się do mnie nawet podczas rodzinnych spotkań. Toleruję to jeszcze, ale kiedyś moja cierpliwość się skończy, a on tego pożałuje.



