Pewna starsza pani, pani Janina Kowalska, postanowiła przygarnąć szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego. Piesek szybko rósł i pilnował całego obejścia. Zjadał miskę jedzenia w mgnieniu oka, drapał grzbiet o płot tak mocno, że płot aż się wyginał, a czasem jednym ruchem próbował sięgnąć po panią Janinę, gdy przechodziła obok. Takie szczenię musi czasem sobie coś urozmaicić.
Niedługo potem pani Janina zmarła. Nie przez pieska, po prostu nie dożyła dziewięćdziesiątki. Przyjechały wtedy jej dzieci i wnuki do domku w małej wsi niedaleko Lublina, gdzie mieszkała staruszka. Na łańcuchu siedział pies. Łatwo było wyczytać z jego spojrzenia, że tak wielu gości na raz widuje się rzadko, a każda dostawa warzyw i różnych smakołyków może przynieść coś nowego.
Rodzina zaczęła rozmyślać, co z nim zrobić. Uśpić? Żal. Zostawić obok? Strach. Wypuścić w świat? To nie po bożemu. Przecież świat już wystarczająco ma własnych problemów. W końcu postanowiono go oddać w dobre ręce. W razie potrzeby, jeszcze dorzucić trochę złotówek tej osobie. Dla tego, kto weźmie pod opiekę wielkiego kudłatego potwora, nic nie było szkoda.
W końcu znaleziono pana Zbigniewa, który od zawsze marzył o karmieniu psa wielkimi miskami i drapaniu go za uchem grabiami. Cóż ludzie mają przeróżne pomysły. Wezwano weterynarza.
Przedstawiono mu plan działania: podać środek nasenny i szybko przewieźć czworonoga do nowego domu. I nie zapomnieć przekreślić nowego właściciela znakiem krzyża i zapalić świeczkę za zdrowie lub za spokój – bo różnie może być.
O wyznaczonej godzinie pojawił się weterynarz z dubeltówką. Bo wszyscy polscy weterynarze to odważni ludzie. Weterynarz nabił strzelbę strzykawką ze środkiem nasennym i jednym celnym strzałem wysłał psa w królestwo Morfeusza. Odpięli go z łańcucha, przełożyli na brezent i zaczęli ciągnąć.
Pies trafił do bagażnika, połączonego z kabiną samochodu. Z przodu usiadł weterynarz w końcu kto, jak nie profesjonalista, ma mieć komfort. Za kierownicą właściciel nowy, pan Zbigniew. Z tyłu cała rodzina pani Janiny. Jadą, rozmawiają. I wtedy pies zaczyna się budzić.
Uniósł głowę i zainteresowaniem rozejrzał się po kabinie. Wszędzie ludzie, wszyscy patrzą na niego. Weterynarz z szeroko otwartymi oczami. Nowy właściciel z takimi samymi. Głowy ani razu nie obrócił na drogę, zupełnie zapomniał, że prowadzi.
Ciekawe pomyślał pies.
Czy to tu już raj? zastanawiali się ludzie.
Pies od razu zaczął się przemieszczać do przodu, bliżej ludzi. Po co czekać? A pan Zbigniew gwałtownie chwycił za klamkę, próbując wyskoczyć z pojazdu, mimo że był za kierownicą. Pies wszystkich dokładnie wylizał. I rodzinę babci. Bo przecież nie obcy. I nowego właściciela w końcu dusze już prawie połączone. I weterynarza. Nawet jeśli on próbował do niego strzelać człowiek to człowiek.
Dopiero wtedy ludzie zrozumieli, że co do ludojada bardzo się mylili. Resztę drogi jechali cali mokrzy, od góry po sam dół. Od góry od psich pocałunków. Od dołu bo wszystkich przepełniały emocje.
Wiedząc już, że nawet największy postrach z naszej rodzinnej działki może mieć wielkie, kochające serce, wszyscy zrozumieli, że często największy strach żyje wyłącznie w naszych myślach, a szansa na przyjaźń czeka tuż za rogiem jeśli tylko pozwolimy ją sobie dać.


