Wyobraź sobie, jest sobie kobieta, Małgorzata, pięćdziesięciosześciolatka z Warszawy. Życie leci do przodu, to jasne, że z wiekiem człowiek się zmienia. Ale Małgorzatę ten czas zaczął trochę przerażać zagląda do lustra i widzi, że jej młodość jakby każe się już pożegnać, z dnia na dzień coraz szybciej ucieka. Jeszcze niedawno wyglądała naprawdę świetnie!
Co ciekawe, zawsze napotykany na podwórku staruszek, pan Antoni, niestrudzony, nawet gdy padał śnieg czy lał deszcz, siedział na swojej ławeczce z gazetą i zawsze miał dla niej dobre słowo. „Ależ pani pięknie dziś wygląda! Jak młoda dziewczyna!” Podnosił z szacunkiem swoją szarą kaszkietówkę albo ciepłą wełnianą czapkę, mrugał porozumiewawczo i zawsze wywoływał u niej uśmiech przed wyjściem do pracy. I, szczerze mówiąc, nie tylko od pana Antoniego słyszała komplementy wszyscy ją chwalili, bo naprawdę emanowała urodą.
W pewnym momencie Małgorzata zdała sobie sprawę, że już dawno nie widziała pana Antoniego na podwórku. Zaczęło ją to martwić. Zapytała sąsiadów i okazało się, że staruszek trafił do domu pomocy społecznej w okolicach Piaseczna. Rodzina jest daleko, dzieci mieszkają poza Warszawą i nie było komu się nim zajmować miał już przecież dziewięćdziesiąt lat, potrzebował nie tylko opieki, ale też i leczenia.
I wiesz co? Przestała myśleć o swoim starzeniu się, tylko cały czas miała z tyłu głowy pana Antoniego. Dowiedziała się, gdzie dokładnie jest ten dom opieki, spakowała paczkę pyszności jakieś domowe pierogi, trochę czekolady Wedla, makowiec i ruszyła tam w niedzielę.
Znalazła pana Antoniego! Siedział sobie w wygodnym fotelu, jadł kaszę mannę z odrobiną masła, spojrzał na Małgosię i aż zrobiło mu się weselej na widok znajomej twarzy. Powiedział z uśmiechem: „Jak ja się cieszę, że panią widzę! No jak zawsze piękna jak wiosna!”. Zaraz podeszli inni pensjonariusze, kilka starszych pań i panów i każdy z nich dorzucił swoje przemiłe słowo.
Małgorzata wróciła do domu, spojrzała w lustro i aż sama nie wierzyła własnym oczom policzki zaróżowione, błysk w oku, włosy jakby bardziej się kręcą i lśnią, a zmarszczki gdzieś się rozmyły. Patrzy na siebie i myśli: młodsza niż rok temu!
To było takie małe, codzienne cudzo. Od tej pory Małgorzata zaczęła odwiedzać dom spokojnej starości w każdą niedzielę czasem prowadziła zajęcia taneczne, czasem po prostu z kimś pogadała czy, jak to ona, pożartowała. Już nie dla samej siebie i nie dla tej młodości, która wróciła, ale dla tej cudnej radości w sercu. Bo kiedy można komuś dać kawałek siebie, a przy okazji być dla kogoś kimś bliskim, nawet na moment to jest prawdziwa magia. A i ci starsi traktują ją prawie jak córkę czy wnuczkę i mówią: „Jakaż pani jest piękna!” i wiadomo, że to wszystko z głębi duszy.
Człowiek jest trochę jak lustro dla drugiego człowieka, tylko że to takie czarodziejskie lustro, bo czasem po spotkaniu z kimś nagle rozkwitasz i czujesz się młodziej, a czasem, niestety, czujesz się jakby ktoś ci skrzydła wykastrował. No, bo też są ludzie, którzy swoją toksycznością potrafią zmienić każdego w starego, zgranego dziadka, nawet jeśli przed chwilą byłeś radosną dziewczyną.
I wiesz co? Trzeba strzec takich magicznych luster i ludzi, którzy z serca szepczą dobre słowa. Starych ludzi też trzeba szanować, bo póki oni są z nami, to i my jesteśmy młodzi, i jeszcze możemy pomóc, coś od siebie dać. Tak właśnie uważa Małgorzata, która odzyskała swoją młodość i piękno. I szczerze mówiąc całkowicie się z nią zgadzam.


