Pewna kobieta, Zofia Dąbrowska, miała już pięćdziesiąt sześć lat. Starzenie się nie powinno w końcu nikogo dziwić. To przecież zupełnie naturalna kolej rzeczy… Przyszedł na to czas.
Jednak Zofia patrzyła codziennie w lustro z narastającym niepokojem. Bo wszystko działo się zbyt szybko. Jakby ktoś dzień po dniu odbierał jej młodość, nakładając coraz grubszą maskę starości. Ledwo co tak pięknie wyglądała! Przecież jeszcze niedawno, przechodząc przez podwórko swego bloku w Warszawie, spotykała pana Feliksa schorowanego staruszka, który w każdą pogodę przysiadał na ławce pod klonem.
Pan Feliks zawsze podnosił z szacunkiem swoją wełnianą czapkę i powtarzał: Jak pani ślicznie dziś wygląda! Co za piękna dziewczyna!. Te jego słowa rozjaśniały dzień Zofii; uśmiechała się, spiesząc potem do pracy. I rzeczywiście wiele osób komplementowało jej wygląd. Ona naprawdę wyglądała wtedy bardzo dobrze.
Któregoś dnia Zofia zorientowała się, że nie widziała pana Feliksa od dawna. Ławka stała pusta i smutna. Zapytała sąsiadów okazało się, że pan Feliks został zabrany do domu opieki społecznej. Rodzina była daleko, dzieci mieszkały w innych miastach. Był już bardzo schorowany i wymagał opieki oraz leczenia. Miał przecież dziewięćdziesiąt lat.
Nagle myśli o własnej starości zeszły na drugi plan. Zofia nie mogła przestać myśleć o panu Feliksie. Szybko dowiedziała się, gdzie znajduje się dom opieki. Kupiła w sklepie torbę słodyczy, pierników i świeżych bułeczek. W niedzielę pojechała na drugi koniec miasta, do podwarszawskiego Sulejówka.
Odnalazła pana Feliksa w jasnej, ciepłej sali. Siedział w wygodnym fotelu, jadł kaszę mannę z masłem. Kiedy ją zobaczył, oczy mu zabłysły, uśmiechnął się szeroko i powiedział: Ach, jak się cieszę, że panią widzę! Jak ślicznie dziś pani wygląda! Jak dziewczyna!. Inni pensjonariusze podchodzili, życzyli jej wszystkiego dobrego, mówili komplementy, dziękowali za wizytę i prezenty.
Gdy Zofia wróciła tego dnia do domu, spojrzała w lustro z niedowierzaniem. Policzki miała zarumienione, oczy błyszczały, włosy miękko się ułożyły, a delikatne zmarszczki jakby się wygładziły Piękna kobieta młodsza niż przed tygodniem. Jej uroda i młodość wróciły, zupełnie jakby stał się cud.
Od tej niedzieli Zofia zaczęła pojawiać się w domu opieki co tydzień. Pomagała, rozmawiała, prowadziła zajęcia z tańca dla starszych osób bo kiedyś była instruktorką. Nie chodziło już o jej młodość po prostu poczuła w sercu, jak dobrze jest sprawić komuś radość. Być dla kogoś kimś bliskim córką, wnuczką. A kiedy oni mówili jej: Jak pięknie pani wygląda!, miała pewność, że to płynie prosto z serca.
Czasami inni ludzie stają się naszym zwierciadłem. Ale nie zwyczajnym, tylko magicznym. Po spotkaniu z niektórymi człowiek rozkwita, prostuje ramiona, lekko kroczy, oczy mu błyszczą, usta śmieją się Po innych kontaktach można poczuć się starym, zmęczonym i osamotnionym.
Dlatego trzeba strzec wokół siebie takich właśnie magicznych luster dobrych, życzliwych ludzi, którzy potrafią dać słowa od serca. I szczególnie należy chronić starszych ludzi. Dopóki oni są z nami, zarówno oni, jak i my, możemy być młodzi ciałem i duchem. Zofia dobrze o tym wie. To dzięki nim odzyskała to, co straciła i miała rację.


