Pa! Chodź zobacz, co się dzieje – Wrócił do domu z rodziną zamiast z miotłą…

Tata! Chodź zobacz, co się stało. Witek rodzinkę do domu sprowadził

Witold był kotem o klasycznym umaszczeniu, które w Polsce nazywa się błękitny markiz: grzbiet miał ciemnoszary, prawie granatowy, ten odcień nosił też na uszach i ogonie, a klatka piersiowa, pyszczek, skarpetki na łapach, brzuch, końcówka ogona i biały trójkącik na czole były olśniewająco jasne. Wszystko to, połączone z kocią gibkością, budziło myśl: Elegancki niczym fortepian. Zielone, zamyślone oczy Witka spojrzenie godne szacunku dla śpiewaka nocnych serenad pod oknami w stylu kociego country.

Kot był nadzwyczaj dobrze wychowany. Nie wskakiwał na stół, nie niszczył mebli pazurami, nie próbował imitować Newtona i zrzucać rzeczy z komody, sprawdzając grawitację. Jakim był kociakiem można tylko przypuszczać: pewnie wspinał się po firankach, przewracał choinki, ganiał za zabawkami. Do nas trafił już jako dorosły, z ukształtowanym charakterem i osobowością. Wcześniej mieszkał jednak nie w mieszkaniu.

Przed przyjazdem do nas Witold mieszkał w garażu rybaków na drugim brzegu Wisły. Pewnego dnia zmienił się tam kierownik a ten od razu oznajmił, że psy są jego pasją, kotów nie znosi. To zdecydowało o losie Witka. Przyniósł go do nas mój szwagier, który tam pracował jako spawacz.

Przecież pieski szefa rozszarpią kota! Dacie radę go przygarnąć? zapytał błagalnie.

Zgodziliśmy się bez wahania. Witold, jak prawdziwy amant, szybko zajął się poprawą kocich genów pośród wszystkich okolicznych kotek.

Proszę, nie obrzucajcie mnie kapciami za samowolną wycieczkę kota i związane z tym zagrożenia to były końcówka lat 80., nie Warszawa, a mazurska wieś. Wtedy mało kto wiedział o opiece weterynaryjnej dla kotów, a tym bardziej o kastracji. Gdyby ktoś próbował o tym rozmawiać z lokalnym, wiecznie podpitym weterynarzem z PGR-u, ten tylko popatrzyłby na niego jak na wariata.

Pomimo jego licznych wycieczek sercowych, żadna z kotek nie stała się dla niego wyjątkowa. Wszystkie traktował jednakowo. Tak trwało, aż na horyzoncie pojawiła się ona Malwina.

W tamten dzień wróciłem po nocnej zmianie, odświeżyłem się i zasnąłem. Koło południa córka weszła do pokoju i delikatnie mnie obudziła.

Tata, wstawaj, musisz to zobaczyć. Witek sprowadził rodzinę do domu

Zwlokłem się po korytarzu, skręciłem do kuchni i zamarłem. Witold siedział poważnie: grzbiet zaokrąglony, łapy podwinięte, ogon owinięty dookoła, uszy wyprostowane A przed nim na podłodze kotłowały się trzy kocięta. Wyglądem krzyczały: ciemne grzbiety, białe skarpetki, mankiety na klatkach i na końcówkach czarnych ogonów jasne pędzelki. Zrobiłem krok do przodu i znów stanąłem w miejscu. Następny widok był szokujący.

Przy misce Witka, nie tylko jadła, ale wręcz pochłaniała jedzenie, głodna i poturbowana kotka w umaszczeniu tabby: szaro-pręgowana, z pogryzionymi uszami, pełna nieufności.

Kiedy spojrzała na mnie zupełnie zamarłem. Miała tylko jedno oko.

Już chciałam ich wyprosić zaczęła córka się usprawiedliwiać a siedzieli wszyscy przy drzwiach, Witek z przodu. Zobaczyłam, że ona z oczkiem ma kłopot

Dobrze zrobiłaś, że ich wpuściłaś! odpowiedziałem ostro.

Próbowałem ostrożnie dotknąć Malwiny, ale napięła się, odskoczyła i syknęła. Widać było, że nie ufa ludziom zapewne wcześniej miała pecha trafić na innych, niż Witek na nas. Myśl, co by się stało, gdyby na nią i małe natknęły się wiejskie psy dreszcze przechodziły. Już samo jej jedno oko stanowiło dowód trudnej historii.

Postanowiliśmy zachować całą kocią rodzinę. W tym krył się niespodziewany zwrot: kot zrobił się wzorowo domowy! Jeśli dotychczas w podwórku naszej trzypiętrowej kamienicy walczył z innymi kotami o kotki, teraz już tylko bronił swojego terytorium nie damskich serc. Po bitwie wracał do domu, do swojej jednorocznej Malwiny.

Wieczorami układali się w swojej skrzynce pod stołem w kuchni. Witek z troską wylizywał Malwinę, szczególnie jej zranione oko.

Z czasem udało mi się zmobilizować miejscowego specjalistę od zwierząt, by zobaczył jej oczko nie obyło się bez szarpaniny za kołnierz fartucha i później poczęstunku w postaci butelki wódki. A w czasach zakazów był to nie lada wyczyn.

Kocięta znalazły szybko nowe domy rybacy, usłyszawszy, że są dziećmi Witka, rozchwycili je jakby były potomkami rasowego kota. Inni czekali, aż Malwina znów się okoci.

Tak wszystko się poukładało: Malwina szara towarzyszka markiza urodziła jeszcze dwa razy. Potem znów zniknęła na wiosnę i więcej nie wróciła. Wiernością się nie wyróżniała zrozumieliśmy to już.

Szukałem jej dniami: nawoływałem pod oknem, chodziłem po podwórku, zaglądałem do opuszczonych budynków i krążyłem po zaroślach olch na pobliskim pagórku. Nic nie pomogło. Na szczęście ostatnie kocięta były już duże rozeszły się do wszystkich chętnych.

Witek zmarkotniał. Siedział godzinami na parapecie, patrząc przez okno, jakby kogoś wyczekiwał. Powoli przechadzał się po podwórku, czasem wdawał się w bójki z innymi kotami. Żadna nowa kotka nie wzbudziła w nim już radości żadnej nie przyniósł do domu.

Jedynym świadectwem jego dawnej męskiej sławy były młode koty o markizowym umaszczeniu, pojawiające się wiosną i jesienią. Były żywym dowodem, że starzejący się Witold wciąż trzyma fason.

Na kocią emeryturę przeszedł około 1998 roku. Przestał wychodzić, spał niemal 19 godzin dziennie, jadł niewiele. Widać było, że starzeje się ciałem i duchem.

W lipcu 1999 wydarzyło się coś niespodziewanego: zaczął ponownie miauczeć przy drzwiach, drapał pazurami, uparcie prosił o wyjście. Wiedziałem, że to nie od tak, więc poszedłem za nim choć bałem się, by nie padł ofiarą psów.

Z trudnością schodził z trzeciego piętra, co chwilę się potykał, jakby łapy go nie słuchały. Okroił dom, kierując się do stromej górki, trzydzieści metrów dalej. Chciałem go wziąć na ręce, pomóc, ale protestował: Nie! Muszę iść sam.

Weszliśmy na płaski szczyt. Witek zatrzymał się przy wąskiej odnodze wąwozu, pełnej jam i zagłębień. Obrocił się i spojrzał mi prosto w oczy jakby chciał przekazać coś ważnego albo zapamiętać na zawsze. Jego zielone oczy przenikały do duszy. Szybko, jak na swój wiek, wskoczył w jeden ze szczelin i zniknął.

Czekałem, wołałem, nasłuchiwałem. Próbowałem wejść za nim w ciasnych korytarzach dostałem tylko kilka garści błota za kołnierz i palce zanurzyłem w kocich resztkach. Nie odnalazłem go, wróciłem do domu.

Obmyłem się, wziąłem latarkę i worek z karmą, kupioną już w sklepie, wróciłem na górkę i wołałem raz jeszcze. Ale kot już nie wyszedł. Musiałem odejść, wiedząc, że pewnie widziałem go po raz ostatni.

Nigdy więcej się nie pojawił. Mówią, że stare koty odchodzą umrzeć daleko od domu chyba coś w tym jest. Nam pozostała wiara a przynajmniej cicha nadzieja że ten dziki dzikorożec, który zakwitł latem u południowego zbocza wąwozu, nie jest zwykłym krzakiem. To Witold, w nowym cudownym wcieleniu.

Z tej historii wyciągnąłem ważną lekcję: prawdziwa dobroć zawsze wraca, choćby w najmniej spodziewanym momencie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery × jeden =

Pa! Chodź zobacz, co się dzieje – Wrócił do domu z rodziną zamiast z miotłą…