Dzisiaj stałam w swoim ogrodzie w Jabłonowie, patrząc na jabłonie uginające się pod ciężarem owoców. Plon w tym roku był wyjątkowy. Jabłka – czerwone, żółte, z rumieńcami – spadały na ziemię, wypełniając powietrze słodkim aromatem. Nie zbierałam ich – nie było komu ich jeść.
W wiosce prawie nikogo nie zostało. Młodzi wyjechali do miasta za lepszym życiem, a starszych można było policzyć na palcach. Zimą w Jabłonowie światła świeciły się tylko w czterech czy pięciu domach.
— O czym tak dumasz, Kaczmarewna? — rozległ się głos za moimi plecami. — Nie zmieniłaś zdania o wyjeździe?
To była Krysia, sąsiadka, która przyszła z wózkiem po jabłka.
— Ach, to ty, Krysiu? — westchnęłam. — Bierz, ile chcesz. Choć twojej kozie się przydadzą. Zabieraj wszystko, co udźwigniesz… Zmienić zdanie? Chciałabym, ale syn już dogadał sprzedaż domu, nawet zadatek wziął.
— Szkoda cię tracić — pokiwała głową Krysia. — Kto tu teraz zamieszka? Niewiadomo, jacy ludzie przyjdą. I pewnie nie na stałe, tylko na wakacje.
Krysia zamilkła i zaczęła zbierać jabłka. Ja, patrząc na nią, cicho powiedziałam:
— Taki urodzaj! Nie pamiętam podobnego. Aż się wybierałam, a ogród, moja ziemia, jakby mnie trzymała… Boże, jakże ciężko było podjąć decyzję. I wciąż nie rozumiem, po co to robię.
— Synowi wygodniej — odparła Krysia. — Nie będzie musiał tu jeździć, wszystko pod ręką: sklepy, lekarze. I pracy mniej — ani drewna, ani ogródka.
— Prawda — zgodziłam się, ale w głosie miałam drżenie. — Tylko dusza moja tu zostanie. Rozumem wiem, a serce nie puszcza. Krysiu, zostawiam ci kota Łatka i psa Burka. Dopilnuj, dopóki się nie ogarnę. Łatka może zabiorę do miasta, ale Burek stary, w bloku mu nie miejsce. Ot, bieda…
— Nie martw się, Marianno — skinęła Krysia. — Jutro Borka do siebie zabiorę, a Łatek sam przybiegnie, spryciarz z niego. Tylko nie spóźnij się na autobus. Może jeszcze się spotkamy. Kto wie, może wrócisz… A w gości obiecałaś przyjeżdżać, czekam.
— Tak, tak… — mruknęłam. — Torbę spakowałam, resztę syn zabierze w weekend.
Obejrzałam dom raz jeszcze, zatrzymałam się przy kuchennym piecu. Łzy zasłaniały mi wzrok, ale czas naglił. Wyszłam na drogę i usiadłam na starym pniu przy poboczu.
Wkrótce podjechał mały autobus, skrzypiąc i pobrzękując. Pożegnałam się z kierowcą i usiadłam przy oknie. Byłam jedyną pasażerką — Jabłonowo było końcowym przystankiem.
Droga, jak zwykle, była wyboista. Po deszczach dziury wypełniły się wodą, i autobus wlókł się powoli. Nagle na jednej z nierówności rozległ się głuchy zgrzyt, i pojazd stanął. Kierowca, mamrocząc pod nosem, wysiadł z kabiny.
— Co się stało? — zawołałam, wychylając się przez okno.
Kierowca, przykucnąwszy przy przednim kole, pokręcił głową:
— Źle, trzeba wezwać pomoc, inaczej tu przenocujemy.
Zaczął dzwonić, a ja, ku własnemu zdziwieniu, poczułam ulgę. Wysiadłam i powiedziałam:
— Niedaleko odjechaliśmy, wrócę do domu. Jeśli pomoc nie przyjedzie, idź nocować do wsi. Już późno.
— Za półtorej godziny będą — odpowiedział. — Może zaczekasz? Choć naprawa potrwa.
— Nie, nie będę czekać — odparłam stanowczo. — Dwa kilometry do domu, przejdę.
— Dasz radę? — zwątpił.
— A jakże! — uśmiechnęłam się. — Gorsze drogi chodziłam — po grzyby, do sąsiedniej wsi po chleb.
Żwawo ruszyłam z powrotem do Jabłonowa. Torba w ręku wydawała się lekka, a serce śpiewało z radości. Krysia, odwożąc wózek, zobaczyła mnie na drodze.
— O rety! — zawołała. — Co to ma znaczyć?
— A to, że dom mnie nie puścił — roześmiałam się. — Zaraz zadzwonię do syna, żeby nie czekał. Autobus zepsuł się za wsią, coś z kołem. Nasze dziury znasz.
— No to dobrze! — ucieszyła się Krysia. — Chodź na kolację. U ciebie pusto, a u mnie wszystko gorące. Posiedzimy, pogadamy.
Burek, zobaczywszy mnie, zaszczekał radośnie i zamerdał ogonem. Łatek wślizgnął się do domu prosto do swojej miski.
Postawiłam torbę i powiedziałam głośno:
— Boże, wybacz mi! Co ja wyprawiam? Nigdzie nie jadę, i koniec.
Łatek odpowiedział cichym miauknięciem.
— Ty za Boga odpowiadasz, Łatku? — uśmiechnęłam się. — A może popierasz moją decyzję?
Kot otarł się o moje nogi i wskoczył na kolana.
— Zaczekaj, muszę zadzwonić do Darka, żeby się nie martwił — powiedziałam, wybierając numer syna.
— Darku, słuchaj, autobus się zepsuł… Tak, zaraz za wsią. Widocznie nie mamy wyjechać. Już jestem w domu. Nie czekaj, nie przyjadę. Nie, nie kłamię, coś z kołem. Jechałam sama. I wiesz co? Zostaję. Wybacz, synku. Odwołaj kupujących, przeproś.
— Mamo, na pewno? — spytał Darek. — Właśnie chciałem powiedzieć: kupujący zrezygnowali. Wyobraź sobie? Zadatek zostawili, jako rekompensatę zostawili parę tysięcy złotych.
— No to świetnie! — zaśmiałam się. — Znaczy, nie sprzedam domu. Teraz już wiem na pewno.
— Dobrze, później się tym zajmiemy — westchnął Darek.
— A co tu się zajmować? Gdzie się urodziło, tam i żyje — odparłam. — Wybacz, synu.
— No cóż z tobą zrobić — uśmiechnął się. — Za te pieniądze kupimy drewna na dwie zimy. Jutro zamówię.
— No i dobrze! — ucieszyłam się. — Czekam na ciebie z drewnem. Idę Krysi powiedzieć, że zostaję.
Krysia z mężem Jankiem przygotowywali kolację. Gdy usłyszeli nowinę, ucieszyli się nie mniej ode mnie.
— Z takiej okazji toast się należy — oznajmił Janek, podnosząc kieliszek. — Dość tych— Dość tych przeprowadzek, Kaczmarewno — dodał Janek z uśmiechem — zostań już z nami, gdzie twoje miejsce, i niech ci tu dobrze będzie.



