Oszczędni znajomi zaprosili mnie na urodziny – wróciłam do domu głodna, choć liczyłam na uczciwą pol…

Dziś chciałbym zapisać pewną refleksję z ostatnich wydarzeń. Mam znajomych, których z przymrużeniem oka nazywam zapobiegliwi. Oszczędzają niemal na wszystkim na zakupach spożywczych, ubraniach… A przecież są nieźle sytuowani, dobrze zarabiają, mieszkają w eleganckiej kamienicy w centrum Poznania, zawsze mają odłożone oszczędności w złotówkach. Stać ich na wiele, ale wybierają życie według zasady oszczędność przede wszystkim.

Na co dzień nie spotykamy się zbyt często, raczej dzwonimy. Do ich mieszkania zapraszają tylko przy szczególnych okazjach. Miesiąc temu dostałem od nich zaproszenie na imieniny. Pomyślałem będzie okazja się spotkać, pogadać, przekąsić coś dobrego. Zapakowałem prezent książkę, na którą wiem, że Andrzej polował od dawna do torby i poszedłem najpierw do pracy. Ustalili, że mam się zjawić o siedemnastej, więc nie jadłem obiadu, tylko w pracy wypiłem kawę i przegryzłem dwie kruchutkie rurki z kremem, kupione rano w cukierni na Świętym Marcinie. Zostawiłem sobie miejsce w żołądku na wieczór w końcu polska gościnność zobowiązuje!

Równo o piątej zjawiłem się pod ich drzwiami. Złożyłem życzenia, wręczyłem prezent, wspomniałem półżartem, że jestem głodny jak wilk, bo celowo nie jadłem obiadu, licząc że porządny stół będzie jak należy. Andrzej tylko się uśmiechnął i rzucił: Wszystko już gotowe, zaraz zobaczysz.

W salonie siedziało nas osiem osób wraz z gospodarzami. Spojrzałem po pokoju ani śladu stołu z obrusem, nie było nawet kompletu krzeseł, a do jedzenia przygotowano tylko niewielką ławę i jedną starą sofę. Trochę mnie zdziwiło takie rozwiązanie polski zwyczaj jednak nakazuje usadzenie gości przy stole, ale uznałem, że może taki ich styl.

A potem było już tylko weselej. Przy ławie ustawiono kilka drobnych talerzyków policzyłem z ciekawości: dokładnie po osiem plasterków kiełbasy myśliwskiej (aż ślinka mi pociekła, uwielbiam taką!), osiem cienkich wędlin, tyle samo sera żółtego oraz osiem plasterków świeżych ogórków i pomidorów. Dosłownie na osobę wszystko ułożone elegancko, jak w cukierni, krojone cieniuteńko. Do tego dwie małe miseczki sałatki jarzynowej i miseczka z sałatką owocową i to wszystko w ilości równo na osiem osób. Na stole stała jeszcze jedna butelka czerwonego wina z Winnicy Wielkopolskiej.

Jadłem ten jeden plasterek kiełbasy z serem i w ogóle nie przyszło mi do głowy, by poprosić o dokładkę. Bardziej myśli wędrowały do mojego pustego żołądka niż do rozmowy. Potem pojawił się gorący posiłek podudzia pieczone z kurczaka i kilka małych pieczonych ziemniaków… dokładnie po jednym na osobę! Chciało mi się śmiać, bo przypomniały mi się stare rodzinne opowieści o komunistycznych przyjęciach. Na szczęście tort był pokaźnych rozmiarów, więc kawałek ciasta wynagrodził mi skromny bufet.

Po półtorej godzinie grzecznie się pożegnałem. W drodze do domu zajrzałem do sklepu spożywczego przy Rynku Jeżyckim, kupiłem kabanosy, chleb żytni, trochę oscypka i pomidory, i dopiero w domu zjadłem prawdziwy, polski posiłek.

Zastanawiam się, po co zapraszać ludzi na imieniny, jeśli nie chce się ich nakarmić jak przystało raz w roku można po prostu być szczodrym! Dzisiaj nauczyłem się jednej rzeczy: prawdziwa polska gościnność nie polega na oszczędnościach, tylko na sercu i chęci zadbania o drugiego człowieka. Tego warto pilnować w życiu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

11 − osiem =

Oszczędni znajomi zaprosili mnie na urodziny – wróciłam do domu głodna, choć liczyłam na uczciwą pol…