Oszczędni znajomi zaprosili mnie na urodzinową imprezę, a wróciłam do domu głodna i rozczarowana pol…

To były dawne lata, gdy pewnego razu dostałam zaproszenie na urodziny od znajomych, których zawsze za plecami nazywaliśmy gospodarnymi. Oszczędność to była ich dewiza potrafili liczyć każdą złotówkę, odkładali na jedzeniu, ubraniach, nawet na wyjściach do teatru. Próżno było mówić o biedzie, bo dorobili się już porządnego mieszkania w Warszawie, auta pod blokiem, a i portfel zawsze pełny. Ot, tacy ludzie, co stać ich na wszystko, ale wydawać nie lubią.

Do nich zaglądałam wyłącznie przy okazji, kiedy już wypadało na imieniny, na wigilię, na Wielkanoc. Na co dzień wystarczał telefon czy krótka wymiana listów. Dokładnie pamiętam: miesiąc przed wydarzeniem odebrałam zaproszenie na urodzinowy wieczór. Wybrałam się tam z prezentem, a wróciłam głodna, jak jeszcze nigdy po żadnej domowej imprezie.

Rano, w dniu przyjęcia, spakowałam porcelanową filiżankę i elegancką herbatę na prezent dla solenizantki tej, której zawsze mówię Martusia i poszłam do pracy. Zaproszenie przewidywało spotkanie o czwartej po południu. Licząc na uczciwy, domowy poczęstunek, ograniczyłam się w pracy do kawy i dwóch kruchych ciastek. Głód rosł, ale przecież przyjaciółka zapewniała: będzie pysznie!

Punktualnie, jak przystało, dotarłam do Ich mieszkania na Mokotowie. Wręczyłam prezent, życzyłam Martusi zdrowia i pomyślności; zażartowałam, że mam wilczy apetyt, bo specjalnie nie jadłam wcześniej obiadu. Gdy gospodarz, Andrzej, odwzajemnił żart: Siadajcie, wszystko gotowe!, poczułam jeszcze większy głód.

W salonie zebrało się nas ośmioro wraz z gospodarzami. Jednak od razu rzuciła mi się w oczy nieobecność stołu i krzeseł. Była jedynie niewielka sofa i dwa pufy. Zamiast wspólnego, uroczystego stołu bufecik. Martusia przygotowała na małym okrągłym stoliku poczęstunek.

Z rozbawieniem, w głowie policzyłam plasterki wszak nie było się czego wstydzić w tamtych czasach! Talerzyki z: ośmioma cieniutkimi plasterkami suchej krakowskiej kiełbasy mojej ulubionej ośmioma plasterkami pieczonego schabu, ośmioma plastrami sera żółtego. Po osiem plastry pomidora i ogórka, wszystko pokrojone cienko, za to starannie poukładane. Do tego dwie malutkie miseczki sałatek: jarzynowej i owocowej. I dokładnie osiem winogron, osiem truskawek jakby odliczone na gościa. Całość bogactwa wieńczyła butelka taniego wina.

Jadłam powoli kromkę z kiełbasą i serem, wciąż głodna. Nawet pić się nie chciało obawiałam się osłabienia bez porządnego posiłku. Wtem Andrzej wstał i rzucił: Zaraz coś gorącego będzie!. Nabrałam nadziei.

Za chwilę Martusia wnosi półmisek ledwie na nim zmieściły się upieczone ziemniaczki i pieczone udka z kurczaka. Po jednym na osobę! Śmiechu było co niemiara. Całe szczęście, tort był w prawdziwych rozmiarach choć to nie wystarczyło, by zaspokoić mój głód.

Bawiliśmy się w swoim gronie wesoło, śmialiśmy się z anegdot. Po półtorej godzinie wróciłam do domu, choć w brzuchu burczało niemiłosiernie.

Po drodze wstąpiłam do osiedlowego sklepu kupiłam świeżą bułkę, dwa jabłka i kawałek sera. W domu, już spokojna, zjadłam obiad z herbatą. Gdy myślę dziś o tamtej gospodarskiej oszczędności, uśmiecham się z lekkim politowaniem. Po co zapraszać gości na urodziny, kiedy nie ma się ochoty właściwie ich ugościć? Takie to już były tamte czasy gościnność liczyła się na kilogramy, a oszczędność na plasterki.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewięć − osiem =

Oszczędni znajomi zaprosili mnie na urodzinową imprezę, a wróciłam do domu głodna i rozczarowana pol…