Oszczędni znajomi zaprosili mnie na swoje urodziny – wróciłam do domu głodna jak wilk, bo zamiast so…

Mam takich znajomych, których nazywam mistrzami oszczędzania. Oszczędzają na jedzeniu, na ubraniach, na wszystkim oprócz kalkulatorów i procentowania lokat w PKO. Broń Boże, nie są biedni sytuowani jak profesorowie na emeryturze, konto zawsze pełne złotówek. Stać ich na wszystko, tylko najwyraźniej nie na rozrzutność.

Spotykam się z nimi raczej rzadko, bo do rozmów wystarcza nam telefon czy Messenger, ale jak już jest impreza, to idę. Miesiąc temu Maria i Grzegorz zaprosili mnie na Marii urodziny. Poszłam i… wróciłam do domu głodna jak student po sesji.

Rano włożyłam do torby wcześniej kupiony prezent nowiutką książkę o Bieszczadach, bo kto nie kocha polskich gór? i ruszyłam do pracy. Na siedemnastą zaprosili mnie na przyjęcie, więc przy obiedzie ograniczyłam się tylko do kawy i dwóch herbatników z Lidla. Chciałam zostawić miejsce na ucztę u znajomych. Naiwność, jak w szkolnej wyliczance.

Gdy w końcu dotarłam, wręczyłam prezent, życzyłam Marii sto lat i od razu rzuciłam: Jestem głodna jak wilk, specjalnie się wstrzymywałam, bo liczę na polską gościnność! Oczywiście, powiedziałam to z przymrużeniem oka. Grzegorz od razu uśmiechnął się szeroko: Spokojnie, mamy wszystko przygotowane!

W salonie było już sześć osób plus gospodarze. Zamiast solidnego stołu mały okrągły stoliczek, a na siedzenie tylko ciasna sofa na cztery litery. Więc impreza w stylu szwedzki bufet po polsku, czyli ciasno i oszczędnie. Trochę marzyłam o normalnym obiedzie przy stole, ale cóż adaptacja do warunków.

Na stole policzyłam plasterki, nie wstydzę się tego osiem plasterków kiełbasy krakowskiej (ulubiona moja), osiem kabanosów, osiem cienkich plasterków sera żółtego, po osiem ogórków i pomidorów, każdy krojony cieniutko, jakby waga była na procentach. Dwie mikro-sałatki w miseczkach z IKEI, a owoce też dokładnie dla ośmiu osób, każdemu po jednym winogronku. Całość dopełniała jedyna flaszka wina z Biedronki. Słowem uczta dziękczynna, kto pierwszy ten lepszy.

Siedziałam, pomstukując palcem w plasterek kiełbasy, przeżuwając ser, a w żołądku echo. Nawet pić się nie chciało, bo bałam się, że od alkoholu będzie mi tylko bardziej burczeć. Wtem Grzegorz zapowiada: To przyniosę coś na ciepło! Nadzieja wybuchła jak sylwestrowa petarda.

Pojawiła się Maria z gorącym daniem: na każdym talerzu malutki ziemniaczek, podudzie z kurczaka jedno na osobę! Komedia na poziomie polskiej klasyki. Z tortem nie żałowali był porządny, z kremem i truskawkami vel polską tradycją.

Zabawa była świetna, śmiech, rozmowy o polityce i prognozach pogody, ale po półtorej godzinie wróciłam do domu tak głodna, że rozważałam przejście na dietę polskiego biegacza. Po drodze weszłam do Żabki, kupiłam kilka pierogów i szynkę, w domu zrobiłam sobie ucztę jak na Wigilię.

I tak to moi oszczędni znajomi świętowali. No naprawdę, po co zapraszać ludzi na urodziny, jeśli się nie ma serca, żeby ich nakarmić choćby bigosem czy schabowym? Ale kto wie, może taki urok polskiej gościnności w wersji minimal.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

15 − osiem =

Oszczędni znajomi zaprosili mnie na swoje urodziny – wróciłam do domu głodna jak wilk, bo zamiast so…