Ostatnie wezwanie

Ostatni wyjazd

Od samego rana Ewelinę nie opuszczało dziwne przeczucie, że zaraz wydarzy się coś złego.

Coś złego…

Od razu zadzwoniła do mamy, ale Helena Stanisławowna zapewniła ją, że wszystko jest w porządku:

Ciśnienie jak u sportowca, głowa nie boli. A ty dlaczego pytasz?

Tak, na wszelki wypadek odpowiedziała Ewelina. Dobra, muszę się szykować do pracy, jeśli coś się będzie działo, to dzwoń.

Oczywiście.

Teoretycznie powinna się uspokoić po rozmowie z mamą, ale niestety, na duszy nie zrobiło się lżej przeczucie dalej ją męczyło.

Nie umiała zrozumieć, z czym ono może być związane, przecież nie było żadnych oczywistych powodów do niepokoju.
Chociaż z jej zawodem zdarzyć się może naprawdę wszystko. Zwłaszcza dziś, bo poniedziałek, a jak wiadomo, poniedziałki bywają ciężkie…

Dopiła kawę, zerknęła na zegarek była wpół do siódmej szybko się ubrała i zabrawszy kanapki, ruszyła do pracy.

*****

Na terenie pogotowia Ewelina spotkała Piotra kierowcę, z którym miała dziś całą zmianę jeździć po mieście. Piotr, zobaczywszy ją, pomachał radośnie, a ona tylko skinęła lekko głową.

Ewelina, czemu taka ponura? uśmiechnął się Piotr, zaciągając się papierosem. Coś się stało?

Nie, Piotrek, jeszcze nic Ale czuję, że coś się wydarzy odpowiedziała zamyślona.

Nie daj Boże Skąd ci takie rzeczy do głowy w poniedziałek? Nie wyspałaś się?

Ewelina nie odpowiedziała.

Zamiast tego spojrzała do góry. Niebo było całe zasnute chmurami: za chwilę lunie jak z cebra.

A ona od dziecka nie lubiła deszczu…

Może o to chodzi? Może to nie przeczucie, tylko zwyczajne przygnębienie przez pogodę?
Uśmiechnęła się, ciesząc się, że znalazła przyczynę swojego niepokoju.

Jednak już po chwili to złe przeczucie znowu dało o sobie znać.

Udanej zmiany, koledzy! zawołała młoda dziewczyna, przebiegając obok nich.

Piotr aż zadławił się dymem, zakasłał i pokazał jej pięść; dziewczyna zaczęła mrugać z przestrachem.

Ojej, przepraszam Zupełnie wyleciało mi z głowy powiedziała zawstydzona.

Ta dziewczyna dopiero tydzień temu zaczęła pracę jako ratowniczka i ciągle zapominała, że życzyć „udanej służby” ekipie przed wyjazdem, to zły omen.

Bo taki mamy przesąd.

No to teraz na pewno coś się wydarzy szepnęła prawie bezgłośnie Ewelina, czując jak po plecach przebiegł jej chłód.

A sio ci z tym mruknął Piotr, gasząc peta w metalowym koszu.

*****

Ewelina nerwowo podgryzała wargi za każdym razem, kiedy dyspozytorka wysyłała nowy adres na tablet i przez głośnik oznajmiała powód wezwania pogotowia:

Mężczyzna, 35 lat, silny ból głowy, bełkotliwa mowa, podejrzenie udaru.

Tego mi jeszcze brakowało pomyślała Ewelina. Jasne, ratownicy muszą być gotowi na wszystko, ale…

Każde zgłoszenie przepuszczała przez siebie. Wszystko bardzo przeżywała, zwłaszcza te kończące się tragicznie. A przy udarze o to nietrudno.
Szczególnie dziś…

Na szczęście okazało się, że ten mężczyzna nie miał żadnego udaru.

Język plątał mu się, bo świętował do rana urodziny kolegi, a głowa bolała z powodu kaca. Ewelina dała mu tabletkę i poradziła się wyspać.

A jak wypiję piwko, to pomoże? zapytał z nadzieją, masując skronie.

Absolutnie nie! Będzie tylko gorzej. Jak chcesz żyć długo i szczęśliwie lepiej całkiem zrezygnuj z alkoholu.

Wychodząc z mieszkania, odetchnęła z ulgą, że nic złego się nie stało.

Może Piotr ma rację to złe przeczucie, o którego obawach mówiłam mu w drodze na zgłoszenie, to po prostu efekt chronicznego zmęczenia i stresu?
Już zaczęła się uspokajać, kiedy nagle ponownie odezwała się dyspozytorka i skierowała ich z Piotrem na cmentarz.

Gdzie?! zdziwił się Piotr.

Na cmentarz odpowiedziała smutno Ewelina, ściskając tablet w dłoni.

Dziś na miejskim cmentarzu mieli żegnać jakiegoś znanego aktora z Krakowa, chociaż sama Ewelina nigdy o nim nie słyszała.

Ludzi było mnóstwo.

Młodzi, starsi, mężczyźni, kobiety. Jedni stali w zadumie z kwiatami, inni płakali, ktoś wspominał zmarłego ciepłym słowem.
Ewelina co chwilę czekała, że coś się wydarzy. Piotr kopcił jak smok.

Ale nic się nie wydarzyło i na szczęście nikt nie potrzebował pomocy pogotowia.

Potem były kolejne wezwania już całkiem zwyczajne, powtarzające się niemal codziennie.

Tak zleciało prawie dwanaście godzin; Ewelina dopiero spostrzegła, jak zbliża się koniec zmiany.

Jeszcze jakieś dziesięć minut i można wracać na bazę.

Już marzyła, jak wróci do domu, wskoczy pod prysznic i od razu położy się spać. A rano nowy dzień i może lepszy nastrój.

Na wszelki wypadek po raz dziesiąty zadzwoniła do mamy, żeby się upewnić, że u niej wszystko dobrze.

Wszystko w porządku odpowiedziała Helena Stanisławowna. Teraz zjem kolację i będę oglądać serial.

I jak tam mama? zapytał Piotr, gdy schowała telefon do kieszeni.

W porządku.

No widzisz! szeroko się uśmiechnął Piotr. Mówiłem, że nic złego się dziś nie wydarzy. A ty tylko: złe przeczucie, złe przeczucie

Ale ono wciąż jest, Piotr Naprawdę nie wiem, co mnie tak niepokoi.

Może powinnaś sobie sprawić jakieś zwierzątko one świetnie relaksują.

Serio?

Oczywiście! U mnie w domu kot Maciek. Jak wracam, wskakuje mi na kolana i mruczy, mruczy Od razu wszystko staje się lepsze. Jak miałem gorszy dzień, od razu mi lżej, jak głaszcze się kota. I śpię potem jak niemowlę.

Piotrek, z moimi dyżurami? Kto miałby się nim zajmować, jak mnie nie ma? Ty masz rodzinę, ja mieszkam sama.

Chciała jeszcze coś powiedzieć, gdy nagle odezwał się tablet i usłyszała głos dyspozytorki:

Ewelina, wybacz, ale zmiana się jeszcze nie skończyła, więc musisz wziąć ostatnie zgłoszenie. Ulica Mickiewicza 23, mieszkanie… sekundę…

Nie czterdzieści osiem przypadkiem?

Tak, Ewelina, masz rację mieszkanie 48. Skąd wiesz? zdziwiła się dyspozytorka.

Przecież tam mieszka pan Antoni. Byłam u niego już tyle razy, że prawie czuję się jak domownik. Co się stało znowu serce?

Usłyszała, jak dyspozytorka ciężko westchnęła wtedy Ewelinę naszedł strach…

Umarł, Ewelina… Jeszcze rano chyba. Policja już na miejscu, wy też musicie być. Wiesz, po co…

Wiem… odpowiedziała cicho.

Drżącą ręką położyła tablet na kolanach i spojrzała na Piotra, który też słyszał wszystko, więc tylko milczał.

A potem powiedział:

Szkoda pana Antoniego. Po tym, co mi opowiadałaś porządny człowiek był. Ale, Ewelina, to nie twoja wina, pamiętaj. On sam nie chciał jechać do szpitala, nawet do przychodni nie chodził… Nie masz jego śmierci na sumieniu, słyszysz?

Mhm…

Ewelina oparła się na oparciu siedzenia, zamknęła oczy i na chwilę zniknęła w sobie.

*****

Poznała Antoniego półtora miesiąca temu. Sam wezwał karetkę, bo bolała go mocno klatka piersiowa.

Pan mówił, że drzwi otwarte, można wchodzić informowała wtedy dyspozytorka.

Dobrze.

W drzwiach przywitał ją malutki szczeniak. Tak mały, że mieścił się w jednej dłoni.

Najpierw zabawnie warczał na intruza, potem szczekał, aż zawołał go pan Antoni. Piesek natychmiast pobiegł do niego, machając ogonem.
Znalazłem go na ulicy, przygarnąłem i teraz mnie chroni uśmiechnął się starszy pan, próbując wstać.

Leż spokojnie zatrzymała go Ewelina. Ale szczeniak świetny. Też bym takiego chciała, gdybym mogła.

A czemu nie możesz?

Z różnych powodów. Dobra, panie Antoni, porozmawiajmy lepiej o pańskim zdrowiu. Od kiedy to się dzieje? Czy jest pan pod opieką lekarza?

Odpowiedział na wszystkie pytania. Okazało się, że problemy z sercem zaczął mieć rok wcześniej, gdy zmarła mu żona. Chodził do przychodni, ale leczenie nie przynosiło ulgi, więc…

Wie pani, dla mnie jeszcze gorzej siedzi się w kolejce u lekarza. A ból… no, bywa czasem przechodzi.

Może pan dokładniej je opisać?

Nie ma co opisywać poboli, przejdzie. Raz wypiję krople nasercowe, raz tabletkę i przechodzi.

Ale to nie jest leczenie uśmiechnęła się Ewelina. Zróbmy EKG.

Na EKG rzeczywiście wyszły zmiany. Chciała go już zabierać do szpitala, ale pan Antoni stanowczo odmówił.

A Burek? Na kogo go zostawię? Daj mi tylko jakiś lek albo zastrzyk.

To i tak pomoże tylko na chwilę. Serio sugeruję wyjazd do szpitala.

Ale inni, co przyjeżdżali przed panią, zawsze dawali mi coś na miejscu. I co żyję! Do szpitala nie pojadę. Jak trzeba, to napiszę odmowę.

Ewelina nigdy go nie przekonała ani wtedy, ani później.

Wychodziło tak, że na każde zgłoszenie jechała tylko ona. A pan Antoni wzywał karetkę regularnie chyba raz w tygodniu na pewno.

Proszę pani, kiedyś tylko pobolewało i mijało, a teraz chwyci i nie puszcza.

Bo stan pańskiego zdrowia codziennie się pogarsza. Kompletnie pan się nie leczy. Może jednak przełamie się pan do szpitala?

Przepraszam, ale nie mogę starszy pan przytulił szczeniaka i długo głaskał. Nie mam z kim zostawić Burka, rozumie pani? On jeszcze taki mały.

Ale jak coś się panu stanie, to co z nim?

Nic się nie stanie. A nawet… jeśli się stanie, to wierzę, że znajdą się dobrzy ludzie. Sąsiadka obiecała, że jeśli coś zajmie się Burkiem. Nawet pokazałem jej, gdzie trzymam pieniądze.

Pieniądze? Po co?

A jak to po co? zdziwił się starszy pan. Żeby mogła kupić mu jedzenie. Sam wiem, że nie każdy chce brać psa z ulicy, bo ludzi po prostu nie stać.

To był dobry człowiek.

I teraz Ewelina znów jechała do pana Antoniego tylko tym razem już nie mogła z nim porozmawiać, jak wcześniej. Szkoda…

Ostatni wyjazd rzeczywiście okazał się być ostatnim.

I szczerze mówiąc, Ewelina nie zgadzała się z Piotrem. Twierdził, że to nie jej wina. Ale była! Powinna była go nakłonić do pojechania do szpitala. Powinna…

Ewel, jesteśmy.

Co? nie od razu poczuła dłoni Piotra na swoim ramieniu.

Jesteśmy, mówię.

Z trudem stawiając nogi, weszła na trzecie piętro, do mieszkania, gdzie był już dzielnicowy i sąsiadka pani Wera, z którą Ewelina poznała się podczas wcześniejszego wezwania.

Panu Antoniemu wtedy zasłabło na ławce przed blokiem, nie puszczał Burka z ramion i poprosił Werę, by zadzwoniła po pogotowie. Tak się poznały.
Dzień dobry, Ewelina.

Dzień dobry, pani Wero powiedziała cicho. To pani zadzwoniła po policję?

Tak, bo kto inny? Piesek pana Antoniego szczekał od rana. Zdziwiłam się, czemu pan Antoni nie wyszedł z nim na spacer, jak zawsze, ale pomyślałam: może nie ma humoru.

A potem?

Potem pojechałam na działkę i wróciłam wieczorem. A piesek cały czas szczeka. Zadzwoniłam po policję. Dzielnicowy przyszedł z dozorczynią z administracji, otworzyli drzwi i… wskazała ręką sypialnię.

Rozumiem, dziękuję.

Ewelina poszła do sypialni, długo patrzyła na pana Antoniego, ledwo powstrzymując łzy. Zrobiła potrzebne notatki na specjalnym druku. I wtedy…

… coś sobie przypomniawszy, zaczęła szukać po całym mieszkaniu w kuchni, łazience, sprawdziła nawet balkon.

Przepraszam, czegoś szukasz? wyrwał ją z zamyślenia dzielnicowy.

Powinien tu być piesek, nie widzę go nigdzie. Widziała go pani?

Czarny, malutki? Tak, biegał tu, szczekał na nas, warczał zaśmiał się dzielnicowy, a po chwili spoważniał. Sąsiadka chyba go zabrała.

Dzięki Bogu! odetchnęła z ulgą Ewelina.

Przeraziła się, że pieska mogli wyrzucić na ulicę. Pan Antoni bardzo go kochał i nie zniosłaby, gdyby mu się coś stało…

Pożegnawszy się z dzielnicowym, postanowiła na chwilę wstąpić do pani Wery, która przed chwilą wyszła, tłumacząc się pilnymi sprawami.

Ewelina? zdziwiła się sąsiadka. Coś się stało?

Chciałam tylko podziękować, że zabrała pani Burka. Jak on się trzyma, bardzo tęskni?

Kto tęskni?

No, Burek Przecież jest u pani, prawda?

A, ten piesek? w końcu zorientowała się Wera. Nie, nie zabrałam. Po co mi on?

Ale dzielnicowy mówił, że zabrała go pani.

No tak, zabrałam. Ale wypuściłam na dwór na spacer. Tyle warczał i szczekał na dzielnicowego, że uznałam, że na dworze mu lepiej niż w mieszkaniu. Poza tym głowa mi rozbolała od jego szczekania.

Czekaj Wypuściła go pani na dwór?

Przesadzasz, tylko wypuściłam, a nie wyrzuciłam. Przecież pan Antoni nie żyje, nie ma dla kogo trzymać psa w domu.

Ale pan Antoni mówił, że się z panią umówił, nawet pokazał, gdzie są pieniądze, żeby pani mogła kupić dla psa jedzenie

Twarz pani Wery nagle stężała; najpierw się wystraszyła, potem zmarszczyła brwi:

Nie rozumiem, o czym mówisz. Nie miałam z Antonim żadnych ustaleń, tym bardziej nic nie wiem o żadnych pieniądzach.

Ale on sam…

Przepraszam, nie mam teraz czasu. A pies Jak będzie chciał przetrwać da radę. Świat nie jest taki zły, może ktoś go weźmie.

*****

Ewelina zbiegła po schodach i wybiegła z klatki. Kiedy była w mieszkaniu pana Antoniego, pogoda się zepsuła i zaczęło padać.

Na razie lekko, ale z każdą minutą krople stawały się większe i cięższe.

Ewelina, po co stoisz na deszczu? zawołał Piotr. Chodź do samochodu, przemokniesz cała.

Podeszła do ambulansu, otworzyła drzwi, wstawiła do środka apteczkę i zamknęła.

Ewelina, o co chodzi? Piotr wysiadł z auta, podszedł do niej.

Piotr, jedź już na bazę, moja zmiana się skończyła, a ja jeszcze muszę coś załatwić.

Co?

Odnaleźć psiaka.

Jakiego psa, Ewelina? Możesz mi powiedzieć, co się dzieje?

W kilku słowach streściła mu całą sytuację. Piotr odpalił papierosa i słuchał.

Burek nie mógł daleko uciec. Musi być tu gdzieś blisko, rozumiesz? Ty jedź, a ja… Sama go znajdę.

Piotr rzucił peta na asfalt, przydeptał butem i powiedział:

Nie! Samej cię tu nie zostawię. Za chwilę się ściemni. Szukamy Burka razem.

Zwariowałeś? Nie możesz zostawić ambulansu!

E tam, nikt się nie dowie. Nic się złego nie stanie.

Ratownik i kierowca przez kilkanaście minut chodzili dookoła bloku, szukając psa, który jakby zapadł się pod ziemię. Po chwili dołączył do nich dzielnicowy.

Sam zaoferował pomoc Ewelina była pozytywnie zaskoczona.

Mam go! usłyszała radosny krzyk Piotra i pobiegła w jego stronę.

Dzielnicowy również ruszył do nich szybkim krokiem.

Spójrz na tego łobuza! Znalazłem cię, a ty jeszcze na mnie warczysz! żartował Piotr do psa, stojąc przy ławce naprzeciwko bloku Antoniego.

Ewelina odetchnęła z ulgą, zobaczywszy Burka pod ławką.

Piesek naprawdę warczał na kierowcę, nie pozwalając podejść bliżej.
Burek, kochanie! prawie rozpłakała się ze szczęścia Ewelina (może i się rozpłakała; łzy mieszały się z deszczem na policzkach i były niewidoczne). Poznałeś mnie, Burku?

Szczeniak od razu rozpoznał kobietę, która tyle razy odwiedzała jego pana i zawsze miała coś dobrego dla niego.

Wypełzł spod ławki, spojrzał na nią smutnymi oczami, pisnął cicho.

Wiem, maluszku, wiem Nie ma już naszego pana Antoniego. Odszedł od nas.

Piotr odwrócił się, żeby ukryć łzy. Nigdy nie płakał przy ludziach, ale teraz nie powstrzymał się. Dzielnicowy również odwrócił wzrok przecież mężczyźni nie płaczą.

Zwłaszcza ci w mundurach.

Nie mogę ci zastąpić twojego pana, ale mówiła Ewelina do szczeniaka. Ale chętnie spróbuję, mój kochany. Pójdziesz ze mną?

I Burek poszedł.

Bo wiedział, że Ewelina to dobry człowiek, który nigdy mu nie zrobi krzywdy.
A poza tym bardzo nie lubił deszczu…

*****

Na początku Ewelina bardzo się bała, że sobie nie poradzi. Ale z pomocą przyszła jej mama.

Kiedy miała dyżur, Helena Stanisławowna przychodziła do niej do mieszkania, karmiła i wyprowadzała Burka.

A gdy miała wolne, wszyscy spędzali czas w parku Ewelina, mama i ukochany pies.

Nie żałowała ani przez chwilę, że przygarnęła tego bezbronnego i porzuconego szczeniaka.

Teraz jej życie nabrało sensu, zaczęła rozumieć pana Antoniego choć jako lekarz nie zgadzała się z jego uporem, by nie leczyć się.

Jakiś czas później do jej małej, ale silnej rodziny dołączył jeszcze ktoś.

Ten sam dzielnicowy, którego poznała w mieszkaniu Antoniego i który aktywnie pomagał w szukaniu psa. Ewelina od razu mu się spodobała i chociaż okoliczności pierwszego spotkania były mało romantyczne, nie przeszkodziło to znajomości.

Gdy Władek przyszedł później z bukietem kwiatów, na progu przywitał go Burek.

Piesek obwąchał go, spojrzał jeszcze raz, po czym zaszczekał radośnie, zapraszając mężczyznę do mieszkania: test zdany.

To znaczy, że nic nie grozi jego ukochanej pani. No, chyba że… prawdziwe szczęście ją odnajdzie. Takie, o jakim marzyła od dawna.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

szesnaście − cztery =

Ostatnie wezwanie