**Ostatni list**
Ewa nie znała swojego ojca. Gdy podrosła i zapytała matkę o niego, ta tylko odparła:
— Czy źle ci się ze mną żyje?
Halina kochała córkę, choć nie rozpieszczała. Jak nie kochać tej cichej, wielkookiej dziewczynki? Nie sprawiała kłopotów, nie uciekała z lekcji, uczyła się dobrze i słuchała matki.
Była zwyczajna, nie rzucała się w oczy. Nie wszystkim przecież dane jest być pięknymi. Nigdy nie usłyszała od dorosłych, że jest śliczna czy urocza. „Taka sama jak matka!” — mówili.
Matka nie perfumowała się, nie malowała ust, nie nosiła szpilek. „Jakie obcasy? Po całym dniu przy maszynach nogi bolą jak szalone” — mawiała. Pracowała w tkalni. W halach było głośno, więc Halina przywykła mówić podniesionym głosem, niemal krzyczeć.
Po dziewiątej klasie matka wysłała Ewę na wakacje na wieś, do swojej przyjaciółki. Chyba miała jakieś plany miłosne. Córka nie powinna była o tym wiedzieć.
— A jak poznałaś moją mamę? — spytała ciocię Zosię Ewa. — Ona jest z miasta, a ty mieszkasz na wsi.
— Twoja matka też jest stąd. Przyjaźnimy się od kołyski. Później wyjechała do miasta, dostała pracę w fabryce. Nie mówiła ci? Zawsze wstydziła się wiejskich korzeni. — Ciocia Zofia westchnęła. — A ja zostałam, zaraz po szkole wyszłam za mąż. Bóg nie dał dzieci, mąż wyjechał do pracy i przepadł. Żyję sama. Twoja matka przynajmniej zdołała urodzić, a tu nawet porządnych mężczyzn nie ma. Wszyscy piją.
— A mój ojciec? Wiesz coś o nim?
— A czemu nie? W fabryce same kobiety. Po zmianie nie ma czasu na miłość. Twojej matce dawali mieszkanie jako przodownicy pracy. Nie wszystkim się tak udawało. A lata lecą.
Przyszedł do nich mężczyzna, mechanik. Nie przystojniak, ale facetowi urodę można wybaczyć. Wśród kobiet każdy jest na wagę złota. Nie wiem, jak to się stało, ale zaszła z nim w ciążę. I to w ostatniej chwili, ledwo zdążyła.
Halina nie była urodziwa. Zalotników nie miała. Gdy dowiedziała się, że będzie dziewczynka, ucieszyła się jeszcze bardziej. Dziewczynkę łatwiej wychować bez ojca. Urodziła dla siebie. Tak się to nazywa. — Ciocia Zofia westchnęła.
Z ciocią Zosią rozmawiało się łatwiej niż z matką. Nauczyła Ewę wielu rzeczy w gospodarstwie. A co innego robić na wsi? Dzieciaków było pełno, ale same maluchy, nie w jej wieku.
Pod koniec lipca przyjechał do sąsiada nastolatek. Gdy Ewa go zobaczyła, serce zabiło mocniej. Pomagał dziadkowi w ogrodzie, nosił wodę z rzeki, a Ewa obserwowała go przez okno.
Pewnego dnia zobaczyła, jak idzie nad rzekę. Chwyciła ręcznik i pobiegła za nim. W połowie drogi przypomniała sobie, że nie włożyła kostiumu, ale nie było sensu wracać. Usiadła na trawie nad brzegiem i patrzyła, jak nurkuje i odpryskuje wodę, wynurzając się. On też ją zauważył.
— Co siedzisz? Woda ciepła! — zawołał.
Zawstydziła się, chciała odejść. Nagle wyszedł na brzeg i podał jej lilię wodną, pachnącą rzeką i mułem.
Ewa oddała mu swój ręcznik. Rozmawiali. Wojtka rodzice wysłali na wieś do dziadka, podczas gdy oni się rozwodzili i dzielili majątkiem.
— Co robisz jutro? — spytał.
— Nic, będę pomagać cioci Zosi. A co? — A jej serce zaczęło galopować. Nigdy tak nie rozmawiała z żadnym chłopakiem.
— Chodź ze mną do lasu, grzyby już są, a dziadek ma chore nogi.
— Chodźmy — odparła i poczerwieniała.
— Tylko rano, po rosie. Zawizgam ci — powiedział Wojtek.
Wracali do domu razem. On uderzał patykiem w pokrzywy przy płocie, a ona niosła mokry ręcznik na ramieniu. Wydawało jej się, że obejmuje ją za barki.
Ewa obudziła się wcześnie, ledwo świtało. Co chwilę spoglądała na zegarek. Wskazówki ledwo się poruszały.
— Czym się tak męczysz? — spytała ciocia Zosia, przeciągając się. — Śpij, jeszcze wcześnie.
— Idę z Wojtkiem do lasu po grzyby, boję się zaspać — przyznała się szczerze.
Ciocia wstała, stękając, przyniosła gumowce i stare ubranie z komórki.
— Tego nie założę. Będę wyglądać jak strach na wróble — uparła się Ewa.
— Zakładaj, głupia. W lesie są węże, komary i kleszcze. I włosy schowaj pod chustkę.
Niechętnie włożyła szerokie spodnie i koszulę, spojrzała w lustro i przeraziła się. Jak żywy straszak. A pod oknem rozległo się gwizdnięcie. Nie było czasu na przebieranie. Chwyciła koszyk i wybiegła na podwórze. Wojtek z zadowoleniem przyglądał się jej. Sam był ubrany identycznie.
W lesie Wojtek zbierał grzyby, a Ewa nie widziała ani jednego.
— Kiedykolwiek zbierałaś grzyby? — spytał.
Ewa zawstydzona pokręciła głową.
— Już rozumiem — westchnął i zaczął pokazywać, jak szukać grzybów, które są jadalne, a których nie wolno dotykać.
Gdy znalazł grzyb, pokazywał jej, a sam szedł dalej. Wkrótce i Ewa zaczęła je dostrzegać.
— Brawo — pochwaliła ciocia Zosia, widząc pełny koszyk. — Zrobię zupę, a dla was z matką ususzę. Będziecie jeść zimą i wspominać lato.
A pod oknem znów rozległo się gwizdnięcie.
— Biegnij. Narzeczony pewnie na kąpiel cię woła.
Ewa poczerwieniała i poszła po kostium.
Tak spędzili cały miesiąc — w lesie, nad rzeką, w sklepie. Ewa zakochała się od pierwszego wejrzenia. Gdy go widziała, serce zamierało w piersi. Od przypadkowego dotyku drżała jak osika. W nocy marzyła o nim, rano spieszyła się, by znów go zobaczyć.
Sierpień minął niepostrzeżenie, przyjechała matka.
— Czym ją tu karmiłaś, Zocha, że tak się zaokrągliła? — Matka podejrzliwie przyglądała się opalonej i wypiękniałej Ewie.
— Na świeżym powietrzu i chleb smakuje lepiej — uśmiechnęła się ciocia Zosia.W końcu Ewa zrozumiała, że czasem życie daje drugą szansę, nawet jeśli na nią długo trzeba czekać.



