Rafał stał przy oknie swego mieszkania w Katowicach i obserwował, jak po porannej ulicy spieszą się uczniowie. Jedni w szarych kurtkach puchowych, drudzy w dżinsach i z gołymi kostkami, choć za oknem było minus dwadzieścia. Wiatr wciskał zimno w szyby, lecz dzieci wydawały się nieczułe na mróz. Zaśmiał się cicho – niemal z zazdrością. Pociągnął łyk kawy. Gorzka. Zauważył to za późno, ale nie miał ochoty wracać do kuchni. Palce mu drżały. Wiek. Ciśnienie. Albo samotność.
Na ekranie telefonu migał nieodebrany – od syna. Rafał wiedział, że powinien oddzwonić. Jeśli nie teraz, to wieczorem usłyszy w słuchawce: „Znowu jesteś zajęty, jak zawsze”. A on nie był zajęty. Po prostu nie wiedział, o czym mówić. Syn miał trzydzieści jeden lat, dorosły facet. Ich rozmowy przypominały negocjacje na granicy dyplomatycznego kryzysu. Sucho. Ostrożnie. Z daleka. Wszystko, co ważne, dawno już zasypały niewypowiedziane żale i niedopowiedziane słowa. Próbował nawet ćwiczyć wcześniej, co powie. Lecz za każdym razem kończyło się na nudnym: „Jak w pracy?”
Włożył stary płaszcz, wziął wełniane rękawice, ciepłe choć nieco śmieszne. Wyszedł. Zimno uderzyło w twarz jak bat. Powietrze pachniało spalonym węglem i chlebem – z budki, którą codziennie rano rozstawiali przy sklepie. Ślisko. Jakby całe miasto pokryte było niewidzialną taflą szkła. Na rogu kobieta sprzedawała pączki – furgonetka, uchylona klapa, z wnętrza buchała para i zapach smażonego ciasta. Przypomniał sobie: kiedyś kupował takie same dla Bożeny. Gorące, z jagodami. Lubiła jagody, marszczyła nos, gdy wypływał sok. Śmiała się wtedy – szczerze. A potem przestała. Śmiać się, czekać, być z nim.
Teraz mieszkała we Wrocławiu. Nowy mąż, nowa praca, nowe życie. Dzwoniła od święta. Głos – jak suche liście. Ani intonacji, ani ciepła. Zawsze słyszał w nim coś nieufnego. Jakby chciała się upewnić – czy on wciąż tam, gdzie go zostawiła. Albo odwrotnie – może liczyła, że już go tam nie ma.
Skręcił w stronę parku. Mieszkał tu ponad dwadzieścia lat. Dzielnica się zmieniła – budynki wyższe, klatki obce. Sąsiedzi – nowi. Tylko wspomnienia tkwiły w tych samych miejscach. Oto ławka, na której trzymał Bożenę za rękę w dziewięćdziesiątym ósmym. Oto krawężnik, gdzie usiadł, gdy zadzwonili z wiadomością o śmierci ojca. Wszystko tu było. Tylko ludzi brakowało.
Na ławce przy fontannie – dziewczyna. Młoda. Palila. Włosy rozczochrane, oczy pełne niepokoju. Jakby kogoś czekała, ale nie była pewna, czy przyjdzie. Obok – torba i koc. Rafał miał już minąć, gdy nagle ich spojrzenia się spotkały. I było w nim tyle… samotności, że mimowolnie się zatrzymał.
— Przepraszam — szepnęła. — Pan stąd?
— Można tak powiedzieć. A pani?
— Czekam tu na kogoś. Miał przyjść. Chyba jednak nie przyjdzie.
Mówiła spokojnie. Niemal bez emocji. Ale głos jej drżał.
— Mogę posiedzieć z panem pięć minut? Jakoś… nie najlepiej… Wiem, dziwne.
— Nic dziwnego. — Rafał usiadł obok. — Czasem po prostu ktoś musi być blisko. Nieważne, kto.
Milczeli.
Zgasiła papierosa o brzeg kosza i splotła dłonie między kolanami.
— Rozstaliśmy się rok temu. Powiedział wtedy, że może jeszcze porozmawiamy. Wczoraj napisał, że się spotkamy. Tutaj. Na dziesiątą. A już jedenasta.
— Ludzie rzadko przychodzą, kiedy obiecują. Zwłaszcza jeśli myślą, że powiedzieli już wszystko. Czasem spotkanie to tylko pożegnanie. Ciche, bez słów.
— A pan… czekał kiedyś na kogoś? — zapytała.
Rafał nie odpowiedział od razu. Patrzył na oszronione drzewa, na wymarły park.
— Całe życie. Najpierw na ojca. Potem na kobietę. Potem na siebie. Czekasz czasem, nie wiedząc na kogo. Liczysz, że przyjdzie ktoś, kto powie: „Wiem, jak ci ciężko”. A przychodzi cisza. Albo zupełnie kto inny.
Nie zapytała, kogo miał na myśli. On nie tłumaczył.
Po prostu siedzieli. Pięć minut. Dziesięć.
W końcu wstała.
— Dziękuję.
— Za co?
— Że pan był. Po prostu był.
Odeszła. On został. Spojrzał na pustą ławkę. Potem wyjął telefon.
„Syn”
Kliknął.
Tamten odebrał od razu:
— Tato, dzwoniłeś?
— Tak. Chciałem zapytać… Może w sobotę do parku? Ot tak. Posiedzimy. Pogadamy.
Chwila ciszy.
— Jasne — odpowiedział syn. — Już dawno chciałem.
Rafał się rozłączył. Powoli wstał. Patrzył, jak ślady butów odciskają się na śniegu. Wziął głęboki oddech.
I ruszył przed siebie.
Ostrożnie.
By nie przeoczyć tego, co najważniejsze.



