Ostatni list

**Ostatni list**

Zosia nigdy nie poznała swojego ojca. Gdy podrosła i zapytała matkę o niego, ta tylko odparła:

— Czy źle ci się żyje ze mną?

Halina kochała córkę, choć nie rozpieszczała. Jak nie kochać cichej, wielkookiej dziewczynki? Nie sprawiała kłopotów, nie wagarowała, uczyła się dobrze i słuchała matki.

Była zwyczajna, nie wyróżniała się niczym szczególnym. Nie każda musi być pięknością. Nigdy nie usłyszała od dorosłych, że jest śliczna czy urocza. „Taka sama jak matka” — mawiali.

Mama nie używała perfum, nie malowała ust, nie nosiła szpilek. „Gdzie tam szpilki! Po całym dniu przy maszynach nogi bolą jak cholera” — tłumaczyła Halina. Pracowała w tkalni. W halach panował taki hałas, że przywykła mówić podniesionym głosem, niemal krzyczeć.

Po dziewiątej klasie Halina wysłała Zosię na wakacje do przyjaciółki na wieś. Miała w planach nowy związek. Córka nie powinna była o tym wiedzieć.

— Jak poznałaś moją mamę? — spytała Zosia ciocię Jadzię. — Ona jest z miasta, a ty mieszkasz na wsi.

— Twoja matka też była wieśniaczką. Przyjaźniłyśmy się od kołyski. Potem wyjechała do Łodzi, dostała pracę w fabryce. Nie mówiła ci? Zawsze wstydziła się swoich korzeni. — Ciocia Jadzia westchnęła. — Ja zostałam, zaraz po szkole wyszłam za mąż. Bóg dzieci nie dał, mąż pojechał do Niemiec i przepadł. Żyję więc sama. Twoja mama przynajmniej dziecko urodziła, a tu nawet porządnych mężczyzn nie ma. Sami pijacy.

— A mój ojciec? Wiesz coś o nim?

— A czego nie wiedzieć? W tkalni same kobiety pracują. Po zmianie nie ma czasu na miłość. Twojej matce, jako przodownicy pracy, dali mieszkanie. Nie każdemu się tak poszczęściło. A lata lecą.

Przyszedł do nich mechanik. Nie przystojniak, ale facetowi uroda niepotrzebna. Wśród kobiet każdy się liczy. Nie wiem, jak to się stało, ale zaszła z nim w ciążę. I to w ostatniej chwili, już prawie przekroczyła wiek.

Halina nie była urodziwa. Zalotnicy za nią nie latali. Gdy dowiedziała się, że będzie dziewczynka, ucieszyła się jeszcze bardziej. Córkę łatwiej wychować samotnie. Urodziła dla siebie. Tak to się nazywa. — Ciocia Jadzia westchnęła.

Z ciocią Jadzią rozmawiało się łatwo, nie jak z matką. Nauczyła Zosię wielu gospodarskich rzeczy. Co innego robić na wsi? Dzieci było sporo, ale same maluchy, nie w jej wieku.

Pod koniec lipca przyjechał do sąsiada nastolatek. Gdy Zosia go zobaczyła, serce w niej zabiło mocniej. Pomagał dziadkowi w ogrodzie, nosił wodę ze studni, a ona przyglądała mu się przez okno.

Pewnego dnia poszedł nad staw. Zosia chwyciła ręcznik i pobiegła za nim. W połowie drogi zorientowała się, że nie wzięła kostiumu, ale nie miała ochoty wracać. Usiadła na trawie i patrzyła, jak nurkuje i parska, wynurzając się. Zauważył ją.

— Czemu siedzisz? Woda ciepła! — zawołał.

Zawstydziła się, chciała uciec. Nagle wyszedł na brzeg i podał jej lilię wodną, pachnącą stawem i zielskiem.

Zosia w zamian dała mu swój ręcznik. Rozmawiali. Wojtka rodzice wysłali na wieś do dziadka, na czas rozwodu i podziału majątku.

— Co robisz jutro? — spytał.

— Nic, pomagam cioci Jadzi. A co? — Serce biło jak oszalałe. Nigdy wcześniej tak nie rozmawiała z chłopakiem.

— Chodź ze mną do lasu, grzyby już są, a dziadek nogę sobie naciągnął.

— Chodźmy — odparła, rumieniąc się.

— Tylko rano, po rosie. Zagwizdam ci.

Wracali razem do domu. On strącał pokrzywy patykiem, a ona niosła mokry ręcznik na ramieniu i miała wrażenie, jakby obejmował ją za plecy.

Zosia obudziła się przed świtem. Co chwilę spoglądała na zegarek, ale czas wlókł się niemiłosierdnie.

— Czego się wiercisz? — spytała ciocia Jadzia, przeciągając się. — Śpij, jeszcze wcześnie.

— Idę z Wojtkiem po grzyby, boję się przeleżeć.

Ciotka wstała, przyniosła gumowce i szerokie ubranie z komórki.

— Nie założę tego. Wyglądam jak strach na wróble.

— Zakładaj, głupia. W lesie pełno żmij, komarów i kleszczy. I włosy schowaj pod chustkę.

Zosia niechętnie włożyła spodnie i koszulę, spojrzała w lustro i przestraszyła się własnego odbicia. Rzeczywiście — strach na wróble. A za oknem rozległo się gwizdnięcie. Nie było czasu na przebieranie. Chwyciła koszyk i wybiegła. Wojtek spojrzał na nią z aprobatą. Sam był ubrany tak samo.

W lesie on zbierał grzyby, a ona nie mogła żadnego znaleźć.

— Kiedykolwiek zbierałaś grzyby? — spytał.

Zosia zawstydzona potrząsnęła głową.

— No to teraz się nauczysz. — Pokazał jej, jak rozpoznawać gatunki, które są jadalne, a których lepiej nie dotykać.

Gdy znajdował grzyba, pokazywał go jej, a sam szedł dalej. Wkrótce i ona zaczęła je dostrzegać.

— Brawo — pochwaliła ciocia Jadzia, widząc pełen koszyk. — Zrobię zupę, a resztę ususzę dla was na zimę. Będziecie wspominać lato.

Za oknem znów rozległ się gwizd.

— Biegnij. Narzeczony pewnie na kąpiel cię woła.

Zosia poczerwieniała i poszła po kostium.

Tak minął im cały miesiąc — las, staw, spacery. Zosia zakochała się od pierwszego wejrzenia. Na jego widok serce zamierało, od przypadkowego dotknięcia drżała jak osika. Nocami śniła o nim, rano budziła się wcześniej, byle tylko go zobaczyć.

Sierpień minął niepostrzeżenie. Przyjechała matka.

— Czym ją tu karmiłaś, Jadźka, że tak się zaokrągliła? — Halina przyglądała się opalonej i wypiękniałej córce.

— Na świeżym powietrzu i chleb smakuje lepiej. — Ciocia Jadzia się uśmiechnęła. — Masz, na susz zabrałam. Zosia sama zbierała. Z przyjacielem — dodała.

— Wcześnie zaczęła z chłopakami do lasu chodzić.Ale kiedy po latach w końcu się spotkali, okazało się, że czas nie zatarł niczego, a ich miłość przetrwała w ciszy listów, które nigdy nie dotarły.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia − dwadzieścia =

Ostatni list