On pochylił się nad owczarką. Ona spojrzała na człowieka ze smutnym, pełnym rezygnacji spojrzeniem i odwróciła się. Dawno przestała mieć nadzieję. Zbyt dobrze poznała już ludzi…

Nachylił się nad starą owczarką. Ona spojrzała na niego okiem pełnym rezygnacji i odwróciła łeb. Nadzieję porzuciła już dawno temu. Zbyt dobrze znała ludzi

Na ulicy mówili o nich po prostu: psia banda. Ale pan z klatki obok zawsze poprawiał: To nie żadna banda. To pięć psów, które trzymają się razem, żeby przetrwać.

Szefową tej paczki była stara owczarka widać, kiedyś była domowa. Pewnie zostawili ją poprzedni właściciele, wyjeżdżając z Warszawy bez oglądania się za siebie. To ona trzymała resztę w kupie, pilnowała, prowadziła, nie pozwalała rozpaść się tej małej ulicznej rodzinie.

Pan Janusz dokarmiał ich codziennie. Rano, kiedy szedł do pracy do biura na Mokotowie i wieczorem, gdy wracał do swojego mieszkania. Za każdym razem, jak tylko pojawiał się w zasięgu wzroku, pięć ogonów podskakiwało jak śmigła, niektóre zwinięte jak precel, inne smętne i opuszczone, ale zawsze szczęśliwe. W ich oczach było tyle radości, że serce mu się ściskało. Skakały, pchały się mokrymi nosami w jego dłonie, oblizywały ręce. W tych spojrzeniach było wszystko wdzięczność, zaufanie, nadzieja.

Na co może liczyć pies, którego ktoś porzucił na ulicy? A jednak one liczyły. Wierzyły. Kochały. Dlatego Janusz nigdy nie wychodził z domu z pustymi rękami wiedział, że czekają. I zawsze się doczekały.

Ale tamtego ranka do jego nóg podbiegły tylko cztery. Wyły, nerwowo rozglądając się w stronę końca ulicy. Janusz od razu wiedział, że coś jest nie tak.

Westchnął ciężko, wyciągnął telefon i zadzwonił do biura: Będę dziś później.

Na samym końcu ulicy, gdzie kończyła się Ochota i zaczynały bloki, pod krzakiem leżała stara owczarka. Potrącił ją samochód. Tam był zakręt, a niektórzy kierowcy pędzili przez niego jakby jechali rajdową trasą, nie patrząc na pieszych, a już tym bardziej na psy. Tym razem los nie dopisał.

Cztery psiaki żałośnie wyły, spoglądając Januszowi prosto w oczy on był jedynym człowiekiem, którego znały i któremu ufały.

Nachylił się nad owczarką. Z jej oczu płynęły łzy. Spojrzała na niego smutno i odwróciła głowę. Nadzieję zgubiła po drodze. Ludzi znała aż za dobrze. Martwiła się tylko jednym co się stanie z czwórką, za którą odpowiadała.

A więc tak Boli? spytał cicho Janusz, znów sięgając po telefon.

Załatwił sobie dzień wolny, zaparkował auto jak najbliżej i ostrożnie przeniósł psa na tylne siedzenie. Cztery psiaki biegały wokół auta, ocierały się o jego ręce, jakby mówiły dziękuję!.

W weterynarii pani doktor Kasia obejrzała owczarkę, westchnęła i powiedziała:

Najlepiej uśpić. Za dużo złamań. Szanse na przeżycie niewielkie, leczenie kosztowne spojrzała na Janusza trochę z rezygnacją.

Ale jakiś cień szansy jest? przerwał jej Janusz.

Szansa zawsze jest przyznała doktorka. Ale będzie cierpieć. Jaki sens?

Jest odpowiedział Janusz. Dla mnie jest. A zatem i dla niej. I jeszcze czeka na nią cztery psy. Jak później spojrzę im w oczy?

Pani Kasia popatrzyła uważnie, kiwnęła głową.

No dobrze, zaczynamy.

Po tygodniu Janusz odebrał owczarkę z kliniki. Przez ten czas cztery psiaki nie opuszczały jego podwórka ani na chwilę. Ich szczekanie na powitanie było tak głośne, że nawet ledwo chodząca owczarka ruszyła się, zaraz próbując polizać swoje przyjaciółki.

Janusz zaniósł ją do domu, a potem wyszedł do reszty i wygłosił całą mowę. O tym, że dom to odpowiedzialność. Że teraz nie wolno już wielu rzeczy, które robiło się na ulicy. Psiaki siedziały przed nim jak uczniowie, słuchały z powagą. Wreszcie przerwał, spojrzał na nie i się uśmiechnął.

No i co? Na co czekacie? Zapraszam!

Otworzył bramę szeroko.

Owczarka wracała do zdrowia błyskawicznie, jakby nagle odkryła nowe powody do życia. Cały czas próbowała wstać i wyjść do swojego stadka, Janusz pilnował, żeby nie przeciążała łap. Gdy kości się zrosły, założył jej wyjątkową obrożę pozłacaną, z malutkim dzwoneczkiem.

Teraz Janusz wychodzi z domu wcześniej. Idzie przez długą, pustą ulicę, na smyczy prowadzi pięć psów: cztery małe rozrabiaki z ogonami zawiniętymi w precelki i jedną dużą, sędziwą owczarkę w złotej obroży z dzwoneczkiem.

Powinniście zobaczyć, jak patrzą na świat. Teraz mają dom. Ona obrożę z dzwoneczkiem. Stara owczarka idzie, głowa podniesiona, łapy pewne.

Wy tego nie zrozumiecie, bo nigdy nie mieliście takiej obroży. Dla psa wszystko jasne tak chodzi ktoś, kogo się szanuje.

I tak maszerują przez Warszawę: człowiek, który nie poszedł na skróty, i pięć psów, które nie przestały ufać i kochać, mimo ludzkiej zdrady.

Idą i cieszą się. Czym? Nie wiem. Może sobą nawzajem. Może słońcem. Może tym, że na świecie wciąż jest trochę miłości.

Patrzycie im w oczy i już wiecie: dopóki istnieją takie spojrzenia, nic nie jest jeszcze stracone.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

18 + dziewięć =

On pochylił się nad owczarką. Ona spojrzała na człowieka ze smutnym, pełnym rezygnacji spojrzeniem i odwróciła się. Dawno przestała mieć nadzieję. Zbyt dobrze poznała już ludzi…