Wieczorem, zmęczona i wyczerpana, Krystyna wracała do domu. W jednej ręce trzymała torebkę, w drugiej – siatkę z zakupami. Nogi się pod nią uginały. Chciało się usiąść na chodniku i nie ruszać. Ale w domu czekał Michał. Syn. Jedyny sens jej życia. Gdyby nie on, dawno by porzuciła tę nędzną egzystencję.
Jedni rodzą się z pieniężkiem w gębie, wszystko w życiu układa im się łatwo i szczęśliwie. Inni, jak Krystyna, wydają się skazani na wieczne cierpienie. W pierwszej klasie liceum, na urodzinach koleżanki, poznała chłopaka dwa lata starszego. Wydawał się jej dorosły, silny, wolny od wszelkich ograniczeń. Zakochała się bez pamięci.
Krystyna nie była pięknością, ale miała ten urok, jaki mają wszystkie młode dziewczęta – otwarte spojrzenie szarozielonych oczu, proste kasztanowe włosy, zgrabną figurę z zaokrągleniami tam, gdzie trzeba.
W styczniu mamę zabrało pogotowie – zapalenie płuc. Mieszkanie zostało do dyspozycji Krystyny i jej chłopaka. I wtedy wydarzyło się to, co przytrafia się niedoświadczonym dziewczynom w wieku siedemnastu lat. Dała się namówić na obietnice i słowa miłości, które tak łatwo przychodzą zakochanej młodzieży.
Gdy Krystyna zrozumiała, że jest w ciąży, od razu pobiegła do ukochanego.
– A niby co ja mam z tym wspólnego? Z jakiej racji mam być ojcem? Spójrz na mnie. Szukaj sobie innego frajera… – rzucił i zniknął z jej życia tak samo nagle, jak się w nim pojawił.
Co teraz? Z kim się zwierzyć, komu powiedzieć o swojej tragedii? Czas upływał, a Krystyna nie mogła się zebrać, by wyznać prawdę mamie.
Nadeszła wiosna, czas na lżejsze ubrania. Krystyna stała przed lustrem, próbując zapiąć spodnie, które nie schodziły się w pasie. Bluzka też była za ciasna na biuście.
– Chyba trochę przytyłaś – odezwał się za nią głos mamy. Krystyna drgnęła. – Pokaż no… – Mama obróciła ją, westchnęła i przycisnęła dłoń do ust.
– Od kogo? Który to miesiąc? Dlaczego milczałaś? – zaszeptała.
Mama krzyczała, obrażała ją, biegając po mieszkaniu z ręcznikiem w dłoni. Potem siedziały na kanapie, objęte, i razem płakały. Na aborcję było już za późno.
Krystyna zdała maturę, ale na studia się nie wybierała. Pod koniec września urodziła przystojnego chłopca, w którego twarzy było widać rysy lekkoducha, który ją porzucił.
Gdy syn podrósł, mama przez koleżankę załatwiła Krystynie pracę w administracji osiedlowej. Praca jej nie cieszyła – mieszkańcy ciągle narzekali, żądali, grozili. Aż w głowie się mąciło. Za dodatkowe pieniądze sprzątała jeszcze biura i zatłoczone korytarze. Michał rósł, potrzebował ubrań, trzeba było płacić za przedszkole.
Chłopiec był spokojny, nie sprawiał problemów. Krystyna wszystkiego sobie odmawiała, ale syn nie czuł się pokrzywdzony – ani miłością, ani zabawkami.
Gdy Michał poszedł do szkoły, mama ciężko zachorowała i po ośmiu miesiącach zmarła. Krystyna wzięła dodatkową pracę – sprzątanie w biurze obok. Mycie podłóg to nie problem, ale trzeba było jeszcze czyścić okna, sprzątać po remontach. Wracała do domu z nóg.
A potem nadszedł ten okres – wiek buntu. Michał stał się opryskliwy, zamknięty w sobie. Odpychał matkę, gdy pytała o szkołę. Krystyna wiedziała, że trzeba go pilnować. Łatwo wpaść w złe towarzystwo, a nawet sięgnąć po narkotyki. Ale wracała do domu późno, ledwo starczało sił, by ugotować prosty obiad i zapytać, jak minął dzień.
Ostatnio zauważyła u Michała zadrapania na twarzy, siniaki na rękach. Mówił, że to na w-fie, że się potknął…
Aż w końcu zobaczyła go z dziewczyną. Nie byłoby w tym nic dziDziewczyna wyglądała dziwacznie – w czarnej bluzie kilka rozmiarów za dużej, szerokich spodniach, z jaskraworóżowymi włosami i kolczykiem w nosie, ale Krystyna pomyślała, że może to tylko młodzieńcza moda i najważniejsze, by syn był szczęśliwy.



