Wojciech otworzył okno i wszedł na parapet. Ciemniejący w dole asfalt przyciągał i przerażał.
Życie bywa jak kręta ścieżka w lesie. Nigdy nie wiesz, dokąd cię zaprowadzi, co czeka za najbliższymi drzewami. Wojciech Kowalski nawet nie przypuszczał, że najpierw straci, a później na nowo odnajdzie swoje szczęście.
Nie śpieszył się z małżeństwem. Szukał bratniej duszy. Gdy zobaczył Elżbietę w kawiarni, serce natychmiast zadrżało — to ona. Bez wahania podszedł i przedstawił się. Czytali te same książki, oglądali te same filmy, oboje uwielbiali jeździć na łyżwach, oboje marzyli o silnej i kochającej rodzinie, o dzieciach.
Wszystko potoczyło się tak, jak pragnęli, lecz dzieci nie mogli mieć. Elżbieta chodziła po lekarzach, leczyła się, jeździła nawet do świętych miejsc, nie tracąc nadziei. Aż pewnego dnia uwierzyła, że jest w ciąży. Nie spieszyła się do szpitala, czekała, by się nie pomylić. Dopiero gdy brzuch zaczął rosnąć, poszła do przychodni.
Okazało się, że to nie upragniona ciąża, a guz. Gdy Wojciech przychodził z Elżbietą do onkologii, za każdym razem widział zamrożone spojrzenia pacjentów, jakby nasłuchiwali własnego ciała. Takie samo spojrzenie szybko dostrzegł u Elżbiety.
Wojciech nie odstępował żony na krok. Najpierw wziął urlop, potem zwolnienie, aż w końcu lekarz w przychodni ulitował się i wystawił mu L4. Ale szef wezwał go i postawił ultimatum: wraca do pracy albo traci posadę. Wojciech napisał wypowiedzenie.
Dni mijały na opiece nad żoną. Trzymał ją za rękę, gdy zaczęła się dusić, modlił się do Boga, by ich nie rozdzielał, by zabrał go razem z nią.
Nic nie pomogło. Po trzech miesiącach Elżbiety nie było.
Po pogrzebie Wojciech wrócił do pustego mieszkania. Szlafrok Elżbiety wisiał na oparciu krzesła od miesiąca. Wojciech wciąż miał nadzieję, że wstanie i go założy. W przedpokoju stały jej botki, wisiała kurtka, którą kupili z dużą zniżką poprzedniej wiosny. Gdziekolwiek spojrzał, wszystko przypominało mu Elżbietę, ukochaną i jedyną, tak przedwcześnie odeszłą.
Wojciech wtulił się w poduszkę, wciąż przechowującą zapach żony, i zaszlochał. Potem poszedł do sklepu i kupił dwie butelki wódki. Rano ledwo wstał z łóżka. Ból, który wieczorem nieco ustąpił, wrócił z nową siłą. Wylał niedopitą wódkę do zlewu. Chociaż co za różnica, co się z nim stanie? Bez Elżbiety nie chciał żyć.
W dzień jeszcze jakoś udawało się oderwać myśli, ale w nocy nie było ucieczki przed smutkiem. Pewnego wieczoru stał przy oknie i patrzył na nocne miasto. Co go tu trzyma? Mieszkanie? Niech je diabli wezmą. Nie miał pracy, żony, dzieci. Wojciech otworzył okno i wszedł na parapet. Ciemniejący w dole asfalt przyciągał i przerażał. Czwarte piętro — nie tak wysoko. A jeśli nie zginie od razu?
Zadzwonili do drzwi. Przez krótką chwilę Wojciech patrzył w dół, potem zszedł z parapetu i poszedł otworzyć. W progu stała sąsiadka.
— Widzę, też męczy cię bezsenność. Wpadłam sprawdzić, czy żyjesz. Jakoś tak u ciebie cicho. A skąd przeciąg? Okno otwarte? Nie zamierzasz czegoś głupiego? — wpatrywała się w niego z niepokojem.
— Tylko wietrzę — odpowiedział spokojnie.
— A, no dobrze. Tylko uważaj, nie rób głupstw. Jak wyskoczysz, to Elżbiety już nigdy nie zobaczysz. Grzech to ciężki — samemu odbierać sobie życie. Bóg nie pozwoli wam być razem w Królestwie Niebieskim.
— Wszystko w porządku, ciociu Marysiu.
Ledwo ją wyprawił. Ale ochota na skok minęła. Też słyszał, że samobójstwo to grzech, którego się nie odpuszcza.
Noc spędził na rozmyślaniach. A rano wrzucił do torby kilka rzeczy i zabrał zdjęcie, na którym zostali z Elżbietą na zawsze. Oszczędności wyparowały — wszystko poszło na leczenie. Wzrok zahaczył o szlafrok na krześle. Wojciech odwrócił się i wyszedł. Zamknął mieszkanie i zadzwonił do sąsiadki.
— Dokąd się wybierasz? — spytała, widząc torbę na jego ramieniu.
— Do matki. Nie mogę tu zostać. Zapiłbym się na śmierć.
— Słusznie. Na długo? — Zmrużyła oczy.
— Nie wiem. Pilnujcie mieszkania. — Podał jej klucze. — Numer telefonu macie, dzwońcie, jeśli coś. Czas już iść. — Machnął ręką i szybko zszedł po schodach.
Chwilę siedział w samochodzie, zbierając myśli. Potem przekręcił kluczyk i wyjechał z podwórka. Na drodze wcisnął gaz do dechy i ruszył przed siebie. Przemknęła mu myśl, by puścić kierownicę… Ale wtedy mogliby zginąć niewinni ludzie.
Przejechał dwieście kilometrów jak w transie, po raz pierwszy od miesięcy czuł się lekko i wolny. Rodzinne miasteczko zaskoczyło go wąskimi, błotnistymi uliczkami. Zwykle przyjeżdżał latem, gdy liście drzew zmieniały wszystko. Zapomniał, jak wygląda wiosenne błoto w małym prowincjonalnym miasteczku.
Oto i dom. Wojciech zatrzymał samochód przed ogródkiem i wysiadł. Zardzewiałe zawiasy furtki zajęczały. Na ganek wybiegła matka, wpatrując się w nieoczekiwanego gościa, aż klasnęła w dłonie i rzuciła mu się w ramiona.
— Synku, Wojtusiu! Jak to? Nawet nie uprzedziłeś. Sam jesteś?
Przytulił ją, wdychając znajomy zapach, serce wypełniło się ciepłem. Myślał, że łzy już wyschły, że wypłakał je wszystkie na pogrzebie, a tu znów poczuł wilgoć w oczach.
Długo rozmawiali, dzieląc się nowinami. Matka ubolewała nad stratą Elżbiety, współczuła synowi, starała się go pocieszyć, nakarmić czymś smacznym.
— Dobrze, że przyjechałeś. W domu i ściany leczą. Co tam samemu w mieście? Pamiętasz, jak wracDopiero gdy spotkał wzrok Leny, stojącej w drzwiach jej spalonego domu z dwojgiem dzieci, zrozumiał, że życie dało mu jeszcze jedną szansę.



