O, a kto to jest? zdziwiła się Ludwika, wchodząc do kuchni przyjaciółki.
Pod żółtym światłem lampy, w kącie przy najmniejszej szafce, skromnie przysiadł łysiejący mężczyzna koło czterdziestki. Sprawnie, choć nieśmiało, kroił koperek szerokim nożem należącym do Elżbiety.
Ludwika, to Tadeusz. Tadeusz, to Ludwika wydukała Elżbieta, mocno zawstydzona. Masz cukier, chodźmy.
Wcisnęła sąsiadce do rąk blaszankę oznaczoną kryształkami cukru i szybko wypchnęła ją do przedpokoju.
Miło mi! zdążyła jeszcze głośno krzyknąć Ludwika przez ramię, próbując bystrym spojrzeniem ogarnąć nowego przyjaciółki.
Ale nawet w szczegółach nie zrobił wrażenia. Nie było w nim nic, co tłumaczyłoby tak szybkie wprowadzenie się do Elżbiety i jej fartucha w pączki.
Tadeusz, zaraz wracam! krzyknęła Elżbieta w stronę kuchni i zatrzasnęła drzwi.
W przedpokoju Ludwika złapała ją mocno jak kleszcz:
Gadaj!
No co mam gadać? próbowała się wymigać Elżbieta. Oj, no dobra, chodź.
Wyszły z mieszkania, przemknęły przez ciasny przedpokój i weszły do sąsiedniego dwupokojowego mieszkanka.
W domu Ludwiki parowało cynamonem i perfumami Diora. Wnętrze, począwszy od śnieżnobiałego pufa przy drzwiach, zdradzało troskliwą dbałość gospodyni o swoje cztery kąty.
Nie to, co u mnie! myślała zawsze z żalem Elżbieta, wchodząc do przyjaciółki i przypominając sobie odklejające się tapety w swoim korytarzu.
Gadaj! powtórzyła stanowczo Ludwika.
Wsypała cukier do miski z kremem i, uzbrojona w trzepaczkę, czekała na wyjaśnienia.
A co z twoim Radosławem? znów spróbowała uciec od tematu Elżbieta.
Na zebraniu. Nie wróci szybko. No i?
No co? Zobaczyłam go na targu. No i zabrałam.
Jak to? Ludwika zmarszczyła brwi z niedowierzaniem.
No, stoi facet z zieleniną. W płaszczu, wyglądał przyzwoicie. Ale taki samotny. Podeszłam. Ile koperek? pytam. A on mówi: A może pani go dostanie w prezencie?. Ja na to: Jak to, nagle?. A on: Bo tak sobie wymyśliłem jeśli podejdzie do mnie kobieta ze smutnymi oczami, to wszystko jej podaruję. Proszę wziąć, sam hodowałem.
No i ty?
No i wzięłam. Odeszłam, ale potem się odwracam i mówię: A skąd pan wie, że mam smutne oczy? Wcale nie są smutne!. A on tak na mnie popatrzył w milczeniu A potem wziął moje torby i poszedł obok.
A ty? Ludwika zapomniała o trzepaczce i podrapała się nią po wystrzępionej grzywce.
A ja idę, milczę, myślę, co robić. No i stwierdziłam przecież facet wyraźnie zagubiony. Niech będzie. Poznaliśmy się w drodze.
No ty dasz! I tak po prostu z ulicy faceta do domu wprowadziłaś? Chociaż kosztowności schowałaś?
Ludwika! wkurzyła się Elżbieta. Co ty pleciesz? On jest, nawiasem mówiąc, lekarzem. Rentgenologiem.
Aha, dokumenty sprawdzałaś?
Słuchaj, no przecież ty sama mi opowiadałaś! zmartwiła się Elżbieta. O awokado
Jakim awokado? Ludwika była kompletnie zdezorientowana.
A Elżbieta znów w myślach wróciła do tamtego wieczoru na tej samej kuchni
Awokado rozłożyło się przed nią cienkimi plastrami w gradiencie zieleni. Kształty jego cząstek, intensywnie trawiastych przy skórce, przechodziły w mleczno-oliwkowy odcień przy pestce.
Elżbieta nigdy nie umiała wybrać dobrego awokado. Stojąc przy straganach, godzinami przebierała ciemne, błyszczące owoce, macała je palcami, lekko naciskała, próbując zgadnąć miękkość miąższu pod skórką. Odkładała jedne, brała drugie, minuty wlokły się w nieskończoność, a ona wciąż próbowała wyczuć tajemnicę idealnego awokado.
Czasem wydawało jej się, że ją pojęła. Wtedy radośnie niosła do domu ukochany owoc (okazało się kiedyś, że to nie warzywo i nie owoc). W kuchni od razu wyciągała nóż i z drżeniem wbijała go w miąższ. Ale najczęściej nóż wchodził w awokado jak w ziemniaka z wyraźnym oporem. I było już wiadomo, że smak nie będzie ten. W takich wypadkach Elżbieta zostawiała niedojrzały owoc na stole, a po paru dniach dochodził i stawał się znośnym daniem.
Ale wtedy na talerzu przed nią leżało właśnie to awokado. Kupiła je Ludwika bardziej szczęśliwa w wyborach. Elżbieta złapała widelec, delikatnie nabrała kremowy miąższ i ostrożnie położyła go na język. Takiego awokado nie trzeba żuć wystarczyło włożyć kawałek do ust, by po chwili jego świeży smak z nutą orzechową wypełnił całe wnętrze
Wtedy powiedziałaś, że awokado nie wybierze się na oko. Ani na dotyk nie zawsze. Że dobry owoc trzeba wyczuć wyjaśniła Elżbieta, wracając z wspomnień.
No i co to ma wspólnego z facetami?
No przecież u ciebie zawsze się udawało. Jak z awokado Nie tak jak u mnie spuściła głowę Elżbieta.
I co, wyczułaś tego Tadeusza? Ludwika z trudem przypomniała sobie imię nowego i znów zdziwiła się jego przeciętności.
Zrobiło mi się przy nim jakoś cicho. Choć wokół był targ i tłok. Pomyślałam, że może nic, że jest taki zwyczajny?
No dobra idź już, bo kto wie. Zacznie tęsknić.
Ludwika szybko wypchnęła przyjaciółkę za drzwi razem z blaszanką po cukrze i przytknęła ucho do szpary. Usłyszała trzask sąsiednich drzwi. Cisza.
No trudno. A może jednak? wróciła do kuchni i wreszcie zanurzyła trzepaczkę w kremie do ciasta.
A Elżbieta weszła do przedpokoju i zobaczyła w nim Tadeusza. Wciąż w jej fartuchu w pączki, stał teraz na taborecie i dociskał do



