– Oj dziewczyno, na darmo go tak miło witasz, nie ożeni się z tobą Wari ledwie stuknęło szesnaście …

Oj dziewczyno, na próżno go tak witasz, nie ożeni się z tobą.

Zosi ledwo skończyła szesnaście lat, gdy zmarła jej mama. Ojciec już siedem lat temu wyjechał do Warszawy na zarobek i słuch po nim zaginął. Ani wieści, ani pieniędzy od niego nie było.

Na pogrzeb przyszła prawie cała wieś, pomagali, każdy czym mógł. Ciocia Helena, matka chrzestna Zosi, często do niej zaglądała, doradzała, co i jak robić w gospodarstwie. Gdy Zosia skończyła szkołę podstawową, załatwili jej pracę na poczcie w sąsiedniej wsi.

Zosia to była solidna, krzepka dziewczyna, o takiej mówi się: zdrowa jak rydz. Twarz okrągła, rumiana, nos lekko zadarty, ale oczy szare, błyszczące. Gruba, jasna warkocz wisiała aż do pasa.

Najprzystojniejszym chłopakiem w wiosce był Tomek. Dwa lata temu wrócił z wojska i nie miał spokoju od dziewczyn. Nawet te z miasta, które przyjeżdżały na wakacje do rodzin, zwracały na niego uwagę.

Jemu to nie w głowie było, żeby zostać tylko kierowcą ciężarówki w wiosce bardziej pasowałby do filmów w Sopocie. Nie chciał się jeszcze ustatkować, nie wybierał narzeczonej, bo wciąż mu się podobało życie na luzie.

Pewnego dnia ciocia Helena zaszła do Tomka, prosząc go, żeby pomógł Zosi naprawić płot, bo ledwie się trzymał. Bez męskiej ręki na wsi ciężko żyć. Zosia radziła sobie z ogrodem, ale dom to już inna sprawa.

Tomek bez wahania się zgodził. Przyszedł, obejrzał i zaczął rozkazywać: przynieś to, podaj tamto, pobiegnij po młotek. Zosia wszystko bez słowa mu nosiła.

Zaróżowione policzki rumieniły się jeszcze bardziej, a warkocz na plecach latał z boku na bok. Gdy chłopak się zmęczył, karmiła go gorącym żurkiem, poiła mocną herbatą. Patrzyła wtedy, jak białymi zębami gryzie ciemny razowiec.

Przez trzy dni Tomek naprawiał płot, a czwartego dnia przyszedł po prostu w odwiedziny. Zosi przygotowała dla niego kolację, rozmowa za rozmową, został u niej na noc. Potem zaczął przychodzić częściej, wychodził przed świtem, żeby nikt nie widział. Tylko że na wsi nic się nie ukryje.

Oj dziewczyno, po co mu dogadzasz zwracała się do niej ciocia Helena. On się nie ożeni. A nawet jak się zdecyduje, to się nacierpisz z nim. Jak przyjadą latem miejskie dziewczyny, co będziesz robić? Będziesz się zżerać z zazdrości. Nie takiego ci potrzeba chłopaka.

Ale młoda miłość nie słucha rozumu starszych

Potem Zosia zorientowała się, że jest w ciąży. Najpierw myślała, że się tylko przeziębiła albo po zatruciu taka słaba, mdliło ją nieustannie. Z czasem jakby obuchem w głowę uświadomiła sobie, że nosi dziecko od tego przystojnego Tomka.

Przez chwilę przeszło jej przez myśl, by pozbyć się kłopotu przecież była jeszcze młoda. Ale potem pomyślała, że tak będzie lepiej. Nie będzie sama.

Matka ją wychowała i ona da radę. Od ojca też niewiele miała, bo tylko pił. Ludzie pogadają, potem przestaną.

Na wiosnę, gdy zrzuciła zimową kurtkę, wszyscy we wsi zauważyli już ciążowy brzuch. Kręcili głowami, że bieda z dziewczyną. Tomek oczywiście przyszedł dowiedzieć się, co zamierza.

Co mam zrobić? Urodzę dziecko. Nie martw się, wychowam sama. Ty żyj jak chcesz powiedziała, krzątając się przy piecu. Tylko czerwone błyski odbijały się od jej policzków i oczu.

Tomek zapatrzył się, ale wyszedł. Sama podjęła decyzję. Jak woda po kaczce. Lato przyszło, zjechały się miejskie dziewczyny. Tomkowi przeszła ochota na Zosię.

A ona gospodarzyła dalej, powoli pracując w ogrodzie, a ciocia Helena pomagała jej przy pieleniach. Trudno się było schylać z brzuchem. Po wodę z studni dźwigała po pół wiadra. Brzuch wielki, sąsiadki wróżyły jej prawdziwego siłacza.

Kogo Bóg da, tego będę miała żartowała Zosia.

W połowie września obudziła się rano z silnym bólem jakby brzuch rozrywał się na pół. Ból szybko ustał, ale znowu wrócił za chwilę. Pobiegła do cioci Heleny. Ta od razu domyśliła się po jej przestraszonych oczach.

Już? Siedź, ja zaraz wracam. I wybiegła z domu.

Pobiegła po Tomka. A u niego pod domem ciężarówka stała. Letnicy już dawno wyjechali z samochodami. Tomek, niestety, poprzedniego dnia mocno zabalował.

Ciocia Helena obudziła go, a Tomek nie bardzo wiedział, co się dzieje, dokąd mają jechać. Gdy zrozumiał, krzyknął:

Do szpitala jest dziesięć kilometrów! Zanim po lekarza, zanim wrócisz, ona już dziecko urodzi. Od razu ją zabieram! Szykuj ją.

Ale na ciężarówce? Roztrzęsiesz ją całą, jeszcze po drodze będziesz dziecko łapać lamentowała ciocia.

To pojedziesz z nami, tak na wszelki wypadek odparł stanowczo.

Dwa kilometry jechali ostrożnie po dziurawej drodze. Omijał jedną dziurę, wpadał w kolejną. Ciocia Helena siedziała w skrzyni na worku. Jak dotarli do asfaltu, pojechali szybciej.

Zosia zwijała się z bólu na siedzeniu obok, przygryzała wargę, rękami obejmowała wielki brzuch. Tomek od razu wytrzeźwiał.

Zerkał na Zosię, szczęka mu się zaciskała, palce bielały na kierownicy. Myślał o swoim życiu.

Zdążyli. Zostawili Zosię w szpitalu i wrócili do domu. Po drodze ciocia Helena zbeształa Tomka:

Po co zepsułeś dziewczynie życie?! Sama, bez rodziców, jeszcze sama dziecko. Jak ona sobie da radę?

Jeszcze nie dojechali do wsi, a Zosia już została mamą zdrowego chłopczyka. Następnego ranka przynieśli jej synka do karmienia. Nie wiedziała, jak go wziąć na ręce, do piersi przyłożyć.

Patrzyła przestraszona na czerwone pomarszczone oblicze synka. Przygryzała wargę i robiła, co jej kazali.

Ale radość ją w środku rozpierała. Oglądała go, dmuchała na czoło, gdzie delikatne włoski się sterczały, cieszyła się, choć była nieporadna.

Kto po ciebie przyjedzie? zapytał surowo starszy lekarz przed wypisem.

Zosia tylko wzruszyła ramionami i pokręciła głową.

Lekarz westchnął i wyszedł. Pielęgniarka owinęła dziecko w szpitalny koc, żeby tylko do domu dojechało. Przypomniała, żeby zwróciła koc.

Felek ze szpitala cię odwiezie do wsi służbową furgonetką. Nie będziesz autobusem z niemowlakiem jechać rzuciła nieco gniewnie, z wyrzutem.

Zosia podziękowała jej, szła korytarzem szpitalnym, z głową spuszczoną, cała czerwona ze wstydu.
Jechała furgonetką, trzymała synka przy piersi, rozmyślała, jak teraz będą żyć.

Zasiłek macierzyński niewielki, ledwie na życie. Szkoda siebie i niewinnego dziecka. Spojrzała na pomarszczoną buzię śpiącego maluszka, a serce zalała czułość i odgoniła ciężkie myśli.

Nagle samochód się zatrzymał. Zosia spojrzała zaniepokojona na Felka, niskiego mężczyznę w wieku około pięćdziesięciu lat.

Co jest?

Od dwóch dni leje, zobacz jakie kałuże, nie przejedziemy dalej, ugrzęznę. Tylko ciężarówką albo traktorem by się tu dało.

Przepraszam, niedaleko, z dwa kilometry zostało. Dasz radę? wskazał na drogę, gdzie rozlała się ogromna kałuża jak jezioro.

Dziecko spało na rękach. Nawet siedząc, ciężko było trzymać. Ten chłopak, to prawdziwy siłacz. Ale jak przejść z nim taką drogą?

Wysiadła ostrożnie, ułożyła wygodniej synka, ruszyła brzegiem wielkiej kałuży. Stopy grzęzły po kostki w błocie, lada moment mogła się poślizgnąć.

Stare rozchodzone trzewiki chlupały. Gdyby wiedziała, założyłaby gumowe kalosze do szpitala. Jeden trzewik został w błocie. Zosia przystanęła, zastanawiając się, co robić. Bez dziecka na rękach nie dała rady go wyciągnąć. Poszła dalej w jednym bucie.

Gdy zbliżała się do wsi, już się ściemniało, stopy miała wychłodzone na kość. Nie miała sił zdziwić się, że światło w oknach się tli.

Weszła na suche, gładkie stopnie. Nogami zmarzła, ale potem się spociła z napięcia. Otworzyła drzwi i zamarła.

Przy ścianie stało dziecięce łóżeczko, wózek, a w nim ładne ubranka dla dziecka poukładane. Tomek spał przy stole, głowę opierał na ramionach.

Czy usłyszał coś czy poczuł wzrok podniósł głowę. Zosia zarumieniona, rozczochrana, z dzieckiem na rękach ledwie stała w progu. Sukienka cała mokra, nogi po kolana w błocie.

Gdy zobaczył, że jest bez jednego buta, rzucił się do niej, wziął dziecko i położył do łóżeczka. Sam do pieca po garnek z gorącą wodą.

Posadził ją, pomógł rozebrać się, nogi umyć. Gdy Zosia przebierała się za piecem, na stole stały już ziemniaki i dzbanek mleka.

Dziecko zapłakało. Zosia pobiegła, wzięła synka na ręce, usiadła przy stole, bez skrępowania zaczęła go karmić.

Jak go nazwałaś? spytał ochrypłym głosem Tomek.

Paweł. Nie masz nic przeciwko? podniosła na niego swoje jasne oczy.

Było w nich tyle tęsknoty i miłości, że aż Tomka ścisnęło za serce.

Ładne imię. Jutro pójdziemy, zarejestrujemy chłopaka i od razu się pobierzemy.

Nie musisz zaczęła Zosia, patrząc na ssącego malucha.

Mój syn musi mieć ojca. Już się wyszalałem. Nie wiem, jakim będę mężem, ale syna nie zostawię.

Zosia kiwnęła głową, nie podnosząc wzroku.

Po dwóch latach mieli jeszcze córkę. Nadali jej imię po mamie Zosi Nadzieja.

Nie ważne, jakie błędy popełnisz na początku, ważne, że zawsze można je naprawić

Tak toczy się życie. Napiszcie w komentarzu, co o tym sądzicie. Zostawcie lajka.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

15 − 1 =

– Oj dziewczyno, na darmo go tak miło witasz, nie ożeni się z tobą Wari ledwie stuknęło szesnaście …